Trzecia refleksja pokongresowa

Robert Firmhofer (dyrektor Centrum Kopernik) zwracał uwagę na bardzo szybki przyrost wiadomości i wiedzy, apelował o przekazywanie w szkole mniej wiedzy, a bardziej uczenie myślenia. Śpiewka ta jest nam wszystkim bardzo bliska, ale dobrze, że śpiewa się ją w różnych miejscach głośno. Jednak jak ją wprowadzić w życie przy narzuconych wiedzowych programach nauczania, przy określonych wymaganiach na egzaminach końcowych.
Przy okazji może czas pomyśleć o nie szafowaniu poglądem – muszą być egzaminy, bo musi być selekcja przed studiami wyższymi.  Przecież miejsc wystarczy dla wszystkich, mamy niż demograficzny u dużo uczelni! Na każdego maturzystę, obojętnie jak zda egzamin maturalny i tak czekają ze dwa miejsca na uczelniach.  Ile byśmy zyskali, gdyby naturalna selekcja odbyła się dopiero po I roku studiów?
Niektórzy uważają, że uczniowie nie będą uczyć się bez bata egzaminacyjnego. To jakiś stary krzywdzący pogląd, trzeba było wysłuchać młodych na tym kongresie. Skąd u nas taka mała wiara w chęci dzieci do uczenia się? Zobaczmy jak świetnie uczą się poza szkołą i bez stopni!
Podczas kongresu odbyło się osiem sesji tematycznych. Ja byłam na sesji o edukacji pozaszkolnej, ale o tym innym razem. Gratulacje dla dr Jana Szomburga za systematyczne organizowanie takich kongresów.  Zachęcam do uczestnictwa w przyszłych.

12 komentarzy

  • avatar

    xts

    6 listopada 2011 at 15:58

    >> Ile byśmy zyskali, gdyby naturalna selekcja odbyła się dopiero po I roku studiów?
    Stracilibyśmy rok studiów. Wykłady może i odbywałyby się normalnie i trzymały poziom. Ale ćwiczenia, laboratoria etc. musiałyby zejść do poziomu poniżej przyzwoitości i przekształcić się w szkółkę wyrównawczą. Żaden w miarę ludzki asystent nie jest w stanie prowadzić ćwiczeń, gdy widzi, że korzysta z nich tylko co piąty student. A prowadząc je tak, żeby te pozostałe 80% cokolwiek skorzystało – zmarnuje rok nauki tym 20%, którzy mieliby pozostać po selekcji po I roku. Z kolei prowadzenie zajęć dla tych 20% nie przejmując się zupełnie 80% do odsiewu prowadziłoby do tak napiętej i niesympatycznej atmosfery, że nie znieśliby tego ani asystenci, ani ci studenci, którzy powinni przetrwać selekcję.
    Problem nie jest w tym, że uczelnie przyjmują po egzaminach, tylko w tym, że te egzaminy nakierowane są na testowo-encyklopedyczną wiedzę, a ie na myślenie. Ale brak egzaminów byłby jeszcze gorszy.

  • avatar

    Danusia

    6 listopada 2011 at 16:37

    No coś za coś.
    Rozumiem argumenty. Ale staram się naświetlić koszty obecnej sytuacji. A największym jest ten, że nikt nie uczy się dla przyjemności. Z niewolnika nie będzie dobrego pracownika.
    Xts, czy mógłbyś przybliżyć pogląd: „Ale brak egzaminów byłby jeszcze gorszy”.
    Może ja jestem jakimś specyficznym przypadkiem, ale moje wspomnienia szkoleń są podobne do tych, które nakreślają teraz młodzi ludzie – nuda i strata czasu.
    D

  • avatar

    xts

    6 listopada 2011 at 18:12

    Brak egzaminów to brak jakiejkolwiek selekcji.
    Egzamin testowo-punktowo-encyklopedyczny, oczywiście odsiewa według złych kryteriów, kosząc niepokornych myślicieli i przepuszczając kujonów, ale i tak mam przekonanie (może błędne, czekam na wyniki sensownych badań), że jest [b]dodatnia korelacja[/b] (choć słabsza, niż by mogła być przy lepszym egzaminie) pomiędzy jego wynikami, a wymogami sensownego nauczania akademickiego.

