Mindfulness. Jak uważność może pomoc w nauczaniu?

Wpis dotyczy pojęcia – Mindfulness. Zastanowimy się  jak wykorzystać uważność w pracy nauczyciela. Omówię cztery aspekty:

  1. Koncentrowanie się na chwili obecnej
  2. Świadomość tego, co się czyni
  3. Myślenie pozytywne
  4. Obserwacja bez osądu



Bardzo często w publikacjach zagranicznych pojawia się pojęcie mindfulness. Nie znam polskiego odpowiednika. Może najbardziej odpowiednim tłumaczeniem jest przytomność lub uważność.
Alaina Love w swoim artykule – What a mindfulness practice can teach you about leadership
(https://www.smartbrief.com/original/2018/09/what-mindfulness-practice-can-teach-you-about-leadership?utm_source=brief&utm_medium=FeaturedContent&utm_campaign=LeadershipOriginals) wskazuje na wiele badań, które pokazują, że wykorzystanie uważności przynosi korzyści w sprawowaniu przywództwa i w wykonywaniu pracy.  Autorka proponuje doskonalenia się w „uważności” np. poprzez medytację, tai chi, jogę, ale też poprzez koncentrację na przytomności w różnych aktywnościach dnia codziennego.  Alaina Love w swoim artykule opisuje przypadek klienta, który dzięki jodze i medytacji poprawił komfort swojego życia i pracy.
Ciekawe są jego wnioski, co zyskał dzięki praktykowaniu przytomności.
Po każdym opisie zastanowię się, jak może „przytomność” pomoc w pracy nauczycielskiej.

  1. Koncentrowanie się na chwili obecnej:Polega na skupianiu się na tym, co jest teraz, nierozpraszaniu się, niepozwalaniu na kierowanie myśli do zmartwień związanych z przeszłością lub z przyszłymi wydarzeniami. Dzięki koncentracji na obecnej chwili można skupić się na rzeczach ważnych w danym momencie i na celach strategicznych i nie rozpraszać się na wykonaniu wieli zadań jednocześnie.

Nauczyciel, który odkłada inne sprawy i poświęca podczas lekcji swoją uwagę uczniom, po pierwsze ma szansę zaobserwować więcej, po drugie jest w stanie zareagować na to, co się dzieje z uczniami, może zmodyfikować swoje nauczanie i przez to być bardziej skutecznym nauczycielem.

  1. Świadomość tego, co się czyni. Polega na przywiązywaniu wagi i oddaniu się temu, co się robi. Wymaga to stawiania sobie celów i koncentracji na dążeniu do ich osiągnięcia.

W pracy nauczyciela przekłada się to na planowanie lekcji i stawianie sobie i uczniom celów. Owocuje to świadomym nauczaniem, a nie tylko realizacja programu, dostosowaniem planów do możliwości uczniów, co pomaga w osiąganiu celów.

  1. Myślenie pozytywne:Polega na unikaniu nadmiernego samokrytycyzmu i tak zwanego „szukania dziury w całym”. Często samokrytycyzm wynika z porównywania się z innymi i ich sukcesami, co owocuje mniejszą odpornością na przeciwności losu. Optymistyczne nastawienie udziela się innym i sukces staje się bardziej możliwy.

Nauczyciel optymista jest skarbem dla uczniów. Nauczyciel, który wierzy w uczniów i w ich możliwości ma dużo większe szanse na efektywne uczenie. Taka postawa jest „zaraźliwa” i uczniowie również zaczynają wierzyć, że są w stanie nauczyć się, co staje się samospełniającą się przepowiednią.

  1. Obserwacja bez osądu. Polega na umiejętności samej czystej obserwacji bez oceniania sytuacji. Ćwiczenie tej umiejętności jest, jak medytacja, czyli obserwowanie swoich myśli, a następnie pozwolenie, aby odeszły. Pomaga to uniknąć przedwczesnych sadów i wniosków.

Taka postawa pomaga nauczycielowi w obserwacji uczniów, bez oceniania ich i bez podejmowanie pochopnych decyzji. Pozwala to podejmować przemyślane i właściwe decyzje wtedy, gdy sytuacja się wyklaruje. Uczniom potrzebny jest „wyważony” nauczyciel, na którym mogą polegać i mieć do niego zaufanie.
Na pewno w moich wpisach pojawi się jeszcze temat uważności, bo coraz więcej się o nim mówi i o korzyściach płynących z bycia uważnym.

