Dlaczego nauczyciele nie wykorzystują nowych metod nauczania?


W wydawanej dziś literaturze fachowej dla nauczycieli pojawia się wiele nowych lub odkurzonych propozycji metod nauczania. Dlaczego nauczyciele z nich tak rzadko korzystają? Możliwe, że nie widzą w tym korzyści.

Jaka jest sytuacja młodego nauczyciela w szkole? W czasie studiów zdobył wiedzę teoretyczną, nieprzełożoną na praktykę. Teraz staje naprzeciwko trzydzieściorga uczniów i ma sobie z nimi poradzić – zrealizować program, dobrze przygotować ich do egzaminu, spełnić oczekiwania dyrekcji, władz, rodziców i uczniów. Mówiąc w skrócie – to zadanie nie do wykonania.
Młody nauczyciel patrzy na doświadczonych kolegów; oni sobie radzą lub przynajmniej udają, że tak jest. Nie ma śmiałości zapytać ich o radę, bo przecież skończył studia i powinien wiedzieć. Czasami zbiera się na odwagę i prosi o pomoc, a wtedy zwykle słyszy:  „Kolego, ja nie mam z tą klasą żadnych problemów”. Podkula wówczas ogon i idzie walczyć samotnie. Zaczyna się zastanawiać, czy na pewno nadaje się do tego zawodu. Po wielu potyczkach dorabia się własnego warsztatu „przetrwania”. Czasami opiera się on na twardej ręce, nadmiernej dyscyplinie, a czasami na umowie – wy mi nie przeszkadzajcie, to i ja wam dam spokój. Oczywiście występują też wszelkie formy pośrednie tych skrajnych postaw. Jeśli nauczyciel przetrwa tak kilka lat, wypracowuje własny warsztat, który mu się sprawdza.
Wtedy zwykle zaczyna się rozglądać – może ktoś z kolegów coś robi lepiej, może poznam jakieś nowe metody, może wezmę udział w doskonaleniu? Zaczyna się dokształcać. Przymierza nowe rozwiązania do swojego warsztatu, nie do końca mu one pasują, ale w sumie jest to ciekawe. Zachęcony przez autora artykułu, wykładowcę, trenera warsztatów postanawia coś wypróbować.
Z nową energią i pomysłami idzie na lekcję, ale zwykle napotyka na opór (bo dlaczego dziś inaczej?!), NIE WIDZI obiecanych korzyści, zniechęca się i wraca do swoich wypróbowanych metod.
Nowe wymaga czasu, siły przebicia i koniecznie sukcesu.
Rzeczywistość szkolna nie pomaga nowemu. Łatwiejsze są stare ramy, nawet wtedy, gdy nie są skuteczne.
Miałam ostatnio szkolenie z oceniania kształtującego w gimnazjum. Mówiliśmy o informacji zwrotnej, płynącej od nauczyciela do ucznia w czasie jego procesu uczenia się. Jeśli się chwilę zastanowić, to nie ma do czego w tej kwestii przekonywać. Jasne, że lepiej wiedzieć, co się zrobiło dobrze, a co źle (informacja zwrotna), niż tego nie wiedzieć. Zachęciłam nauczycieli do wypróbowania informacji zwrotnej w ich pracy z uczniami. Na drugim szkoleniu jedna z nauczycielek powiedziała, że próbowała, ale się zniechęciła. Uczennica poinformowała ją, że nie życzy sobie, aby nauczycielka pisała cokolwiek w jej zeszycie. Dobre chęci i praca nauczycielki spotkały się z oporem uczennicy już na samym początku. Nie było sukcesu.
Wracając jednak do korzyści – dokładne ich określenie również jest bardzo trudne. Nie wystarczy powiedzieć: moi uczniowie będą się lepiej uczyć. To za mało konkretne i do tego jeszcze oddalone w czasie. W praktyce bezpośredni wpływ tej nowej metody na wyniki uczniów jest trudny do zaobserwowania.
Wymaga to odpowiedzi na co najmniej trzy pytania:

  • Co, mam nadzieję, przyniesie zmiana? (określenie kryteriów sukcesu)
  • Po czym poznam, że planowana zmiana zaszła?
  • Ile czasu daję sobie i uczniom na zaobserwowanie zmiany?

Widać, jak trudne jest to zadanie. Instytuty naukowe pracują nad nim od lat, a wymaga się jego realizacji od pojedynczego nauczyciela.
W szkołach brakuje dyskusji wśród nauczycieli o tym, co jest sukcesem w nauczaniu, po czym ten sukces rozpoznawać i jak go świętować.