  • avatar

    xts

    6 listopada 2011 at 21:39

    Proszę mnie nie brać za apologetę dzisiejszego systemu egzaminacyjnego.
    Powiem głośno i wyraźnie: jest on debilny, koszmarny, zły, szkodliwy (więcej epitetów na życzenie).
    Pozwolę sobie jednak na porównanie z ruchem drogowym. Znaki są poustawiane kretyńsko, a policja zajmuje się wyłącznie fotoradarami i alkomatami, rozdając mandaty tym, na których bęc. Ale to nie znaczy, że postulat całkowitego zniesienia kontroli drogowej ma sens, a jego realizacja doprowadziłaby do tego, że jeździłoby się lepiej i bezpieczniej.

  • avatar

    Wiesław Mariański

    6 listopada 2011 at 22:08

    Ruch drogowy i system edukacji – świetne porównanie. Obecny system skupiony jest na organizacji ruchu, przepisach, znakach drogowych i kontroli. Zupełnie nie interesuje się dokąd prowadzą drogi, co ludzie wiozą, dokąd i po co chcieliby dojechać.
    W demokratycznym społeczeństwie egzaminy powinny wyglądać tak:
    – kto chce egzaminować, niech egzaminuje
    – kto chce być egzaminowany, niech zgłasza się do egzaminów
    Tak jak z artystami: jedni kształcą się, dostają dyplomy, habilitują się, a inni nie kończą studiów i też osiągają sukcesy. Czy to komuś szkodzi ?
    Kogo obchodzi w naszych czasach czy 30-40 letni człowiek ma maturę czy nie ? Na przykład kontroler lotów, który naprowadzał samolot bez podwozia, lub himalaistka Kinga Baranowska – mają maturę, czy nie – co za różnica ? Dla mnie jest najważniejsze, że to są ludzie piękni, mądrzy, wrażliwi i skuteczni. Czy to gwarantuje matura ?

  • avatar

    Danusia

    7 listopada 2011 at 08:46

    Ale nadal panuje pogląd, że w szkole człowiek się uczy i po maturze coś umie. Tak samo po wyższych studiach, dyplom ma być gwarancją wiedzy i umiejętności.
    Popatrzmy na świeżo upieczonych nauczycieli. Gdy zwierzają się ze swoich kłopotów (nie wypada, właściwie), to dyrektorka się dziwi – „Przecież skończyła Pani 5 lat studiów, więc powinna Pani umieć”.
    A na studiach nikogo tego nie uczą i nie przygotowują do zawodu, tego uczymy się w praniu!
    Sama widzę jak nasza firma przyjmuje ludzi do pracy, studia nie mają tu znaczenia. Matematyk może być tak samo dobry jak geograf. Za to brakuje nam doświadczenia nauczycielskiego i refleksji z niego płynącej.
    To po studiach, ale co po maturze? Groch z kapustą. układ krwionośny żaby miesza się z Mieszkiem I, logarytmami.
    Matura nic nie gwarantuje, obecna na pewno, a innej sobie dziś nie wyobrażam.
    D

  • avatar

    xts

    7 listopada 2011 at 09:36

    > Czy musimy godzić się na mniejsze zło?
    Dziś musimy godzić się na jedyne zło – nie mamy wyboru między mniejszym a większym.
    Jeśli mamy dążyć do zmiany systemu – to uważam, że pomysł rezygnacji ze wstępnej selekcji studentów doprowadziłby do zrównania tych nielicznych dobrych uczelni, jakie jeszcze działają w tym kraju (ukłon dla Z.G.) z Wyższymi Szkołami Tego i Owego – i byłby większym złem, niż to, co mamy teraz. Jeśli więc miałbym dążyć do zmiany systemu, to na pewno w stronę usensownienia egzaminów, a nie ich likwidacji.