No Comments

  • avatar

    xts

    13 listopada 2011 at 14:28

    Przyklasnąć!
    Z tego, co słyszałem od kuzyna uczącego się w austriackiej szkole, tam takie podwójne lekcje są częste, choć nie mam pojęcia, jaka za tym stoi motywacja i jakie są formalne relacje pomiędzy taką parą nauczycieli.
    Do Pani długiej listy korzyści takiego systemu dorzuciłbym jeszcze trzy:
    1. Nie tylko dawałby możliwość dobrego i w pełni kompetentnego prowadzenia lekcji interdyscyplinarnych na etapach, gdy program szkolny mamy poszatkowany na wzajemnie ignorujące się „przedmioty”, ale motywował nauczycieli do takiej współpracy.
    Dwie łączone lekcje fizyki pomieszanej z geografią mogą być dużo efektywniejsze niż jedna fizyki i jedna geografii. O różnorakich pożytkach z lekcji interdyscyplinarnych – chyba nie muszę przekonywać, a jeśli już – to jest to temat na oddzielny obszerny wątek…
    2. Praktykowane z powodzeniem w świecie uczelni akademickich: W czasie lekcji zawierających element doświadczalny, jeden nauczyciel (profesor) prowadzi część wykładowo-teoretyczną, drugi (asystent) zajmuje się eksperymentem i ewentualnie opracowaniem rachunkowym jego wyników. Taki podział pozwala nie tracić czasu uczniów (i napięcia ich uwagi) na czasochłonne, a nieistotne dydaktycznie przygotowawcze elementy doświadczenia. Zachęca też (daje możliwość zrobienia tego bez straty czasu) do ubarwiania lekcji wykładowych demonstracjami i pokazami.
    3. Gdy w trakcie dyskusji pojawia się wątek wymagający sięgnięcia do źródeł, pozwalałoby to na kontynuowanie wykładu/dyskusji w czasie, gdy drugi nauczyciel przekopuje internet i zakurzone książki – nie stalibyśmy więc przed wyborem pomiędzy rozbiciem ciągu lekcji a zbyciem pytania.
    Jedyna wątpliwość: jak pomysł ma się do regulacji prawnych? Obawiam się, że bez zmian ustawowych (jestem pewien, że ZNP by je zablokował), byłoby to dla szkoły dwukrotne zwiększenie kosztów płac nauczycielskich.

  • avatar

    Danusia

    13 listopada 2011 at 15:11

    Zadziwiające jak w różny sposób traktuje się edukację w szkole i edukację dorosłych. Tak zwane warsztaty dla dorosłych są często prowadzone przez dwóch trenerów i mają tylko 16 uczestników (to podobno optymalna liczba).
    Dwóch trenerów nikogo nie dziwi, a dwóch nauczycieli i owszem.
    Z tymi opłatami nie byłoby dwukrotnie, jeśli zwiększyłoby się pensum takich lekcji prowadzonych podwójnie. Ale oczywiście koszty byłyby, ale może lepiej niż tablica interaktywna w każdej klasie?
    Też myślę, że można jak Finowie przesunąć pieniądze z nadzoru na doskonalenie. A wiadomo, że najlepsze doskonalenie nauczycieli odbywa się w małych grupach profesjonalistów.
    D

  • avatar

    Danusia

    14 listopada 2011 at 08:23

    No właśnie, warto by wiedzieć. Na świecie robi się tego typu badania. U nas jakoś nie.
    Znam badania, które cytował Dylan Wiliam, a dotyczące porównania 3 interwencji:
    1. Zwiększenie wiedzy przedmiotowej u nauczycieli
    2. Zmniejszenie liczebności klas
    3. Stosownie oceniania kształtującego
    OK zwycięża całkowicie i efektami w nauczaniu i kosztowo.
    Ale to nie jest ten wybór o którym mówimy.
    Ja osobiście zdecydowanie wolę drugiego nauczyciela niż zmniejszenie liczby uczniów w klasie. Dlatego, że ten pierwszy pomysł pomaga profesjonalizować i doskonalić zawód nauczyciela.
    U nas nauczanie jest prywatną sprawą nauczyciela i nie ma kultury współpracy, bardzo potrzebnej, wręcz niezbędnej przy profesjonalizacji.
    To byłby wielki krok w kierunku otwarcia drzwi klasy
    Zajęcia poza lekcyjne, to inna sprawa. Złożony problem, bo zależy od zasobów nauczycielskich, nie tylko od pieniędzy. Organizacja szczególnie na wsiach bywa też trudna.
    D

  • avatar

    xts

    14 listopada 2011 at 10:53

    Wydaje mi się, że nie da się dać jednoznacznej odpowiedzi na pytanie Rafała. Zupełnie inaczej wygląda sprawa w Warszawie, gdzie mamy całkiem sporą ofertę zajęć pozalekcyjnych poza szkołą – również bezpłatnych, a zupełnie inaczej w wiejskiej szkole, gdzie oferty nie ma wcale, lub sprowadza się do gminnego domu kultury, a rodzice nie wyślą dzieci na żadne takie zajęcia, jeśliby mieli wydać choćby te 3zł na bilet autobusowy.
    Wydaje mi się też, że może to zupełnie inaczej wyglądać na różnych etapach edukacji. Z mojego doświadczenia (dawno i krótko) uczenia w liceum – zgadzam się z Danusią: intuicja podpowiada mi, że dwóch nauczycieli w większej klasie mogłoby poprawić jakość uczenia lepiej, niż małe klasy. Ale z młodszymi dziećmi może być inaczej. Zwróćmy też uwagę, że w wiejskich szkołach klasy i tak już zazwyczaj są dość małe.
    Coraz bardziej podoba mi się pomysł Danusi z lekcjami prowadzonymi w tandemie.
    Dorzucę jeszcze jedną, wynikającą z tego możliwość – prowadzenie gościnnych lekcji, przez nauczycieli z innych szkół. To oczywiście powinien być niewielki odsetek lekcji (dla ucznia – jedna czy dwie takie lekcje w tygodniu). Poza wymianą doświadczeń pomiędzy szkołami i łamaniem rutyny szkolnej, takie podejście dostarczałoby atrakcji, przeliczalnych na ulubione przez M.Ż. neurotransmitery.