44 komentarze

  • avatar

    Xawer

    17 grudnia 2012 at 15:54

    Szczerze mówiąc: czasem zdarza mi się wziąć do ręki różne materiały metodyczne czy dydaktyczne, czy inną nauczycielską literaturę fachową.
    Doskonale czuję się w roli młodego nauczyciela z Twojej opowieści: ni cholery NIE WIDZĘ widzę w nich niczego przydatnego(*). Albo mi się chce śmiać, albo płakać. Wielką rzadkością są materiały inspirujące i budzące zaciekawienie. A takie zdarzają się nie w „literaturze fachowej” tylko raczej na półoficjalnych stronach NGO-sów (jak CEO z jej Akademią, gdzie trafiają się naprawdę ciekawe pomysły) albo całkiem prywatnych stronach osób jakoś z boku zaangażowanych w edukację.
    Młody nauczyciel, o którym piszesz, jeszcze nie zdążył przesiąknąć szkolną rutyną, manierą i szkolną kulturą korporacyjną, stawiającą „podstawę programową” na ołtarzu, a z testów wokół niej budujących kult tego cielca.
    Informacja zwrotna — to ten element OK, z którym nie mam najmniejszego problemu, podzielam go w całej rozciągłości. Trochę mnie drażnią próby jej formalizowania, ale idea jest dla mnie tak oczywista, że wręcz nie warta przypominania.
    Powiedz szczerze, czy prowadząc swoje zajęcia z OK i propagując tę ideę, zauważasz opór wśród młodych nauczycieli, świeżo przychodzących do zawodu, czy raczej wśród tych z dłuższym stażem, którzy już poddali się szkolnej rutynie i korporacyjnej kulturze? Obstawiam, że dla świeżych w zawodzie jest to dość oczywista metoda…
    Nie zgodzę się z Tobą w kwestii metodologicznej. Zostańmy przy przykładzie informacji zwrotnej (co do której oboje mamy ciepłe uczucia) — jej wprowadzenie, jeśli nie stosowało się jej wcześniej, nie wymaga odpowiedzi na żadne z Twoich pytań, a wyłącznie na:
    1. czy wprowadzając tę metodę mogę komuś zaszkodzić? W jaki sposób?
    2. czy moje intuicje psychologiczne mówią, że jej stosowanie może mieć pozytywny sens?
    Na pierwsze z tych pytań nie widziałem nigdy żadnego argumentu „za”, przyjmuję więc, że nie wyrządzę tym nikomu krzywdy.
    Na drugie odpowiadam sam sobie: „tak, moja intuicja tak mówi”.
    Wniosek (pascalowski) — tak, należy to stosować.
    (*) Nie odbieram sensu czysto wewnątrzszkolnego radom i pomysłom, specyficznym dla szkoły i jej biurokratycznych uwarunkowań. „Jak najlepiej napisać kartę pracy”. Rzecz w tym, że sama karta pracy jako taka pozbawiona jest dla mnie jakiegokolwiek sensu, jest wręcz przeciwskuteczna.

    • avatar

      Danusia

      19 grudnia 2012 at 12:01

      Ksawery
      Można znaleźć dobre propozycje. Np może nie nową, ale odkurzoną metodę projektu, której jest nadal za mało w polskiej szkole. Jak widać w jej stosowaniu nauczyciele też nie odnajdują korzyści. Główny zarzut to czasochłonność tej metody. Ale co się dziwić, sami nauczyciele będąc uczniami nie prowadzili projektu, a teraz rozlicza się ich z wyników egzaminu testowego. Nauczyciele nie widzą korzyści stosowania metody projektu w przygotowaniu do testów.
      Pytasz, czy widzę opór młodych nauczycieli np do informacji zwrotnej. Widzę. Młody jest często bardzo niepewny, szuka potwierdzenia u starszych, a przygotowanie do lekcji zajmuje mu często bardzo dużo czasu.
      Piszesz, że nie ma krzywdy ze stosowania informacji zwrotnej. Faktycznie nie ma, ale czy każdy nauczyciel widzi korzyści?
      Co byś powiedział tej nauczycielce, której uczennica zaprotestowała przed wpisywaniem do jej zeszytu czegokolwiek?
      Danusia

  • avatar

    Wiesław Mariański

    17 grudnia 2012 at 20:53

    Czemu nie wykorzystują ? Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie chcą, nie potrafią, nie opłaca im się, boją się, nie mają czasu, nie mają takiej potrzeby, nikt ich o to nie prosi, nikt od nich tego nie wymaga, nikt ich za to nie premiuje, chcą uniknąć kłopotów i dezaprobaty ze strony dyrektora, nie mają takiego nawyku. Zachowują się logicznie, bowiem wykorzystywanie nowych metod jest sprzeczne z podstawowymi zasadami i celami edukacji, nie harmonizuje z codzienną praktyką szkoły. Nauczyciele są elementem kultury szkoły. Nowatorstwo, otwartość, wnikliwość, ciekawość, a przede wszystkim odwaga, nie są elementami kultury szkoły. Zatem mamy do czynienia ze zbiorami rozłącznymi, dwoma przestrzeniami, których częścią wspólną jest w przybliżeniu zbiór pusty.
    Napisałem o tym wczoraj: http://osswiata.pl/marianski/2012/12/16/nasza-szkola-przeciw-kulturze/ .

    • avatar

      Saskia

      18 stycznia 2013 at 21:45

      Dlaczego dezaprobaty ze strony dyrektora? Na co dzień przebywam w szkołach, obserwując wiele lekcji. Często dyrektorzy starają się, aby zachęcić nauczycieli do poznawania i stosowania nowych metod nauczania. Opłacają szkolenia, kupują ciekawe pomoce dydaktyczne (nierzadko na życzenie nauczycieli), doposażają klasy w tablice interaktywne, organizują kursy użytkowania takiej tablicy itd. I co się dzieje? Tylko garstka nauczycieli wykorzystuje nowe metody i sprzęt na lekcjach (czyli można, da się), a dla reszty kreda, tablica, podręcznik i wykład połączony z pogadanką to nadal najlepszy (?) sposób prowadzenia zajęć.

