Panie Kowalski, pan jest na tróję!

Co by było, gdyby szef firmy w ten sposób oceniał pracę pracownika?
I dalej: „Ponieważ dostał pan aż dostateczny, to nie zwalniam pana, ale ponieważ dostał pan tylko dostateczny, to radzę wziąć się do roboty”.
Tak właśnie wygląda ocenianie, które serwujemy naszym dzieciom, czasem wystawiając im i po kilka ocen na jednej lekcji.
Korzyści po stronie ucznia
Do czego uczniowi są potrzebne stopnie? Przede wszystkim do odpowiedzi na pytanie rodziców: „Co dzisiaj dostałeś?”. Taki zwyczaj rodzinny: dziecko wraca ze szkoły, rodzic pyta, dziecko wymienia liczby, rodzic analizuje, czy ma interweniować, czy nie. Czasami rodzic zadaje drugie pytanie: „Dlaczego tak słabo?”. Uczeń nie wie, bo w trakcie lekcji nauczyciel nie miał czasu uzasadnić wysokości oceny. Zwykle kryteria oceniania są płynne, więc trudno uzasadnić cyfrę pasującą do kryteriów. Sama cyfra nie daje żadnej informacji. Czy trójka to mało, czy dużo? Wszystko zależy od porównania ocen w całej klasie. Jeśli uczeń otrzymał dostateczny, a reszta klasy dopuszczające lub niedostateczne, to oznacza – jest nieźle, jestem najlepszy w klasie. Jeśli moja trójka jest jedyna, a reszta uczniów ma bardzo dobre, to sytuacja jest alarmowa. Istnieje wiele zestawów ocen w klasie, ale informacja o nich jest nieprzydatna dla ucznia. Ani uczniowi, ani rodzicowi stopień nie jest potrzebny. Choć opinia społeczna żąda stopni, gdyż wydaje jej się, że dzięki nim otrzymuje rzetelną informację.
Pożyteczna jest informacja zwrotna (ocenienie kształtujące), która mówi: co uczeń zrobił dobrze, co i jak wymaga poprawy i jak uczeń powinien dalej się rozwijać.
Analizowanie postępów ucznia
Druga potrzeba stojąca za stopniami to chęć analizowania postępów uczniów i w konsekwencji ustawiania ich w ranking. Analizowanie postępów uczniów przy pomocy stopni jest mitem. Stopień wystawiony uczniowi, np. z umiejętności dodawania, nie da się porównać ze stopniem z znajomości wielokątów. Jeszcze bardziej kuriozalnie wygląda to na przedmiocie historia, gdzie porównuje się stopnie dotyczące znajomości różnych epok.
Rzetelnej informacji na temat postępów i rozwoju ucznia może udzielić tylko nauczyciel pracujący z uczniem na co dzień i musi to być informacja opisowa.
Ranking zdolności
Przejdźmy do nadziei, że wyniki końcowe mogą być rzetelną informacją pozwalającą ustawić uczniów w szeregu zdolności przedmiotowych. Ma nam w tym pomóc test na koniec etapu nauczania – kilka zadań. Cały wysiłek nauczyciela idzie w tym kierunku, aby uczeń wykonał wcześniej podobne zadania i na egzaminie nie miał z tym problemu. Jednemu nauczycielowi uda się trafić, innemu nie. Trwa zabawa w przewidywanie pomysłów autorów testów. Łączy się z tym następny mit o możliwości ułożenia na egzamin zadania sprawdzającego myślenie. Myślenie jest obecne podczas procesu uczenia się, szczególnie gdy nauczyciel pozwala na samodzielną pracę. Ale nie ma go na egzaminie. Każde zadanie, z którym uczeń spotkał się już wcześniej, nie wymaga od niego myślenia, a jedynie przypomnienia toku rozumowania. Jeśli uczeń nie rozwiązywał podobnego zadania, to musi włączyć myślenie. Jeśli uczeń nigdy wcześniej nie szukał np. rozwiązania równania kwadratowego, jest zmuszony do intensywnego pomyślenia, jak je znaleźć. Jeśli zaś miał równania kwadratowe na lekcji, zastosuje zwykłą procedurę i wzory.
Inna sprawa to wynik uśredniający wyniki z poszczególnych umiejętności. Uczeń może nie umieć jednego działu, a za to być bardzo dobry w innym. Z egzaminu otrzymuje wtedy – dostateczny, co pozwala mu zdać egzamin bez znajomości jednego z tematów.
Krótko mówiąc – wyniki testu czy egzaminu pisemnego nie są użyteczną informacją. Podkreślam „pisemnego”, gdyż egzamin ustny, szczególnie u nauczyciela uczącego ucznia, może sprawdzać, co uczeń umie z tego, co umieć powinien.
Czy dałoby się żyć bez stopni? Są takie szkoły, które nie stawiają stopni, ale wątpię, czy uda się ten zwyczaj upowszechnić, czy będzie więcej odważnych, którzy powiedzą: „Król jest nagi”.
 