  • avatar

    Danusia

    14 listopada 2011 at 11:28

    Xts
    Bardzo ważny aspekt!!!!
    Różnice pomiędzy rzeczywistością miejską i wiejską. Mówiła o tym Pani Królikowska na Kongresie Obywatelskim. Zupełnie to inaczej widać z tych dwóch perspektyw. To chyba temat na osobny wpis. Decydenci widzą raczej sprawę z perspektywy Warszawy, a ona nie daje się uogólnić. Choćby Pana przykład z 3zł. Na wsi za to wycieczki w czasie lekcji nie są problemem i nawet żabę na lekcji można dotknąć.
    I gdybyśmy teraz optowali za lekcjami w terenie, to nie byłoby to wykonalne w mieście.
    Z tymi lekcjami wspólnymi w różnych szkołach, to już Pan przeleciał.
    Rzeczywistość na razie jest taka, że nauczyciele nie obserwują swoich lekcji wzajemnie, nie rozmawiają ze sobą na temat metod dydaktycznych i wychowawczych. Każdy sam sobie sterem. Czasami tylko organizowane są lekcje pokazowe, ale wiemy też, że nie są często prawdziwe. Lekcje pokazowe są po to, aby pokazać, a nam zależy na tym, aby skorzystać.
    D
    D

  • avatar

    Janina Huterska- Górecka

    14 listopada 2011 at 17:41

    ‚Rzeczywistość na razie jest taka, że nauczyciele nie obserwują swoich lekcji wzajemnie, nie rozmawiają ze sobą na temat metod dydaktycznych i wychowawczych. Każdy sam sobie sterem. ”
    Dla mnie, Pani Danusiu, jest to najbardziej bolesna prawda,mająca miejsce w przedszkolach.
    Bardzo często dwie nauczycielki „uczące” w tej samej grupie dzieci, zachowują się skrajnie różnie: jedna autokratycznie porozumiewa się z dziećmi, druga „demokratycznie”; Każda „robi swoje, po swojemu”. Czeka na „swoją kolej”. Ma swój plan edukacji dzieci.
    Bywało, że byłam niewygodnym współpracownikiem (wchodziłam na część etatu), „bo zaburzałam” wyćwiczone dzieciom ścieżki i dryl.
    Akurat w takim miejscu (jedna grupa przedszkolaków dla dwóch Pań) – porozumiewanie się w sprawie celów i metod jest jaskrawo potrzebne.
    Gdzie problem?
    – w chęci i umiejętności dialogu. Rozumienia, że to nie „moja praca”,
    ale „dzieci należące do siebie”. Im służę.
    Bardzo mi się podoba idea dwóch nauczycieli w jednej klasie ( w moich marzeniach dawno ją widziałam. Dlaczego? – bo już w przedszkolu ćwiczeń, na praktykach, prowadząc zajęcia widziałam, jak dobrze jest, kiedy w grupie mieszanej 3-6latki(!) w pewnym momencie ma się kto zająć tymi, którzy chcą pracować inaczej.
    Dwóch nauczycieli w jednej grupie/klasie TAK.
    To szansa dla dobrej edukacji.
    Sukces także w tym, by „chcieli poszukiwać/mówić jednym językiem dobrej pedagogiki”.
    To pewnie oczywiste? Nie odkrywam.
    Boleję natomiast, że władze lokalne ograniczają etaty dla osób wspierających nauczyciela w przedszkolu. Są to etaty „pomocy dla dzieci młodszych”, ‚woźnej”, które w moim rozumieniu byłyby swoistym „drugim nauczycielem” w grupie. Wiem, co mówię – doświadczyłam takiej wspaniałej pomocy i widziałam spokój i poczucie bezpieczeństwa dzieci.
    Ktoś powie – „o czym tu mowa?”
    Ja powiem. O fundamencie uczącego się Człowieka.
    Jeżeli w przedszkolach i na etapie edukacji wczesnoszkolnej będzie „mizernie, źle”, to jakakolwiek matura i egzaminy na studia będą „o tyle mizerne i złe” w wynikach.
    Tak sobie.
    Nina

  • avatar

    Janina Huterska- Górecka

    14 listopada 2011 at 18:24

    Znalazłam cytat:
    G. Dryden, J. Vos – „80% zdolności do nauki rozwija się w pierwszych ośmiu latach życia”.
    G. Vico – „Wszystko, co najważniejsze dla życia człowieka odbywa się do 6 roku życia”.
    I po polsku -„Czego Jaś…”

  • avatar

    Zofia Godlewska

    14 listopada 2011 at 20:01

    Pomysł jest świetny i warto poszukiwać sposobów na jego realizację. Jeśli nie da się „systemowo”, to można próbować wdrażać go tam, gdzie taka pomoc uczniom jest bardzo ważna. W minionym roku szkolnym wykorzystaliśmy w ten sposób kilka godzin „karcianych”. Drugi nauczyciel został wprowadzony do tych klas, w których indywidualne możliwości i predyspozycje uczniów, a także stopień wiedzy i umiejętności był bardzo zróżnicowany. Nauczyciele wspólnie przygotowywali się do lekcji, omawiali poszczególne sytuacje dziecięce, by trafiać z pomocą najcelniej. Wyszliśmy z założenia, że nie traktujemy pracy tego drugiego nauczyciela jako realizacji zajęć obowiązkowych (bo nie wolno !) lecz jako rodzaj zajęć zwiększających szanse edukacyjne uczniów (bo tak wolno !). Ten drugi nauczyciel pracował z uczniami indywidualnie pomagając im pokonać określone trudności, do czego był przygotowany, a zakres szczegółowo omówiony z „głównym rozgrywającym nauczycielem” . Zastanawiam się (biorąc pod uwagę bardzo zróżnicowaną frekwencję na zajęciach wyrównawczych zorganizowanych w oparciu o rozporządzenie o uczniach o specjalnych potrzebach edukacyjnych ), czy ta forma „podwójnego nauczyciela” nie była skuteczniejsza. W tym roku kontynuujemy tą próbę tylko w dwóch przypadkach, bo „zabrakło” nam godzin. Pomysł z tekstu „Jak zmieniać 2” – kupuję . I tak jak pisze p. Janina Huterska- Górecka w ostatnim wpisie – im wcześniej by się udało go wprowadzić – tym lepiej i skuteczniej.