  • avatar
  • avatar

    Xawer

    17 grudnia 2012 at 21:59

    Wiesławie, widzę że znów mamy przeciwstawne poglądy. Ty sądzisz, że nauczyciele są zdemoralizowani szkołą, a ja, że „nowoczesne” metody są nią zarażone i przesiąknięte.
    Być może obaj mamy rację: zarówno nauczyciele, jak i metody służą temu samemu, oderwanemu od normalnego rozsądnego świata systemowi.
    Młodzi nie chcą, bo metody mimo „nowoczesności” służą temu samemu celowi norymberskiego lejka, co wszystko dookoła, a co być jeszcze w młodzieńczym zapale naprawiania świata chcieliby zmienić, a starzy nie chcą, bo im dobrze z tym nadrdzewiałym lejkiem, jakiego używają od lat.

  • avatar

    Joanna Brosiło

    17 grudnia 2012 at 22:04

    Świętujemy,
    W każdy możliwy sposób.
    Jestem 45+
    http://blogiceo.nq.pl/lo15wroclawjoannabrosilo/happening-zyczliwy-spiralny/
    Ciężko pracujemy na każdy możliwy i niemożliwy sukces.
    http://www.loxv.wroclaw.pl/o-szkole/artnet-loxv-wroclaw-laureatem-konkursu-junior-w-druku/?lang=pl
    Sukcesem czasami jest spotykanie ludzi otwartych na zmiany.
    Czy tzw. młodzi nauczyciele są innowatorami.
    Innowatorem się nie jest
    się bywa.
    Podobnie jak szczęśliwym człowiekiem się nie jest
    się bywa.
    Czy młodzi nauczyciele są otwarci?
    W tej przestrzeni może się wypowiedzą.
    Nie jest dobrze wypowiadać się w ich imieniu.
    Oni mają prawo do własnych konstruktywnych opinii i oglądów sytuacji.

  • avatar

    Wiesław Mariański

    17 grudnia 2012 at 22:39

    Xawery, czuję, że w jednym się zgodzimy: obecna szkoła jest zdemoralizowana z zasady.
    „W szkołach brakuje dyskusji wśród nauczycieli o tym, co jest sukcesem w nauczaniu, po czym ten sukces rozpoznawać i jak go świętować.”
    Danusiu, a po co komu taka dyskusja ? Przecież MEN, kuratorium, marszałek, CKE, dyrekcja szkoły i dziennikarze telewizyjni wiedzą i głośno o tym trąbią.

      • avatar

        Wiesław Mariański

        19 grudnia 2012 at 18:02

        Ano o wynikach testów i egzaminów maturalnych. Jakie stopnie, jakie średnie, jakie rankingi. W moim województwie – wielkopolskim – trąbią, że „znów wypadliśmy słabo” na tle innych regionów. Więc trza się wziąć i spiąć, żeby poprawić wyniki. A ja myślę, że uczniowie i rodzice z Wielkopolski wyprzedzili inne regiony. Zauważyli, że „wyniki nauki” nie są wynikami, że są ważniejsze i ciekawsze zajęcia niż wkuwanie na testy i egzaminy. Może to jest korelacja – im niższe wyniki testów szkolnych, tym niższe bezrobocie ?

  • avatar

    MZ

    18 grudnia 2012 at 18:26

    @ Xawer
    „Być może obaj mamy rację: zarówno nauczyciele, jak i metody służą temu samemu, oderwanemu od normalnego rozsądnego świata systemowi.”
    Nie wiem co masz na myśli mówiąc „nowoczesne”, ale spokojnie potrafię podać przykłady praktyk wychodzących poza ramy testów i przygotowujących uczniów do dorosłego życia. Jasne – możemy się spierać co do skali stosowania tych praktyk, ale duże kwantyfikatory z ust osób pracujących przy edukacji półamatorsko są niesprawiedliwe.

  • avatar

    Xawer

    18 grudnia 2012 at 19:27

    Mówiąc „nowoczesne” cytuję Danusię — że chodzi o metody, opisywane w „prasie fachowej” (ironia cudzysłowu — zamierzona).
    Przykłady takich praktyk też bym pewnie potrafił podać, ale z życia, albo z pogranicza świata szkoły (choćby z CEO), a nie z lektury nauczycielskiej prasy fachowej.
    Jeśli oprotestowujesz mój kwantyfikator ogólny, że prasa ta w całości warta jest bądź płaczu, bądź śmiechu, to daj kontrprzykład (kwantyfikację szczegółową) artykułu z „Matematyki w szkole” opisującego wartą zastosowania, wdrożenia i naśladowania, innowacyjną, mądrą i nowoczesną metodę dydaktyczną, wykraczająca poza oczywistość, o jakich pisała Danusia.
    Przyznam, że nie jestem regularnym czytelnikiem tego tytułu — przeczytałem (a raczej przejrzałem), tylko kilka numerów. Ale w tych kilku nie znalazłem niczego wartego uwagi. Co, oczywiście, nie usprawiedliwia twierdzenia, że nigdy nic sensownego tam się nie pojawiło. Być może gazeta „Fakt” też czasem zamieszcza artykuły pełne głębi intelektualnej.