20 komentarzy

  • avatar

    Al

    9 stycznia 2013 at 15:22

    „Krótko mówiąc – wyniki testu czy egzaminu pisemnego nie są użyteczną informacją. Podkreślam „pisemnego”, gdyż egzamin ustny, szczególnie u nauczyciela uczącego ucznia, może sprawdzać, co uczeń umie z tego, co umieć powinien.”
    A dlaczegóż to? Chyba ze egzamin ustny obejmuje całość wiedzy, jaką powinien umieć, a nie żądanie odpowiedzi na wyrywkowe pytania. Ale to samo możemy powiedzieć o egzaminie pisemnym. W egzaminie tak ustnym, jak i pisemnym dochodzi element stresu, który u różnych osób (o różnej konstrukcji psychicznej i pewności siebie) może mieć znaczacy wpływ na wynik egzaminu. Są osoby, które wypadają lepiej na egzaminie ustnym, inne na pisemnym. Zakładamy z góry, że nauczyciel na takim egzaminie ustnym będzie życzliwy, a uczeń otwarty i umiejący „się sprzedać”, a to przeciez nie zawsze tak jest. Oczywiście, że oceny nie maja wiele wspólnego z wiedzą. Moje dziecko ma z pewnego przedmiotu 1, 4+ i 4. „Wychodzi” mu na semestr 3+. I kogo obchodzi, że ta jedynka to przypadkowa dość ocena z kartkówki z tematu, na którym nie był nie ze swojej winy, a z zasady kartkówek się nie poprawia (co jest dla mnie znów bezsensem, bo czy w szkole chodzi o zdobycie wiedzy, czy zdobycie oceny?), a z kolei te pozostałe oceny to oceny z prac klasowych obejmujacych dużą partię materiału. I tak jest uczniem trójkowym (z plusem). Jaki to ma sens? Kto z nas, dorosłych, pracuje przez okragły rok pełną para, nie pozwalajac sobie na słabszy dzień, na niewzięcie papierów do domu, bo przeciez uczniowie dopiero po szkole zasiadają do „prawdziwego” uczenia się.
    Wiadomo, ze takie ocenianie, jakie znamy, nie ma wiekszego sensu, ale wiemy, że nasi uczniowie musza zostać ocenieni, zeby dostac świadectwo itp., bo takie sa aktualnie realia edukacji w tym kraju. Najgorsze jest takie ocenianie z doskoku, tzn. uczen nie ma ocen przez cały rok, a potem raptem nauczycielowi sie przypomina, że nie ma ocen i zaczyna dość przypadkowe ich zdobywanie.
    Ja naprawdę nie mam nic przeciwko ocenom, które potwierdzają, że uczeń jakąś wiedzę zdobył. Tak jak nie mam nic przeciwko certyfikatom językowym, które potwierdzają okreslony poziom znajomości języka. Tyle że nikt nam tych certyfikatów nie każe robić wtedy a wtedy, bo jak się nie zda wtedy, to już się go nie dostanie nigdy, a tak jest własnie z ocenami szkolnymi. Nauczyciela, który odpytał Jasia i stwierdził, że umie na 2 czy 3, nie obchodzi, czy Jaś się kiedykolwiek douczy z tego tematu. Wazne, że on swoją ocenę ma i może Jasia ocenić. Nawet Jasiowi nie wolno zdawać ponownie tego materiału, bo zdawać ponownie mogą tylko ci, co dostali 1. I jest pewne na 100%, że Jaś z tą wiedza na 2 czy 3 zostanie, bo jaki ma interes w douczaniu się z tego później, skoro to nie ma wpływu na jego wynik edukacyjny? A tak naprawdę czy to ważne, że Jas przyswoi sobie ułamki we listopadzie czy w lutym? Ma znaczenie tylko dla szkoły, bo to pozwala szkole stwierdzić, że Jas jest gorszy od Stasia, który załapał ułamki wcześniej. Oceny u nas służą tak naprawdę do różnicowania uczniów, nie oceny umiejętności ucznia. I to jest główna wada, a nie że są w ogóle.