  • avatar

    W.Szwajkowski

    15 listopada 2011 at 09:38

    Koncepcja ma same zalety, które w pełni uzasadniają nawet znaczące zwiększenie wydatków na oświatę, ponieważ wydatki te zwróciłyby się wielokrotnie. Ale jak każda reforma pomysł będzie miał zagorzałych przeciwników. Będą to tacy dyrektorzy i nauczyciele, którzy rolę szkoły widzą jako miejsce, gdzie uczeń musi się przede wszystkim nauczyć podporządkowywać władzy, którą reprezentuje nauczyciel, bez względu na to, czy za tą władzą stoi jakakolwiek racja. Takie relacje wygodniej budować w systemie jeden nauczyciel-klasa, beż żadnych postronnych świadków, jak to ma miejsce obecnie. Ciekawe, jak tacy nauczyciele przyjęli by pomysł nagrywania każdej lekcji i archiwizowania nagrań, na wypadek gdyby którakolwiek strona, uczeń lub nauczyciel, zgłosili niestosowność postępowania drugiej? Technicznie możliwe, a realizacja pewnie o wiele tańsza niż system bramek na drogach do pobierania opłat od TIR-ów.
    Niestety, wzorce modelu relacji opartego na podporządkowaniu idą z samej góry, ze szczytów władzy, a stosujący je nauczyciele mogą mieć nawet dobre intencje. Jakie bowiem szanse na karierę w korporacji, administracji, polityce, hierarchii kościelnej, wojsku czy różnych sitwach zawodowych ma ktoś, kto krytycznie ocenia poczynania zwierzchników i został w szkole przyzwyczajony do dyskutowania na temat ich poglądów?

  • avatar

    Ela

    15 listopada 2011 at 19:07

    „Rzeczywistość na razie jest taka, że nauczyciele nie obserwują swoich lekcji wzajemnie, nie rozmawiają ze sobą na temat metod dydaktycznych i wychowawczych. Każdy sam sobie sterem. ”
    W naszej szkole taka rzeczywistość to już przeszłość. Nauczyciele obserwują swoje lekcje wzajemnie i rozmawiamy o tym jak uczymy. Wchodząc do szkoły codziennie można zauważyć jakieś otwarte drzwi do klasy. To, jak uczy nauczyciel nie jest jego indywidualną sprawą – to problem całej szkoły. Trzeci rok wprowadzania oceniania kształtującego daje efekty – wyniki uczniów poprawiają się. Jesteśmy więc potwierdzeniem badań Dylana?
    Współprowadzenie lekcji wypróbowałam raz w tym roku traktując to jako obserwację zajęć u młodego stażem nauczyciela. Korzyści były właśnie takie, jak opisujesz, Danusiu.
    Bardzo podoba mi się pomysł wykorzystywania godzin karcianych na współprowadzenie zajęć. Super.

  • avatar

    Wiesław Mariański

    15 listopada 2011 at 22:14

    „Bardzo często dwie nauczycielki „uczące” w tej samej grupie dzieci, zachowują się skrajnie różnie: jedna autokratycznie porozumiewa się z dziećmi, druga „demokratycznie”; Każda „robi swoje, po swojemu”. Czeka na „swoją kolej”. Ma swój plan edukacji dzieci.”
    Pani Janino, świetnie Pani ujęła jedną z najboleśniejszych słabości naszej oświaty. Jest to zjawisko złe w sposób dwojaki. Po pierwsze jest to choroba, która toczy ciało nauczycielskie po cichu, „bezboleśnie”. Nie zwracamy na nią naszej uwagi bo nie mieści się w polu głównych działań: plany, sprawozdania, oceny, testy, wyniki, dyscyplina. Po drugie jest to temat tabu w pokoju nauczycielskim i na wywiadówkach. Jeżeli rozmawia się o nim, to tylko po cichu, prywatnie, w pełnej poufności.
    Problem dotyczy każdego poziomu edukacji: od przedszkola do liceum. Każdy pracuje tak jak potrafi, lubi i chce, czyli wolnoć Tomku w swoim domku.
    Mam zamiar napisać szerzej o tej sprawie na moim blogu.

  • avatar

    Wiesław Mariański

    15 listopada 2011 at 22:27

    Odnośnie pomysłu „dwóch nauczycieli”.
    Jestem za. Proszę o próbowanie i wdrażanie. Kto, gdzie i kiedy to zrobi ? Gdy zaproponuję to w naszym liceum – będą chcieli to robić ?
    Innymi słowy:
    – jakie są metody wprowadzania dobrych pomysłów ?
    – jakie są szanse na próbowanie dobrych pomysłów ?
    – jakie są szanse na trwałe wdrożenie dobrych pomysłów ?
    – jaki jest wskaźnik upowszechnienia dobrych pomysłów ?
    Pytanie kluczowe: jakie jest prawdopodobieństwo, że Jaś (s)korzysta z dobrych pomysłów ?
    Nasz problem oświatowo-państwowo-cywilizacyjny: kto ma i będzie miał dostęp do dobrych pomysłów w oświacie – elity, czy masy ?