  • avatar

    MZ

    18 grudnia 2012 at 23:15

    @ Xawer
    Przykłady z prasy fachowej:
    1. Najnowszy numer EBiŚ (2/2012) planuje zamieścić metodyczną analizę porównawczą rozwijających się właśnie platform edukacyjnych. Kończę właśnie semestr na MIT, porównuję z Courserą i OKNO PW, w kontekście pracy w liceum.
    2. Generalnie sporo zależy od dziedziny. Biologowie mają fajniej, bo EBiŚ jest lepsze niż „Fizyka w Szkole”. W poprzednich numerach EBiŚ widziałem fajne, sensowne artykuły o edukacji ekologicznej pisane z U. Jana Kazimierza. Nie jest to odkrywanie Ameryki, ale konkretne programy robione w środowisku lokalnym uczniów (2/12 str 95 – Gimnazjum w Warszawie).
    W którymś z numerów z 2012 roku widziałem program fajnych zajęć robionych wspólnie z lokalnym Parkiem Narodowym – trochę biologii, trochę ekologii, trochę geologii. Fajne zadania warsztatowe, sensowna dokumentacja dla nauczycieli – IMHO spełniała Twoje i moje kryteria.
    3. W „Fizyce w Szkole” kilka razy publikowała koleżanka np. o fizyce skoków narciarskich. IMHO były to teksty porównywalne jakościowo z Twoimi.
    Przykłady z konferencji nauczycielskich (konkretnie z SNM, dofinansowane z funduszy na kształcenie nauczycieli):
    4. Warsztaty z tutoringu. Warsztaty z OK w matematyce.
    5. Warsztaty z geogebry, metody projektowej etc. Łódzkie CKNiKP, miało fajne warsztaty z geogebry i programowania w matematyce.
    6. Zgłoszone przeze mnie (nie mam potwierdzenia przyjęcia) Akademia Khana w polskiej szkole – potencjał i zagrożenia.
    Generalnie nie mam wysokiego zdania o prasie metodycznej, ale
    a) Zdarzają się wyjątki wystarczające do sfalsyfikowania wielkich kwantyfikatorów (j.w.).
    b) Moja teza brzmi: „W prasie metodycznej i oficjalnym obiegu metodycznym (szkolenia, podyplomówki dla nauczycieli) pojawia się coraz więcej metod wychodzących poza testocentryzm”.
    Oczywiście zgadzam się z Tobą co do tego, ze dzieje się to na uboczu testów MEN i są to ciągle zbyt nieliczne przypadki. Ale tym bardziej trzeba je doceniać i nie mieszać z resztą smutnej papki edukacyjnej.

  • avatar

    Xawer

    19 grudnia 2012 at 00:30

    „Generalnie nie mam wysokiego zdania o prasie metodycznej, ale
    a) Zdarzają się wyjątki wystarczające do sfalsyfikowania wielkich kwantyfikatorów (j.w.).”
    A czy mógłbyś wybrać JEDEN taki wyjątek, dostępny w postaci URL? Albo jeśli w papierowej, to zeskanować go i przesłać mi? Tak, by na nim skupić polemikę? Tylko wróćmy do tematu, przywołanego przez Danusię, czyli do artykułu prezentującego jakąś „nową propozycję metody nauczania”, a nie do merytoryki takiego czy innego zagadnienia.
    Z tezą b) nie polemizuję. Testocentryzm nie jest jedyną choroba szkoły. Z pewnością pojawiają się lub są odkurzane metody nietestocentryczne. Ale nadal chore na szkolną chorobę i ze wszech miar szkolne. Gombrowicz opisał szkołę, w której nie było testów.
    Twierdzę tylko, że w tej literaturze nie znalazłem niczego, wychodzącego poza szkolny banał, schematyzm i rutynę. Nowinki sa tam pozorne, tak jakby zardzewiały XIX-wieczny blaszany lejek z Norymbergi zastępowany był nowym, zrobionym, z zabarwionego na różowo polipropylenu. Ale powtórzę — nie znalazłem niczego, wychodzącego poza paradygmat dydaktyczny lejka. Lejka z testami, albo lejka bez testów.
    Nie przeczę tez, że bywają całkiem fajne artykuły merytoryczne, choćby w Matematyce w Szkole (to pismo chyba miałem w ręku najczęściej) był jakiś czas temu cykl o Euklidesie — ale to nie są metody dydaktyczne, tylko wiedza przedmiotowa. Danusia pisała o metodyce i do tego się odnosiłem…