    • avatar

      Danusia

      9 stycznia 2013 at 20:42

      Dziękuję za zdanie rodzica. Właściwie to zupełnie się zgadzamy.
      Jeśli chodzi o egzamin ustny, to myślę o życzliwej rozmowie, jeśli nie , to też nie jest dobry.
      „Wiadomo, ze takie ocenianie, jakie znamy, nie ma wiekszego sensu, ale wiemy, że nasi uczniowie musza zostać ocenieni, zeby dostac świadectwo itp., bo takie sa aktualnie realia edukacji w tym kraju” – a kto wymyślił takie realia i po co?
      Wszelkie wady, które wymieniasz towarzyszą ocenianiu na stopnie, dlatego kombinuje w kierunku ograniczenia tego procederu.
      Czy wierzysz, że może być tak : „Ja naprawdę nie mam nic przeciwko ocenom, które potwierdzają, że uczeń jakąś wiedzę zdobył”.
      weźmy pod uwagę nawet taki egzamin na prawo jazdy, czy on gwarantuje, że uczeń naprawdę da sobie radę w różnych warunkach? A co to znaczy, że uczeń zdał egzamin z języka na 3, czy będzie umiał zapytać o drogę, czy może będzie znał słownictwo z ekonomii?
      „Oceny u nas służą tak naprawdę do różnicowania uczniów, nie oceny umiejętności ucznia” – tak właśnie i ja tego różnicowania nie lubię.
      D

  • avatar

    Xawer

    9 stycznia 2013 at 17:51

    Właśnie tak jak opisałaś wyglądają okresowe oceny pracowników w wielu korporacjach, zwłaszcza w polskich oddziałach firm amerykańskich i dalekowschodnich. „Dostała Pani 42 punkty w ocenie okresowej. To bardzo mało. Proszę zapomnieć o premii w tym półroczu, a jeśli wynik następnej oceny będzie poniżej 50 punktów, to będziemy musieli się pożegnać.”
    A sposób naliczania tej punktacji jest jeszcze bardziej idiotyczny i ma dokładnie wszystkie te wady, które wymieniasz w odniesieniu do szkoły, bo sumuje Ci się punktację za niespóźnianie się z punktami za merytoryczną poprawność Twojej pracy i za aktywny udział w życiu firmy i dodatkową premią 10 punktów dla niepalących i 20 za bezwypadkową jazdę służbowym samochodem.
    Zgadzam się z Al w kwestii egzaminów. Zarówno egzaminy pisemne jak i ustne mogą sprawdzać myślenie. Co więcej, dla wielu osób (zwłaszcza młodzieży) stres egzaminu ustnego jest na tyle silny, że bardzo utrudnia im poradzenie sobie z zadaniami „na myślenie”.
    Takie zadania jak najbardziej są możliwe do skonstruowania. Problemy z nimi są tylko trzy: po pierwsze „podstawa programowa” jest tak trywialna i bezmyślna, że bez wychodzenia poza nią trudno takie zadania stworzyć. Pozostaje najwyżej budowanie zadań przekrojowych. Po drugie, trzeba te zadania wymyśleć, a nie brać gotowe ze zbioru, bo z tego samego zbioru wziąłby je i nauczyciel, więc miałabyś swój efekt „przypominania sobie zadania, które się rozwiązywało na lekcji”. Po trzecie wreszcie, wyniki takiego egzaminu byłyby zatrwqażające, bo ogromna większość uczniów (zwłaszcza w Polsce) nie myśli i nie chce myśleć, a szkoła przez 12 lat ich skutecznie utwierdza w taktyce „podstawiania na małpę”. Efekt ten widać po badaniach TIMSS, które (w przeciwieństwie do PISA) analizują nie tylko sumaryczną punktację, ale też odsetek uczniów radzących sobie z zadaniami o różnym stylu i trudności. I o ile w (przodującym) Singapurze 43% uczniów radzi sobie z zadaniami na myślenie („reasoning”) o tyle w Polsce tylko 2% — tak! w Polsce jeden na 50 uczniów, czyli jeden na dwie klasy, radzi sobie z zadaniami „na myślenie”. Ich użycie w szkole musiałoby skończyć się katastrofą.
    A swoją drogą — daj swoim uczniom od równań kwadratowych następujące zadanie i zobacz ilu sobie z nim poradzi. Sądzę, że niewielu. Chociaż myślący gimnazjalista po lekcji o równaniach kwadratowych powinien sobie poradzić bez problemu.
    Dane jest równanie $ 6\,126\,511\,477\,136\,174\, x^2 + 8\,026\,757\,674\,487\, x + 1\,656\,347\,667 = 0$
    A. Ile to równanie ma rozwiązań rzeczywistych? (wybierz: 0, 1, 2)
    B. Ile to równanie ma rozwiązań całkowitych? (wybierz: 0, 1, 2)
    C. Ile to równanie ma rozwiązań dodatnich? (wybierz: 0, 1, 2)
    Zadanie zresztą pochodzi z gimnazjum, tyle że z matematycznej klasy. No i oczywiście te liczby wymyśliłem na nowo…