  • avatar

    Danusia

    15 listopada 2011 at 22:38

    Pani Nino
    Zgadzam się, że bardzo ważne jest wczesne kształcenie. Myślę, że szczególnie dlatego, że jest nieuświadomione przez uczącego. Zapada w dziecko samoczynnie i głęboko. Starsze dzieci potrafią wybierać, nie zgadzać się i poradzić sobie np ze złym nauczycielem. Małe nie i niesie to potem przez całe życie.
    Drugi nauczyciel przydałby się na każdym etapie kształcenia.
    D

  • avatar

    Danusia

    15 listopada 2011 at 22:49

    Panie Witoldzie
    Tak myślę, że pomysł nie każdemu z nauczycielowi spodobałby się, więcej – mało któremu.
    Przecież taki drugi to może być szpieg dyrekcji, oceniający ekspert itp.
    Rozpowie potem, że sobie nie radzę.
    Jak jestem sam, to mogę nic nie robić, rzucę podręcznikiem i niech się uczą. Nie muszę się w ogóle przygotowywać, mogę iść „z marszu” na każdą lekcję. A taki drugi nie dość , że będzie wymagał planowania, to jeszcze omawiania – po lekcji.
    I to wszystko za te marne grosze?
    Przepraszam, że mi się tak ulało na kolegów.
    W sumie to rozumiem, jak trudno jest nauczać, jaka jest to wymagająca praca.
    Ale jestem przekonana, że zaangażowanie w nią czyni ją lżejszą i satysfakcjonującą.
    D

  • avatar

    Danusia

    15 listopada 2011 at 22:55

    Wiesławie
    Z dobrych pomysłów korzystają otwarci ludzie. I potem mają sukcesy.
    My w CEO w programie RUN mamy nadzieję, że dobry przykład idący od pracy nauczycieli w grupach Pomocnych Przyjaciół rozszerzy się najpierw na szkołę, a potem może też na inną szkołę. I jesteśmy gotowi cierpliwie czekać.
    Danusia

  • avatar

    dsterna

    17 listopada 2011 at 08:35

    Słuchajcie, przeczyłam dziś w Educational Ledarship (pismo ASCD) artykuł: The power of virtual coaching.
    Jest nim o wirtualnych coachach dla nauczycieli.
    Nauczyciel prowadzi lekcję, ma w uchu słuchawki, lekcja jest transmitowana internetowo do komputera coacha, który daje nauczycielowi wskazówki na bieżąco do ucha.
    Piszą, że zaczęli z tym eksperymentem już w 1994 roku. Efekty nauczania są podobno świetne u takich nauczycieli posiadających coacha. Może więcej napiszę, jak przeczytam do końca.
    Skojarzyło mi się to z naszą dyskusją. Bo my się zastanawiamy nad rewolucyjnym prowadzeniem lekcji przez dwóch nauczycieli, a oni eksperymentują z wirtualnym coachem obecnym cały czas podczas lekcji.
    D

  • avatar

    xts

    17 listopada 2011 at 15:29

    Sceptycznie podchodzę do tego pomysłu. Raczej zapisałbym go w fullanowskiej kategorii wrong drivers – technology gadgets.
    Takie podejście nie pozwala na większość z wypunktowanych przez Panią (i innych) pożytków z lekcji tandemowych. Ma też dwie koszmarne wady:
    – daje uczniom przekaz: nasz nauczyciel jest suflowanym z zewnątrz gamoniem, który sam by sobie nie poradził;
    – (wiem z własnego doświadczenia jak to jest trudne – nie opanowałem tej umiejętności) bardzo trudno jest mówić w spójny, nieprzerwany sposób, gdy w uchu brzęczy słuchawka. To jest jedna z najtrudniejszych rzeczy do opanowania przez np. dziennikarzy TV – którzy często zacinają się albo łapią za ucho i przerywają wypowiedź, gdy reżyser im coś podpowiada słuchawką.

  • avatar

    xts

    17 listopada 2011 at 15:52

    Trzecia koszmarna wada (chwilę zajęło mi pełne uświadomienie sobie, co mi w tym uwiera):
    To jest wyraz braku szacunku do uczniów. Uczeń poświęca całą swoją uwagę (a przynajmniej tego od niego oczekujemy) lekcji i nauczycielowi. A my, w tym czasie, rozmawiamy/słuchamy czegoś innego.
    Jak reagujemy, gdy dziecko, z którym rozmawiamy nie zdejmuje z uszu walkmana albo rozmawia z nami nie odrywając oczu od telewizora?
    Jeśli chcemy, by oni okazywali nam szacunek przez skupienie uwagi – żadnych słuchawek w uszach w czasie lekcji!