  • avatar

    MZ

    19 grudnia 2012 at 08:17

    @ Xawer
    „A czy mógłbyś wybrać JEDEN taki wyjątek, dostępny w postaci URL? Albo jeśli w papierowej, to zeskanować go i przesłać mi? Tak, by na nim skupić polemikę? Tylko wróćmy do tematu, przywołanego przez Danusię, czyli do artykułu prezentującego jakąś „nową propozycję metody nauczania”, a nie do merytoryki takiego czy innego zagadnienia.”
    Momencik – dyskutujemy o tym czy nauczyciele korzystają z nowoczesnych metod nauczania. Obieg prasy fachowej nie jest jedynym obiegiem metodycznym, bo o nowych metodach ludzie dowiadują się również na warsztatach, konferencjach etc. Dowód słabości prasy metodycznej nic nam nie mówi o obiegu szkoleniowym, kuratoryjnym etc – więc spory o konkretny artykuł są bez sensu.
    Metoda nauczania (rozumując, że wykracza to poza zakres pojedynczej lekcji) to coś co najlepiej poznaje się na warsztatach, w praktyce. Ciężko się to przekłada na tekst.
    Możemy dla sportu porozmawiać np. o geogebrze – ale to co widzimy w URL to tylko narzędzie. Nie wiemy jak są wygląda stosunek do ucznia w tej metodzie, więc nie dyskusja nie zbada lejkowatości. Da się na tym poprowadzić lekcję lejkowatą jak i nowoczesną.
    Z resztą – jak na Ciebie przystało – zawarłeś haczyk „oczywistości”. Za chwilę zaproponuję odczapową metodykę Khanowską sprzężoną z projektem i dialogiem sokratejskim, a Ty spokojnie stwierdzisz, że to dla Ciebie oczywiste.

    • avatar

      Danusia

      19 grudnia 2012 at 12:15

      Hmm, ja w jednym numerze Matematyki w szkole natknęłam się na dość bzdurny pomysł. Może znajdę, ale mogę też wytłumaczyć. Było to pomysł na uczenie dzieci przeliczania jednostek. Był zaprezentowany schemat postępowania z dopisywaniem zer i ich skreślaniem. Taki algorytm bez żadnego zrozumienia. Pomysłodawczyni napisała, że pozwala uczniom ten schemat mieć na klasówkach i z niego skorzystać. Ma wyniki dobre w przeliczaniu jednostek.
      No, pomysł taki sobie…
      Danusia

  • avatar

    Xawer

    19 grudnia 2012 at 08:45

    „W wydawanej dziś literaturze fachowej dla nauczycieli pojawia się Obieg prasy fachowej nie jest jedynym obiegiem metodycznym”
    Napisałem to pierwszym swoim komentarzu, odnosząc się do pierwszego zdania postu Danusi „W wydawanej dziś literaturze fachowej dla nauczycieli pojawia się…” i wyrażając swój dystans do „prasy fachowej”, a nie do innych źródeł metodycznych, np. działań CEO.
    Wydawało mi się, że właśnie z tą moją uwagą polemizujesz, broniąc poziomu jej prasy, a nie podzielasz moją opinię, że prasa jest do bani, a coś ciekawego pojawia POZA nią.

  • avatar

    Tomek

    19 grudnia 2012 at 09:42

    Dlaczego?
    Może dlatego, że nowe metody mają inne założenia i dążą do innych celów? Może dlatego, że nową metodę wprowadza się do zupełnie innego systemu definicji podstawowych?
    ******
    W przykładzie z ocenianiem kształtującym widać bardzo dobrze zderzenie się dwóch systemów.
    System A:
    Założenie: szkoła służy do uczenia się
    Cel: szczęśliwy człowiek
    Metoda: informacja zwrotna gdzie jest
    System B:
    Założenie: szkoła służy do nauczania
    Cel: realizacja programu
    Metoda: informacja czego nie osiągnął
    ******
    W systemie A uczenie się jest inwestycją, problemy przyczynkiem do dyskusji. To wszystko napędzane jest przez uczącego się.
    W systemie B potrzebne są minima programowe, treści nauczania, linearne podręczniki, siatka godzin, grupy klasowe, rzędy ławek. To wszystko napędzane jest zewnętrznie.
    *****
    I wyobraźmy sobie, że metody z systemu A zalecamy stosować w systemie B. Uda się?