    • avatar

      Danusia

      9 stycznia 2013 at 20:51

      Ksawery
      Dlaczego tak mało za niepalenie? Tylko 10 punktów, a przecież tak trudno zaprzestać palenia.
      Wydaje mi się, że Al nie zgadza się z Tobą w kwestii – „Zarówno egzaminy pisemne jak i ustne mogą sprawdzać myślenie”. On chciałby, aby takie egzaminy były.
      „„podstawa programowa” jest tak trywialna i bezmyślna, że bez wychodzenia poza nią trudno takie zadania stworzyć” – a przecież z niej jest ten egzamin!
      Jeśli chodzi o to zadanie NA MYŚLENIE to jeśli zrobiłabym takie wcześniej z uczniami, to pewnie zrobiliby, a jeśli nie , to nie.
      Czy naprawdę sądzisz, że jeśli uczeń przerobi ten typ zadania, to podczas egzaminu będzie musiał myśleć?
      D

    • avatar

      Xawer

      9 stycznia 2013 at 21:07

      Ja też bym chciał, zeby były egzaminy „na myślenie”… Tyle, że widzę zupełne ich nieprzystawanie do szkoły takiej, jaką ona dziś jest.
      Jeśli przerobi TEN typ zadania to podczas egzaminu nie będzie musiał myśleć. Ale na egzaminie będzie miał już zupełnie inne, nowe, świeżo wymyślone zadanie. Dlatego właśnie piszę, że takie zadania nie mogą pochodzić ze zbiorów i nie mogą być do siebie podobne, a muszą być wymyślane jako zupełnie różne, niestandardowe, co roku inne i niepodobne do siebie. Ale by takie wymyśleć, to trzeba coś więcej, niż skalkować pomysł z zeszłego roku…
      No i trzeba samemu widzieć różnicę pomiędzy parzystym a nieparzystym czynnikiem przy $x$, co wysypało moje zadanie dla Twoich uczniów.
      A 10 punktów za niepalenie (vs. 20 za nierozbicie samochodu) – to na żywo wzięte z regulaminu oceny firmy (korańskiej proweniencji), w której taki appraisal kilka tygodni temu przechodził mój znajomy. Trochą przesadziłem ze skalą: to było 10 i 20 w skali, w której dostawało się max 200, a 100 to była granica ostrzeżenia, że przy powtórce się wyleci.