  • avatar

    Pani od fizyki

    19 listopada 2011 at 21:37

    Popieram pomysł uczenia w duecie.
    Udało mi się pewnego razu namówić do współpracy nauczycielkę języka hiszpańskiego. Efektem była lekcja prowadzona przez fizyka i iberystę w klasie II gimnazjum z sekcją dwujęzyczną z językiem hiszpańskim. Taki trochę CLIL, o którym prawie nie wiedzą nic nauczyciele przedmiotów i języków w Polsce.
    Lekcja dotyczyła powtórzenia wiadomości o pracy i mocy ze szczególnym zwróceniem uwagi na pochodzenie jednostek czyli niutona, dżula i wata. Oczywiście fizyk ćwiczył fizykę, a następnie iberysta wprowadził ćwiczenia prezentujące życiorysy trzech panów Newtona, Joule,a i Watta i na tej bazie uczniowie np. utrwalali stosowanie czasu przeszłego Indefinido (który aktualnie był tematem zajęć językowych), poszerzali słownictwo, między innymi o to „fizyczne”. Podsumowaniem był krótki test sprawdzający umiejętności zarówno z fizyki, jak i języka napisany z dobrymi efektami.
    Jeśli mam taką możliwość to zapraszam praktykantki z języka hiszpańskiego na choć jedną lekcję fizyki i proszę o przygotowanie ćwiczeń językowych, ale dotyczących np. prawa Archimedesa itp. Fizykę studiuje coraz mniej osób i jakoś nie docierają na praktyki do mojej szkoły 🙁 a iberystyka cieszy sie większym zainteresowaniem no i ze względu na sekcję dwujęzyczna łatwiej jest zdobyć właśnie takiego współpracownika na lekcję. Pierwszej reakcji raczej nie muszę Państwu opisywać, gdyż jednak większość osób studiujących przedmioty humanistyczne ma znany wszystkim stosunek i doświadczenia z uczenia się przedmiotów ścisłych. ALE… wszystko zależy od rozmowy i przedstawienia swoich oczekiwań. Jeśli wyjaśnię o co chodzi, udostępnię materiały do fizyki w języku hiszpańskim (który na szczęście sama też znam, więc mi łatwiej) nagle otwiera sie przed językowcami nowy świat możliwości, o którym nie myśleli. Bo konia z rzędem temu kto wskaże nauczyciela języka obcego, który sam wprowadzi słownictwo dotyczące astronomii czy innych tematów, które interesują uczniów gimnazjum, a które to słownictwo otworzyłoby uczniom nowe OKNO NA ŚWIAT nauki, które ułatwiłoby im bardziej świadome oglądanie filmów z doświadczeniami np. na serwisie youtube czy próby oglądania programów o nauce ale w oryginale. Wiem, że język techniczny nie jest łatwy, ale to zdaje się przez to, że go sie w ogóle nie bierze pod uwagę w nauczaniu szkolnym i nie przyzwyczaja uczniów od początku, że nauka to nie tylko własny język ale przede wszystkim współpraca pomiędzy naukowcami z różnych krajów.
    PRZEDMIOT+JĘZYK=WSPÓŁCZESNA NAUKA to taki mój prywatny pogląd, mam nadzieję że nie odosobniony. Inne spojrzenie na temat. Ale do tego potrzebny jest tandem o którym mówi tytuł Jak zmieniać 2.
    Ciekawa jestem co Państwo o tym myślą?

  • avatar

    xts

    19 listopada 2011 at 22:04

    Leje Pani miód na moje serce!
    Nigdy wprawdzie nie próbowałem łączyć fizyki z hiszpańskim, ale regularnie łączę ją z angielskim, często z niemieckim, a zdarzyło mi się kilkukrotnie i z francuskim (mimo że ja nie mówię ani trochę po francusku), gdy miałem uczennicę uczącą się tego języka.
    W moim zbiorze propozycji ciekawych lekcji fizyki http://www.ceo.org.pl/pl/au/news/przyklady-doswiadczen-ksawerego-stojdy czeka (już od dobrych kilku dni nie może się doczekać!) na publikację lekcja o Filiżance Einsteina, wykorzystująca między innymi czytanie oryginalnego tekstu Einsteina o meandrowaniu rzek (dwie strony, łatwy niemiecki, żadnej matematyki, fizyka zrozumiała dla gimnazjalisty).
    Moim pomysłem jest wykorzystywanie oryginalnych tekstów „wielkiej nauki” – choćby właśnie Einsteina – na lekcjach w ich oryginalnej postaci albo w klasycznych tłumaczeniach (np. Newton nie po łacinie, tylko w angielskim tłumaczeniu Motte’a). To nie tylko jest wprawka językowa, ale uświadomienie uczniom, że nauka to nie wieża z kości słoniowej, ale wystarczy znać odrobinę języki nauki, by móc czytać ze zrozumieniem teksty, które tę naukę tworzyły.
    Udało mi się przekonać nauczyciela angielskiego, by jako lekturę wykorzystał „Voyage of the Beagle” – dziennik podróży Charlse’a Darwina – z jednej strony wciągająca opowieść przygodowa dla nastolatków, z drugiej obserwacje przyrodnicze, na podstawie których Darwin sformułował swoją teorię.
    Bardzo wszystkich nauczycieli – (nie tylko fizyki!) zachęcam: czytajmy z dziećmi Laplace’a i Lagrange’a po francusku, Darwina i Maxwella po angielsku, Gaussa i Einsteina po niemiecku, Łobaczewskiego po rosyjsku (niech Pani od Fizyki podpowie kogo po hiszpańsku…) A dlaczego choćby geografowie nie mieliby wykorzystywać Humboldta?
    PS. nauczyciele fizyki – motorem postępu w oświacie 😉