    • avatar

      Paweł Kasprzak

      19 grudnia 2012 at 14:35

      Może jednak wracanie do początku ma sens? Bywa denerwujące, skoro sprawie wrażenie, że się nie posuwamy naprzód. Ale może zaułek, w którym tkwimy jednak jest ślepy? Polecam „Pakt dla szkoły” Agnieszki Kłakówny i kolegów, z którymi pracowała nad serią podręczników „To lubię!”. Można go znaleźć tu:
      http://kongresobywatelski.pl/ksiazki/kompetencje-i-edukacja
      Kłakówna poza tym, że napisała świetne podręczniki (niezupełnie akceptując podstawę programową, ale stale protestując przeciw jej dowolnemu zmienianiu), to jeszcze ma doświadczenia z ich recepcją. Wie, że nauczyciele, których jej podręczniki skłaniały do pracy większej niż inne, nie korzystali z nich chętnie. Wie również, że także rodzice protestowali przeciw zawartym w tych książkach dziwactwom i np. domniemanej promocji homoseksualizmu w „Antku”, czy gdzieś jeszcze, oczekując raczej prostej drogi do szczęśliwie zdanej matury. Kłakówna również uczy przyszłych nauczycieli, a przynajmniej usiłuje to robić, jak sama mówi.
      W jej książeczce jest propozycja programowa. W intencji ona się ma zmieścić w szkole, jaką znamy. Polecam, zajrzyjcie, choć to wymaga chwili skupienia i reflekcji nad sensem tego, co tkwi w przykładach Kłakówny. Warto sobie spróbować wyobrazić lekcje według tej propozycji i szkołę, w której się coś takiego realizuje. Być może takie lekcje się zmieszczą w szkole, którą znamy – ale z całą pewnością bardzo poważnie by ją zmieniły. Jak wszyscy wiemy, nic takiego nie dzieje się w szkole – przykłady „dobrych praktyk” pojawiają się i znikają bez większego wpływu na całość.
      Jest w książeczce Kłakówny rozdział o historii reform polskiej edukacji, poczynając od KEN poprzez reformę Jędrzejowicza. Ten rozdział jakoś odpowiada na pytania dlaczego. Sam mam bardzo umiarkowany optymizm co do metod nauczania. Kłakówna również wielokrotnie wyrażała swoją irytację rozmaitymi tendencjami w pedagogice, które troszczą się głównie o to, by się w klasie „działo”, kompletnie ignorując treść. Niezależnie od tego, jeśli nowa metoda lub nowa treść rzeczywiście niesie w sobie potencjał zmiany (a przecież to o to chodzi), natychmiast uruchamia szereg immunologicznych reakcji powodujących odrzucenie „nowotworu” przez system. System to coś więcej niż przepisy itd. To również kultura i struktura interesów potężnych grup ludzi zaangażowanych w edukację. Co to znaczy, że nauczycielowi „opłaca się coś zastosować”? To pytanie, Danusiu, podobnie jak tytułowe „dlaczego”, jednak odsyła „do początku”.

      • avatar

        Danusia

        20 grudnia 2012 at 09:58

        Zajrzę do Paktu dla szkoły w Święta, bo teraz jestem w przygotowaniach.
        Ja cały czas próbuję sprzątać koło siebie i nie wystarcza mi czasu (lub mądrości), aby pozamiatać na zewnątrz. A może też moja szczotka tam nie sięga.
        Danusia

    • avatar

      Saskia

      18 stycznia 2013 at 21:58

      Ja jednak myślę, że w szkole można jednocześnie i nauczać, i uczyć się. Zgodzę się natomiast co do tego, że celem powinien być szczęśliwy człowiek, który w trakcie uczenia się otrzymuje informację, gdzie jest. To bardzo ważna, kluczowa informacja dla ucznia w trakcie procesu uczenia się. Mówi o tym Dylan Wiliam i podaje świetny przykład z samolotem. Podaję link:
      http://www.journeytoexcellence.org.uk/videos/expertspeakers/formativeassessmentdylanwiliam.asp

  • avatar

    laura

    20 grudnia 2012 at 09:56

    Niestety moi uczniowie są odporni na jakiekolwiek i nowości i „starocie” w metodach nauczania. Z zasady negują wszystko i wszystkich. Próby wprowadzenia czegoś nowego kończą się na ogół fiaskiem. Ciężko pracuje się z taką młodzieżą, w której dominuje minimalizm w każdej dziedzinie.

    • avatar

      Danusia

      20 grudnia 2012 at 10:10

      Lauro
      To dość naturalne, że uczniom się nie chce. Do czegoś się przyzwyczaili, wolą to co jest przewidywalne. Też mam ten kłopot z uczniami, ze protestują przed nowym – „Po co? Było dobrze…”
      Podobnie jest z warsztatami dla nauczycieli. Często proponują, aby im dać MATERIAŁY i nic nie robić.
      W obu przypadkach jeśli jednak coś się robi, to są zadowoleni.
      Myślę, ze można zaproponować uczniom:
      Czytacie z podręcznika 45 minut i sami się uczycie, albo robimy np projekt.
      Inna sprawa, która u mnie skutkowała to ubranie nowej metody w wyjątkowość = „Tylko z Wami to próbuję, bo wierzę, że nam się uda. Powicie potem co było dobre, a co wymaga zmiany w metodzie”
      Życzę zaciekawionych uczniów
      Danusia

    • avatar

      Danusia

      21 grudnia 2012 at 10:41

      Wiesławie
      Efektywniej, to znaczy lepiej niże dotychczas – szybciej, trwalej, z większym zainteresowaniem, z umiejętnością wykorzystania wiedzy itd.
      I to jest moja nauczycielska indywidualna ocena.
      Przyznaję, że w tym momencie pomijam aspekt – czego się uczą i jak będą oceniani.
      Opłaca się, to też znaczy, że dla mnie moja praca jest ciekawsza, że lepiej się czuję z moimi uczniami.
      Danusia