      • avatar

        Xawer

        10 stycznia 2013 at 20:11

        Prawie! Odpytałem o szczegóły. Na dobrą tróję (czyli można mieć taką co pół roku) potrzeba 100 punktów. Z marszu nie wyrzucają w ogóle (raz możesz mieć 0, chyba, że podłożysz się aż na dyscyplinarkę). Za niepalenie, nierozbijanie samochodu, podlewanie kwiatków i niespóźnianie się można uzbierać 80. Pozostałe 20 (ze 120 max) trzeba jednak mieć z oceny merytorycznej.
        Ja podlewałem kwiatki w pracowni rosyjskiego, co w połączeniu ze znajomością alfabetu wystarczyło mi kiedyś na tróję…
        A jako tako czytać (bo już nie mówić) nauczyłem się dużo później, zmuszony do korzystania z rosyjskich podręczników akademickich… Chęć do przeczytanie „Zbrodni i kary” naszła mnie dopiero w wieku około 40. 😉

  • avatar

    Al

    10 stycznia 2013 at 08:48

    Moje dziecko niedawno interesowało się studiowaniem na Cambridge (pomińmy tu realność owych studiów w jego przypadku) i bardzo mnie zaciekawiła idea obowiązujących tam przy rekrutacji na wiele kierunkach testów Thinking Skills Assessment (TSA) jako dodatkowego egzaminu, oprócz klasycznych wyników edukacyjnych, rzecz jasna. Przeczytałem przykładowe (oczywiście nie ma na szczęście zamkniętej bazy owych zadań 🙂 ) i chociaż do niektórych mam zastrzeżenia, to bardzo mi się podoba taki test. W zasadzie nie ma żadnych powodów, aby takie zadania nie znajdowały się u nas na egzaminie końcowym/wstępnym, mimo że nie sprawdzają konkretnej wiedzy. To powinna być norma – nabywanie umiejętności wnioskowania na podstawie przedstawionych faktów – coś, czego bardzo brakuje większości nie tylko uczniów po naszych szkołach, ale i – w konsekwencji – studentów. I mamy uczniów/studentów, którzy na podstawie otrzymanych wyników doświadczalnych nie są w stanie wyciągnąć poprawnych wniosków, a nawet nie rozróżniają przyczyny od skutków, bo tego się od nich przez te 12 lat edukacji nie wymaga. Usiłuję czasem konstruować w podobny sposób jakieś pytanie na kolokwium na przykład – student otrzymuje pakiet informacji (z działu, będącego przedmiotem sprawdzianu) i ma na ich podstawie wyciągnąć wniosek – nie muszę mówić, z jakim rezultatem.
    A dziś w nocy przedstawiono nowy ranking szkół ponadgimnazjalnych „Perspektyw”. I w podrankingu maturalnym I miejsce zdobyła szkoła, której uczennica mówi: „Rozwinęłam swój sposób myślenia, podchodzenia do testu, umiejętność jego analizowania, interpretacji”. Jakiś komentarz?

  • avatar

    Danusia

    10 stycznia 2013 at 09:11

    Al
    Czy mógłbyś podać przykład zadania TSA.
    Kiedyś podobał mi się test wielokrotnego wyboru na matematykę. Moi uczniowie nazywali go – Nagła śmierć. Jeśli miałabym wybierać, to ten test był najlepszy z tych które znałam. Ale ja w ogóle jestem przeciwna testom i egzaminom, one testują wiedzę wybiórczo i zależą od szczęścia ucznia lub od szczęścia uczącego nauczyciela.
    O wnioskowaniu: W dawnych czasach, gdy sprawdzałam egzamin wstępny na PW, to zdzrały się zadania na odróżnienie warunku koniecznego od dostatecznego. Zawsze mnie dziwiło, że to zdania okazywalo się trudne.