  • avatar

    Pani od fizyki

    19 listopada 2011 at 23:15

    Hm…
    Z tym czytaniem fizyków po hiszpańsku to jakoś ciężko. Spróbuję znowu wrócić do tematu, bo łatwiej znaleźć fizyka niemiecko, anglo, franko, włosko, rosyjsko-języcznego niż hiszpańsko- języcznego o znaczącym wpływie na bieg nauki i historii. Może to ten upał rozleniwiał umysły Hiszpanów? Zakładam jednak, że to moja niewiedza w tym temacie. Więc obiecuję odrobić prace domową 🙂 to taki mini-projekt tym razem dla nauczyciela.
    Ja oczywiście nie tylko wprowadzam elementy języka hiszpańskiego na swoich lekcjach fizyki. Na poczatku to był jednak język angielski i prosze sobie wyobrazić jakie było zdziwienie uczniów, wszystkich bez wyjątku, gdy dowiadywali się i wciąż dowiadują o pochodzeniu symboli zastępujących wielkości fizyczne oraz o pochodzeniu nazw jednostek. Angielski, a przy okazji hiszpański, jest niezastąpiony. I nawet słabi uczniowie szybko kojarzą, że czas to t bo time, że siła to F bo jest RAF (czyli Królewskie Siły Lotnicze), że natężenie prądu elektrycznego to I bo intensity ( po polsku intensywność) i tak dalej. Jeśli podczas rozwiązywania zadania nie pamiętają symbolu to pytam jak to będzie po angielsku albo po hiszpańsku i za chwilę mam wpisana odpowiedź. To sa podpowiedzi, ale nie wprost, więc się z nich łatwo rozgrzeszam 🙂
    Namawiam też usilnie jedną anglistkę, aby w jednym z numerów gazetki w języku angielskim zagościł temat przedmiotów przyrodniczych. No nie wiem, np. numer o astronomii, albo o tym po co człowiekowi chemia w zyciu codziennym? Przecież uczniowie mogą przygotować prosty zyciorys naukowca. Moga poszukać ciekawostek z jego zycia i pracy naukowej. Moga ułożyć quiz czy krzyżówkę o nauce. Mogą przeprowadzić wywiad z jakimś naukowcem np. z Marią Skłodowską -Curie czy z Heweliuszem, wiem że to „zaoczny” wywiad, ale dużo łatwiejszy niz wywiad na żywo, a jak mobilizujący różnorako ucznia. Jestem znudzona tym ciągłym nastawianiem sie językowców na mówienie o hobby i kulturówce i przysłowiowej pogodzie.
    Nawet jeśli ja znam jakiś język obcy to proszę wyobrazić sobie jakie to jest wyzwanie na jednej godzinie w tygodniu uczyć 30 osób fizyki i to samych Polaków i wplatać w to wszystko elementy języka obcego.
    A językowcy wcale się nie kwapią do współpracy, bo ich wspomnienia z lat szkolnych są takie a nie inne, czyli mało pozytywne (myślę oczywiście o ma-che-fi-m :-))
    P.S. Moją pracę z uczniami w klasie I gimnazjum zaczynam zawsze od wyjasnienia, że fizyka jest nauką interdyscyplinarną w związku z tym mają się nie dziwić, że:
    1. mówią i piszą, a to nie język
    2. liczą a to nie matematyka
    3. rysują a to nie plastyka
    4. wykonuja doświadczenia i podają instrukcje i przepisy a to nie kuchnia
    5. szukają maszyn prostych w człowieku a to nie biologia
    6. mówią o budowie atomu, dysocjacji i jonach, a to nie chemia
    itd
    I może przez ta interdyscyplinarność nauczyciele fizyki mają szersze spojrzenie na świat
    i dlatego mają szansę być motorem postępu
    nie tylko w oświacie!

  • avatar

    xts

    20 listopada 2011 at 09:15

    Ze znalezieniem osiągnięć hiszpańskiej nauki chyba może być rzeczywiście ciężko. Też mi nic nie przychodzi do głowy. Gdy Laplace’owi hipoteza o istnieniu Boga nie była potrzebna do wyjaśniania zjawisk przyrody, oni mieli jeszcze Inkwizycję, to nie był zachęcający klimat do rozwoju nauki…
    W którymś z andyjskich obserwatoriów astronomicznych mają bardzo dobrą dwujęzyczną (en/es) stronę internetową z mnóstwem ciekawych materiałów o astronomii i astrofizyce.
    Podrzucę Pani jeszcze jeden pomysł, ja to robiłem wspólnie z grupką Austriackich uczniów, można i z Hiszpanami, a już z Argentyną to mógłby być pełen odlot!
    Śladami Eratostenesa – mierzymy Ziemię (albo tylko wyznaczamy nasze wzajemne położenie geograficzne), odległość do Księżyca i wielkość Księżyca (z paralaksy) porównując zdjęcia Księżyca wykonane w tym samym czasie przez dwie grupy w dwóch różnych miejscach na Ziemi. To wymaga sporo interakcji i dogadywania się pomiędzy grupami, a potem współpracy przy opracowywaniu wyników.
    proszę o kontakt (mornay@o2.pl) jeśli zainteresowana Pani jest szczegółami.