      • avatar

        Wiesław Mariański

        21 grudnia 2012 at 21:14

        Danusiu, mam wrażenie, że przybliżamy się do istoty problemu „uczyć lepiej”. Wydaje mi się, że problem ma co najmniej dwa aspekty:
        – definicji, tzn. „lepiej” dla kogo i według jakich parametrów.
        – praktyki, tzn. szerokiego konteksty uczenia: treści, metod, motywacji, emocji, wydajności, sensowności.
        Przykład 1. Kto jest „lepiej” nauczony z historii:
        – uczeń, który świetnie operuje faktami i chronologią ?
        – uczeń, mylący daty i wydarzenia, ale zafascynowany historią odkryć geograficznych i naukowych ?
        Moja odpowiedź: jeden i drugi.
        Przykład 2. Kto jest „lepiej” nauczony z matematyki:
        – uczeń, mający same piątki z matematyki, dzięki nauce kosztem zarwanych nocy ?
        – uczeń, dwójkowo-trójkowy z matmy, który większość swojej aktywności poświęca wgryzaniu się w technologie komputerowe lub grę na gitarze (niektórzy uważają, że muzyka jest dziedziną matematyki).
        Moja odpowiedź: jeden i drugi.
        W świecie zniewolonym, w przestrzeni jednowymiarowej szukamy JEDNEJ odpowiedzi, drogi liniowej. W świecie wolności, w przestrzeni wielowymiarowej i probabilistycznej szukamy WIELU odpowiedzi, sieci dróg. Niestety, my ciągle staramy się myśleć liniowo, jednowymiarowo o edukacji. Dlatego „Twoje=nasze” pytania o skuteczne metody uczenia są równe poszukiwaniom kamienia filozoficznego lub kwiatu paproci.
        Moje tezy są takie:
        – szkoła powinna skupić się na chęci uczenia się uczniów = uczyć intensywnie tych uczniów, którzy chcą uczyć się
        – jeśli uczeń nie chce uczyć się, nie zmuszać go lecz zaproponować mu coś innego
        – „testować” trzeba nauczycieli i dyrektorów szkół, a nie uczniów = badać którzy nauczyciele/dyrektorzy i DLACZEGO mają więcej chętnych do nauki (zupełnie tak samo jak w medycynie lub przemyśle)
        – w edukacji nie istnieje „kamień filozficzny”. Istnieje wiele filozofii, celów i metod uczenia. Trzeba je ciągle odkrywać i rozmnażać, a nie dążyć do ich unifikacji.
        – podstawowym kryterium skuteczności uczenia jest chęć uczenia się, a nie wyniki. Wyniki są pochodną chęci. Dlatego najpierw należy „testować” chęć, a później wyniki.
        CDN

        • avatar

          Wiesław Mariański

          21 grudnia 2012 at 21:43

          Muszę jeszcze dodać.
          Te moje tezy to znów filozofowanie i bujanie w obłokach, z dala od rzeczywistości szkolnej ? – Nie, to nie są wymysły, to jest codzienna praktyka nauczycieli, tych o większej wnikliwości, wrażliwości, otwartości i odwadze. Właśnie tacy nauczyciele i dyrektorzy skupieni są na chęci uczenia/uczenia się, a nie na wywieraniu ciągłej presji na każdego ucznia. Ich uczniowie uczą się z przyjemnością, ale nie koniecznie wszyscy. Lubią swojego nauczyciela i „jego” przedmiot, choć nie koniecznie dobrze wypadają w testach. Ale czy to jest wina takich nauczycieli, czy takich testów ?
          Dwa pytania kluczowe:
          – jak tacy nauczyciele oceniają system edukacji, w którym pracują ?
          – jakie mają wyniki ich uczniowie – wyniki życia po szkole ?!

          • avatar

            Danusia

            22 grudnia 2012 at 19:31

            Wiesławie
            Trafiłeś w 10 mojego myślenia. Jestem po spotkaniach wigilijnych w moim domu z moimi uczniami. Naprawdę wspaniali ludzie, obywatele, rodzice.
            Przy okazji zastanowiłam się, co było ważnego w moim ich matematycznym nauczaniu. I jestem pewna, że było to budowanie relacji międzyludzkich.
            Jestem szczęściara, że mogę ich gościć teraz u siebie.
            Danusia

    • avatar

      Danusia

      21 grudnia 2012 at 10:44

      Wiesławie
      Odpowiem równolegle, ale liczę, że Laura też coś doda.
      Na moje uwagi w pokoju nauczycielskim w sprawie niechęci uczniów do zmian, słyszałam dwie reakcje:
      1. Uczniowie są beznadziejni, nie warto się dla nich starać
      2. To sobie odpuść, nie warto.
      Danusia