  • avatar

    Al

    10 stycznia 2013 at 09:12

    Z wymyślaniem nowych zadań w ogóle jest problem. Nawet matematykom się pomysły kończą 🙂 Mam dziecko startujące w OMG i wiem, jak się do tej olimpiady przygotowują uczniowie – po prostu trzaskają zadania. Szansa, że się natrafi w kolejnym etapie na podobne w sposobie rozwiązania wzrasta z liczbą przetłuczonych zadań z poprzednich lat, innych zbiorów zadań. A i tak po kazdym etapie są komentarze uczestników w rodzaju: to zadanie widziałem w zbiorze takim a takim albo to zadanie pojawiło się na etapie takim a takim w roku takim a takim ;p. Oczywiście nikt nie wątpi, że wśród finalistów i laureatów jest wiele jednostek rzeczywiście genialnych, ale sporo mozna wypracować przerabiając okreslony typ zadań. Moje dziecko jest przegrane na starcie, bo ma niewłasciwy stosunek do tego konkursu – do wszystkich zadań matematycznych podchodzi jak do zadań na myślenie 🙂 i zostaje w tyle za kolegami, którzy znają algorytm, bo podobne przerabiali. Na szczęście prawdopodobnie pójdzie w innym kierunku.

  • avatar

    Danusia

    10 stycznia 2013 at 09:13

    Al
    Czy mógłbyś podać przykład zadania TSA.
    Kiedyś podobał mi się test wielokrotnego wyboru na matematykę. Moi uczniowie nazywali go – Nagła śmierć. Jeśli miałabym wybierać, to ten test był najlepszy z tych które znałam. Ale ja w ogóle jestem przeciwna testom i egzaminom, one testują wiedzę wybiórczo i zależą od szczęścia ucznia lub od szczęścia uczącego nauczyciela.
    O wnioskowaniu: W dawnych czasach, gdy sprawdzałam egzamin wstępny na PW, to zdarzały się zadania na odróżnienie warunku koniecznego od dostatecznego. Zawsze mnie dziwiło, że to zdania okazywało się trudne.
    Chyba nie ma co komentować rankingów i wypowiedzi ludzi ekscytujących się ustawianiem czegokolwiek w szeregu.
    Danusia

  • avatar

    Saskia

    16 stycznia 2013 at 15:44

    Będąc kiedyś młodą nauczycielką :), pełną zapału i wiary w możliwości swoich uczniów, przygotowywałam ich do olimpiady(dzisiaj nazywa się to konkursem) z języka polskiego (szkoła podstawowa). Oczywiście, przeglądnęłam typy zadań, tematykę wypracowań i zabrałam się ochoczo do pracy z moimi najzdolniejszymi uczniami. Była to pierwsza „moja” olimpiada i choć minęło już tyle lat, ja dalej nie rozumiem punktacji, jaką tam stosowano. Uczeń napisał przepiękne wypracowanie, zaprezentował twórcze podejście do tematu, posłużył się bogatym językiem i co?…W zadaniu, które (na przykładzie jednego zdania)sprawdzało znajomość części mowy i części zdania (w sumie kilkanaście nazw), pomylił się przy jednej nazwie i otrzymał 0 punktów, mimo że poprawnie nazwał pozostałe. Obowiązywał system punktacji 0-1. Więc ja, jak napisałam już na początku, będąc młodą nauczycielką zadałam szanownej komisji takie pytanie: co jest celem tej olimpiady i czemu służy punktacja 0-1? Co jest dla nas ważniejsze, wiedza i umiejętności uczniów czy też to, czego jeszcze nie wiedzą albo nie umieją? Jeśli na 14 wyrazów, uczeń prawidłowo określił 13 i dostaje 0 punktów, to w takim wypadku nie jest ważne, co już wie i potrafi, ale to, czego jeszcze nie wie i nie umie. Na moje pytanie nie uzyskałam wtedy odpowiedzi i niesmak pozostał mi do dzisiaj, choć już w szkole nie pracuję, ale nadal jestem związana z oświatą. Abstrahując już od tej sytuacji na olimpiadzie i od tego zdania, które było typowo „odtwórcze”, często mam wrażenie, że w taki sposób właśnie ocenia się też uczniów na lekcjach. Nauczyciele nie udzielają uczniom informacji zwrotnej, bo często nie wiedzą, jak to prawidłowo robić. Zapominają też bardzo często o tym, że ocena ma pełnić funkcję motywującą, a przecież obydwa te cele oceniania są zapisane w rozporządzeniu.