  • avatar

    grażka

    27 grudnia 2011 at 11:55

    do wypowiedzi zainspirowała mnie wypowiedź Pani Janiny Huterskiej- Góreckiej
    >>Bardzo często dwie nauczycielki „uczące” w tej samej grupie dzieci, zachowują się skrajnie różnie: jedna autokratycznie porozumiewa się z dziećmi, druga „demokratycznie”; Każda „robi swoje, po swojemu”. Czeka na „swoją kolej”. Ma swój plan edukacji dzieci.<<
    Zgadzam się z powyższym stwierdzeniem pod warunkiem – zamiast określenia "bardzo często" – użyłabym słów "zdarza się".
    Przedszkola mają znakomite pole do realizowania proponowanych przez Państwa idei. I – nie wyobrażam sobie braku współpracy przedszkolanek prowadzących tę samą grupę. Ona jest konieczna już na etapie wspólnego urządzania sali, następnie planowania pracy, obserwacji dzieci – prowadzenia ich, analizowania, formułowania wniosków, aż po to, co bywa najczęściej na zewnątrz widoczne – przygotowanie uroczystości przedszkolnych i występów dzieci.
    Temperamenty i style pracy nauczycielek pracujących w grupie – i ich odmienność jako korzyść dla dziecka, a nie wyłącznie działanie destrukcyjne – to temat na osobne rozważania. I skorzystamy z niego w "Czasie na przedszkole".
    Wiem – i napawa mnie to niezmiennie zdumieniem – że nie wszędzie tak jest. Fatalnie, że dyrektor takiego przedszkola – w którym nauczycielki nie współpracują (np. każda osobno pisze "swoją" część planu, jedna "robi Gwiazdkę" druga Dzień Matki itp.) – nie zmienia złych praktyk prowadzenia pracy. Ma przecież konkretne uprawnienia jako pierwszy "organ nadzoru" I może – dając osobisty przykład i będąc formalnym liderem – we współpracy z nauczycielami – dokonać jakościowej zmiany.
    Pracowałam sama z dyrektorami. Mam też szerokie nauczycielskie kontakty – prowadząc regionalny oddział pewnego nauczycielkami stojącego stowarzyszenia oraz szkolenia dla nauczycieli.
    I niewielu – bardzo niewielu jest dyrektorów, którzy traktują swoje godziny dydaktyczne w oddziale przedszkolnym jako miejsce własnej pracy nauczycielskiej. We współpracy z nauczycielką – w naturalny w tym momencie sposób wiodącą. Bywa ona najczęściej (to piszę z pełną odpowiedzialnością) – absolutnie w pracy z grupą sama. Musi wypracować sobie sposoby organizowania tej pracy, aby mieć możliwość zapewnienia dzieciom bezpieczeństwa, realizacji programu, sporządzania dokumentacji. Rozumiem takie działania, i jeśli są w interesie dzieci – nie potępiam ich.
    W pełni natomiast popieram dalszą część Pani wypowiedzi. Model grup różnorodnych wiekowo, osoby wspierające nauczycielki – nawet bezzarobkowo – wolontariusze, praktykancie, stażyści, wreszcie Rodzice – marzy mi się taka współpraca. Ale – Sanepid nie pozwoli 🙂
    Trudno sugerować mi lub oceniać rozwiązania dotyczące kolejnych stopni edukacji – o których dyskutują Państwo powyżej.
    Ale gdy wiele lat temu czytałam "Rewolucję w nauczaniu" – zapoznając się z kolejnymi opisami cudownych, niebywałych rozwiązań prezentowanych przez autorów – przy wielu nie mogłam się oprzeć wrażeniu: cóż w tym takiego niezwykłego? Przecież my tak pracujemy w przedszkolu 🙂

  • avatar

    Danusia

    27 grudnia 2011 at 18:35

    Praca przedszkola jest niedoceniana. To bardzo ważny okres dla dziecka i jego przyszłości.
    Znam wiele wspaniałych przedszkoli i przedszkolanek.
    Ciekawe dlaczego takim gorącym tematem jest szkoła, a przedszkole mniej?
    Mnie się marzy przedszkole dla każdego dziecka. To jest prawdziwe wyrównywanie szans. To powinien być priorytet dla oświaty. Nie komputer dla ucznia, tylko przedszkole dla dziecka. Takie jest moje zdanie.
    Pozdrawiam
    Danusia

  • avatar

    Ksawery Stojda

    27 grudnia 2011 at 20:01

    I znów zgodzę się z Danusią… Optujmy za szkołą dla 6-latków, bo to implikuje darmowe/obowiązkowe przedszkole dla wszystkich 5-latków! I – choć nie znoszę PSL – muszę zgodzić się z ich ideą darmowych przedszkoli dla wszystkich chętnych.
    Problem „wyrównywania szans” widać jeszcze ostrzej na wsi. W miastach i tak większość dzieci chodzi do przedszkoli, a nawet jeśli nie, to ma sensowniejszych rodziców, opiekunów i jakieś otoczenie społeczne. Na wsi natomiast można spotkać cztero- pięcio-latka, który ledwo umie mówić – jego otoczenie społeczne to kury, podwórzowy pies i rodzice analfabeci. Ono ledwo umie mówić, podczas gdy jego rówieśnicy z „dobrych domów” sami czytają już książeczki i mają dziesięciokrotnie większy zasób słów.
    Niestety w wiejskich gminach samorządy są (zazwyczaj) jeszcze mniej chętne to dofinansowywania przedszkoli niż w miastach. A rodzice jeszcze mniej chętni do płacenia nawet niskich opłat.
    Może rozwiązaniem są jakieś tańsze formy para-przedszkoli? Nie związane tak ostrymi rygorami, programem, Kartą Nauczyciela, ale jednak cywilizujące te wiejskie dzieci?

  • avatar

    Danuta

    30 grudnia 2011 at 10:36

    Śledzę losy jednego takiego para-przedszkola na Warmii. Powstało siłą lokalnych obywateli i za pieniądze UE. Ma 15 dzieci i kłody pod nogi. Konflikty z gminą o budynek, z rodzicami o przyprowadzanie dzieci, a z UE o rozliczenie każdej złotówki itd. Gdyby nie niewzruszona wola jednej Pani Doroty, to wszystko by się sypnęło, a kobieta wspiera za darmo tę inicjatywę.
    I jest tak jak Ksawery mówi. Jedna Pani ma 4 dzieci, zajmuje się rolnictwem, jej dzieci siedzą z babcią, która ma demencję. Nie potrafią mówić, bo nikt z nimi nie rozmawia. Przedszkole namawiało Panią na przyprowadzanie (za darmo dziecka), ale ona odpowiedziała, że nie chce jej się z domu wychodzić.
    W tej wsi znam jednego młodego człowieka, który skończył gimnazjum. Nie umie czytać. Okazało się to, gdy miał zdać egzamin na prawo jazdy, nie umiał przeczytać poleceń. Nauczył się ich na pamięć i zdał.
    Porównajmy start tego dziecka i dziecka posiadającego tutora.
    Wiem, że sprawiedliwości nie ma, ale przyzwoitość nakazuje dążyć do niej.
    Danusia

Dodaj komentarz