  • avatar

    Robert Raczyński

    3 lutego 2013 at 13:48

    Późno dołączam do dyskusji, więc nie nadążam za wszystkimi wątkami, ale nawiążę do głównego pytania.
    Przyznaję, że pytania tego typu budzą u mnie konsternację, bo słyszę je od jakichś 35 lat. Tak,tak, pamiętam jak dziś, jak po kolejnej scysji z nauczycielką geografii, maja mama (polonistka) zapytała, dlaczego nie wprowadzi jakiejś innej techniki, która pozwoliłaby uczniom, czyt. mnie, bardziej interesować się jej przedmiotem. Jak widać problem nie jest nowy. Niezależnie od tego, czy moja mama miała wtedy rację, czy nie (skłaniam się, ku opcji, że nie brała pod uwagę, że mogę na lekcji interesować się czymś innym niż jej przebiegiem), podejrzewam, że w oczach osób postronnych, nauczyciel zawsze może zrobić coś lepiej. Truizm tego spostrzeżenia nie ma być ironią. Zawsze możemy zrobić coś lepiej niż robimy. Zawsze można upierać się, ze są lepsze techniki i metody, i że sami zrobilibyśmy to lepiej.
    Pamiętam, (coś mi się na wspomnienia zebrało)jak, dawno temu, po jednej z wizytowanych lekcji, usłyszałem od dyrekcji, że „miała niedosyt CLT w tej grupie”. Nie mogłem dyskutować z faktami, tak było i miało to odzwierciedlenie w przygotowanym (a jakże) konspekcie. Sam się podłożyłem, bo skrupulatnie podliczony (sic!) teacher’s talking time był dłuższy od udziału uczniów. Dla mojej ówczesnej dyrekcji (która dobrze odrobiła swoją pracę domową na lekcję anglisty), nie było ważne w jakiej grupie przeprowadzana była lekcja, lecz to jak wyglądała. Nie było na niej „ciekawych pomocy dydaktycznych” (a nie było wtedy tablic multimedialnych), „pracy w grupach” i innych „fajerwerków” przynależnych „nowej metodzie nauczania”. Byłem wtedy zbyt zestresowany, by wykłócać się o swoje: nie powiedziałem, że CLT słabo sprawdza się w tak dużych grupach, że wystarczajacą pomocą dydaktyczną był podręcznik, że praca w grupach słabo tam wychodziła, bo klasa była bardzo skonfliktowana, że czasami mniej znaczy więcej, że poziom intelektualny grupy predysponuje ją do ściśle kontrolowanej pracy w niewielkim tempie, itd., itp… A przecież mogłem inaczej! Wybrać co lotniejszych uczniów, kazać im wystukać jakiś dialog, zaprojektować jakieś ćwiczenie, które i tak by w takich grupach nie przyniosło efektu, pokręcić sie trochę między grupami markując nadzór zamiast dbać by każdy z uczniów miał w zeszycie notatkę i rozumiał, co zapisał. Wiedziałem jedno – następnym razem tak zrobię. Nie będę też oszczedzał na piątkach, bo trójki, które wypracowałem w tej grupie, są niczym w porównaniu z sukcesami (i świętym spokojem) innych nauczycieli.
    Tak, ta lekcja mogła wygladać lepiej. Dla mnie jednak (do dzisiaj) wazniejszy jest efekt edukacyjny niż ślepe podążanie za modą. Metoda musi byc najpierw dobrze dobrana i skuteczna, a dopiero później „nowa”… Dobrze pojety eklektyzm, to chyba dobre wyjscie. Zwłaszcza, że żadna metoda nauczania nie została, póki co, zweryfikowana. O ich skuteczności nie decydują one same, ale ludzie, którzy je stosują oraz multum czynników zewnętrznych.

    • avatar

      Xawer

      3 lutego 2013 at 16:18

      Problem leży o co najmniej jeden poziom głębiej: nie mamy jasności (consensusu) co do znaczenia „coś działa”. Nie mamy ustalonego, co chcemy osiągnąć.
      Czy „coś działa” w naszym uczeniu wtedy, gdy:
      1. uczniowie dostają wysokie noty na testach?
      2. my (nauczyciele) dostajemy wysokie noty od wizytatorów?
      3. my w swojej wewnętrznej ocenie widzimy, że uczniowie umieją dużo?
      3a. widzimy, że mamy uczniów bardzo dobrych?
      3b. widzimy, że nie mamy uczniów skrajnie słabych?
      4. uczniowie są zadowoleni?
      5. rodzice uczniów są zadowoleni?
      6. któryś z naszych uczniów dostał Nobla?
      7. wszyscy z naszych uczniów umieją obliczyć cenę spodni po przecenie?
      8. żaden z naszych uczniów nie został złodziejem samochodów?
      9 … (można tę listę potencjalnych celów ciągnąć ab infinitum)?
      Tak długo, jak nie zdefiniujesz jasno o które z „coś działa” Ci chodzi, nie ma sensu mówić o tym, czy jakaś metoda jest „dobra” czy „zła”, „skuteczna”, czy „nieskuteczna”, etc.

  • avatar

    Xawer

    3 lutego 2013 at 19:03

    I tu się z Tobą zgadzam w całej rozciągłości: nie ma takiego uniwersalnego celu, ani nie ma consensu wobec celów.
    Ale konsekwencją tego stwierdzenia jest zaprzestanie używania przymiotników typu „dobry”, „efektywny”, „skuteczny”, „właściwy”, etc. wobec metod nauczania — wszędzie tam, gdzie kontekst aksjologiczny nie jest jasno określony.
    Twoje OK jest „dobre” w jednych kontekstach, a „szkodliwe” w innych. Tobie już zostawiam określenie, w których jest „dobre”, a w których „złe”.
    Przestańmy więc w ogóle używać wartościujących określeń na te metody (przynajmniej poza jasno określonymi kontekstami aksjologicznymi). A ponieważ nie uznajemy uniwersalności celów, to przestańmy domagać się uniwersalności metod i ich ujednolicania. Nie możemy mówić o „dobrych praktykach” ani metodach „godnych naśladowania”. Każde z takich określeń wymaga wstępnego zdefiniowania kontekstu aksjologicznego.

Dodaj komentarz