    • avatar

      Danusia

      16 stycznia 2013 at 16:05

      Dzięki za wpis, święte słowa. Dlaczego tak mało nauczycieli widzi ten swój marny nawyk oceniania?
      Wytknę mu błędy, postawi kilka niedostatecznych – to weźmie się do roboty. A gdyby nam tak stawiano stopnie za nasze nauczanie – nie nauczyłeś Jasia = niedostateczny i po premii.
      D

  • avatar

    wmarianski

    16 stycznia 2013 at 22:08

    Dlaczego w różnych dziedzinach nauki i techniki robi się różne eksperymenty, próby, testy, a w oświacie nie robi się ? Tu tylko wydaje się zarządzenia.
    Przecież, zamiast dyskutować, najlepiej byłoby spróbować. Zrobić klasy lub szkoły, w których ocenianie, sprawdzanie, testowanie, egzaminowanie i ranking byłyby na drugim planie, mniej istotne. A może ktoś, gdzieś już robi takie eksperymenty ?

    • avatar

      Danusia

      17 stycznia 2013 at 06:56

      Tak robi się, znam wyniki badań, które porównują 3 sposoby oceniania:
      1. Stopniami
      2. Komentarzem i stopniem
      3. Samym komentarzem
      Wyniki są takie, że tylko 3 sposób poprawia wyniki nauczania.
      Badania przedstawił nam Wiliam Dylan, gdy był u nas w Polsce. Pamiętam tylko, że przeprowadzano je w Izraelu. Wiem, że to za mało, abyście uwierzyli, więc tylko chcę zaznaczyć, ze robią takie badania.
      Mnie bardziej zadziwia wiara, że świadomość wyników BADAŃ (abstrahując od ich rzetelności)może zmienić praktykę!
      Danusia

      • avatar

        Paweł Kasprzak

        17 stycznia 2013 at 12:49

        Robi się takie próby również w Stanach – one zresztą dotyczą wielu przeróżnych sytuacji. Mogę na życzenie poszukać kilku interesujących źródeł. Przetestowano np. skuteczne metody radzenia sobie z barierą problemu stałości liczby, o którym Semadeni napisał w podstawie, niezbyt poprawnie cytując jeszcze z Piageta, że tu się nie da dzieciom niczego wytłumaczyć, że one to muszą samodzielnie wyabstrahować z własnego doświadczenia, po prostu licząc patyczki, żetony itd. Przy czym – zauważcie pozorną zbieżność z tym, co Marzena napisała kiedyś o uczniu utajonym. Własne doświadcznia internalizują się inaczej niż „podana wiedza”. Uogólnienia i abstrakcje, które mózg samodzielnie buduje w trakcie takich doświadczeń, działają szybciej (poza świadomością), bardziej trwale się zapisują itd. Podobnie jak reguły gramatyczne obcego języka, którymi się posługujemy poprawnie, choć nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia. Niby wszystko fajnie, ale wiemy, co to oznacza – a oznacza miesiące ćwiczeń nudnych dla każdego dziecka, a w dodatku stresujących dla tych dzieci, które nie kumają, o co chodzi.
        Amerykanie pokazali w badaniach, które znalazłem, sposoby przełamywania bariery stałości liczby w trzech sesjach po 15 minut (o ile pamiętam). Najszybszą i najskuteczniejszą metodą okazał się charakterystyczny rodzaj perswazji. Skuteczniejsze niż próby pytania dziecka „zastanów się, dlaczego żetonów jest tyle samo” było pytanie „jak myślisz, skąd ja wiem, że żetonów jest tyle samo”. Być może to się odwołuje do lustrzanych neuronów, które tak zajmują Marzenę, może chodzi o coś jeszcze innego – nie wiem. Okazuje się w każdym razie, że wyjaśnienia działają, że istnieje wiele różnych, mniej lub bardziej skutecznych strategii takich wyjaśnień itd. Oczywiście kary i nagrody też działają. Wydaje mi się jasne, że mniej skutecznie, ale nawet gdyby były skuteczniejsze, ja bym ich z całkiem innych powodów nie używał.

Dodaj komentarz