  • avatar

    Danusia

    7 listopada 2011 at 10:33

    Czy spotkał Pan kiedyś sensowny egzamin, który dałby gwarancję wiedzy i umiejętności?
    Ja kiedyś na wydział matematyki obserwowałam egzamin polegający na wykładzie z matematyki wyższej, a potem rozwiązywanie zadań na ten temat.
    To dawało informację – czy student da sobie radę z abstrakcyjną nową wiedzą. Jednak do tego egzaminu nie trzeba było znać programu szkoły średniej, więc osoby zdolne mogły go zdać nawet po szkole podstawowej, no może przesadzam, ale np bez znajomości logarytmów ani, ani.
    Danusia

  • avatar

    xts

    7 listopada 2011 at 11:10

    Oczywiście, że nie spotkałem takiego dającego gwarancje. Spotkałem tylko takie mające lepszą albo gorszą skuteczność. Mam wrażenie, że uniwersyteckie egzaminy wstępne w latach 1980′ (a nawet ówczesne matury) sprawdzały się całkiem nieźle.
    Można, oczywiście, egzaminować na podanej przez Panią zasadzie. Prowadzi to jednak do tego, że na studia przyjmować będziemy studentów, nie wiedzących co to logarytmy i będziemy ich tego (i podobnych rzeczy) musieli uczyć na I roku.
    Pytanie: czy w takim podejściu marnujemy I rok na uczenie podstaw, czy że zmarnowaliśmy wcześniej trzy lata liceum na nie nauczenie tych podstaw?
    I jakiego zniechęcenia doznają w takim systemie na I roku ci studenci, którzy jednak nauczyli się logarytmów w wieku licealnym?

  • avatar

    Danusia

    7 listopada 2011 at 16:24

    Tu jest konieczna współpraca pomiędzy nauczycielami i uczelniami. Uczelnie ciągle narzekają, że studenci niedouczeni. Nauczyciele LO też narzekają, ze nie mogą zrealizować programu.
    Fizyki mamy w LO jedną godzinę tygodniowo.
    Jest potrzeba ustalenie kompromisu – co przyszły student na pewno ma umieć.
    Wiem np, że na PW na pierwszym roku są kursy dokształcające. One na pewno nie załatwiają sprawy, bo jak w 3 miesiące nadrobić trzy lata?
    Gdy ja zaczynałam uczyć na PW, to uczniowie nie znali żadnej analizy matematycznej. Dawało rady ich jej nauczyć na I roku.
    Wiem świat poszedł dalej, ale może byłoby lepiej, aby przyszły student znał dobrze podstawy i był gotowy na studiach do nauki? Niż po łebkach znał działy, ale ich nie rozumiał?
    Jak na razie to LO i Uczelnie są w konflikcie, a nie w w negocjacjach.
    Danusia

  • avatar

    xts

    7 listopada 2011 at 18:03

    Współpraca między nauczycielami i uczelniami, to jak rozumiem – w kwestii ustalenia sensownych minimów programowych, jakie powinny być wprowadzone i egzekwowane na poziomie przedakademickim i ustalenia wspólnego frontu naciskania na MEN?
    Kursy dokształcające są chyba na wszystkich uczelniach – jakoś muszą sobie radzić, a to jest chyba najlepszy sposób załatania problemu: kompromisu pomiędzy koniecznością tolerowania niskiego poziomu maturzystów, a sensownym uczeniem i niezniechęcaniem ambitnych studentów na I roku.
    >> może byłoby lepiej, aby przyszły student znał dobrze podstawy i był gotowy na studiach do nauki? Niż po łebkach znał działy, ale ich nie rozumiał?
    Tym razem ja Panią zapytam: a dlaczego mamy wybierać mniejsze zło?
    Czy nie _powinien_ zarówno być przygotowany do uczenia się, jak i wiedzieć co to są te [—-] logarytmy?
    Wydaje mi się, że i Pani, i ja, i większość naszych kolegów w zamierzchłych czasach słusznie minionej epoki przychodząc na studia byliśmy w stanie spełnić oba te warunki jednocześnie. Dlaczego nie mielibyśmy tego oczekiwać dziś? Bo przez te trzydzieści lat ‚nastąpił postęp’ w dydaktyce?

Dodaj komentarz