Nie idę dalej….

Zamieściłam w grupie ocenianieksztaltujace na FB wpis:
Uczenie uczniów schematów i pod egzamin powoduje, że uczniowie przestają rozumieć matematykę. Oto dwa przykłady:
• Maturzystka otrzymała do rozwiązania równanie: x + 3 = 2x – 5, spytała: Który x mam wyliczyć?
• Gimnazjalista z drugiej klasy spytał, czy w równaniu x-1 = ab znak równa się „dotyczy tylko iksa, czy x-1”.
Nie dziwię się uczniom, widocznie maja zaległości niezrozumienia sięgające początków matematyki. Jak to się stało, że dotarli tak daleko i nikt im tego nie wyprostował?
To jest II strategia OK – sprawdzać, gdzie są moi uczniowie i nie iść dalej, gdy oni nie są na to gotowi.
Natychmiast wywiązała się dyskusja, która oscylowała wokół dwóch zagadnień:

  1. Nie da rady czekać na uczniów, bo nauczyciela goni program, który musi zrealizować.
  2. Uczyć bez podręczników.
Ad 1:
Agnieszka  Pytanie tylko, czy jest czas na to by się zatrzymywać …. Szkoła pędzi, podręczniki wieloletnie narzucają pewien styl pracy
Anna  No właśnie. Jak ja bym chciała iść tempem dostosowanym do uczniów, zrobić mniej, ale porządnie. Marzenie.
Małgorzata Czy jest czas? Realizacja podstawy programowej nie jest przerabianiem podręcznika i gnaniem do przodu bez sprawdzenia, w którym miejscu jest uczeń. W taki sposób podstawa zostanie zrealizowana ilościowo a nie jakościowo. Czy w przypadku gdy zaledwie 20% klasy zrozumiało temat możemy mówić o zrealizowaniu punktu podstawy? Według mnie absolutnie NIE.
Aurelia  Przyszłam pod koniec października do pracy po 2 – letniej przerwie. Bardzo, bardzo chciałabym się zatrzymać i zrobić z uczniami tyle, by chociaż 50% klasy nadrobiło to co było wcześniej. Nierealne. Juz się musiałam tłumaczyć Pani dyrektor z realizacji podstawy programowej bo jej się numerki nie zgadzają. To jest chore

 

Ad 2
Agnieszka To jasne. Zastanawiam się, po co nam w ogóle podręcznik? I ile czasu można poświęcić, zatrzymując się i czekając, aż osiągniemy to 100% zrozumienie tematu u wszystkich uczniów? Przydałoby się po prostu poziomowanie…
Danuta Sterna Też jestem za nauczaniem bez podręczników dla ucznia, ale za to ze wsparciem wielowariantowymi podręcznikami dla nauczyciela. w sumie takie podręczniki dla nauczycieli tworzycie tez w tej grupie.
Monika Pracuję bez podręcznika od trzech lat. Początkowo moi uczniowie, którzy w podstawowej szkole i gimnazjum mieli podręcznik na języku polskim, byli zszokowani. Teraz zastanawiają się ,jak to możliwe, że taka forma pracy im odpowiadała. Zgadzam się, że presja podstawy programowej jest arcywielka, ale staram się jej nie ulegać. Jeśli uczniowie nie mają podstaw warsztatu analizy i interpretacji, to poświęcam tego typu ćwiczeniom tyle lekcji aż wiem, że moi uczniowie posiadają w stopniu podstawowym te umiejętności. Co do podręcznika to jest w języku polskim zwłaszcza w liceum jeszcze jedna zmora- definicje. Mam takie poczucie, że część autorów sili się, aby były jak najbardziej wydumane. Stąd nie uczę definicji, a jej zrozumienie uczeń ma, kiedy sam umie podać jej przykład w przypadkowym tekście.
Małgorzata  Presja jest wtedy, gdy nie zrobimy diagnozy na wejściu, weźmiemy gotowca z wydawnictwo i odhaczamy numerki nie bacząc na to, czy uczeń nadąża. Z lekcji na lekcje zaległości dzieci rosną, powodują zniechęcenie i przekonanie, że matma jest dla nich za trudna, ze są głupie, ze są humanistami… i w tym momencie to już mamy prawdziwy problem, bo nagle presją staje się nie realizacja podstawy i rozkładu, bo przecież z tym się wyrobiliśmy, lecz presja wyniku z egzaminu.
Małgorzata  I dochodzimy do jednego z elementów OK, czyli branie odpowiedzialności za własną naukę 

Dyskusja trwał kilka godzin, zamieściłam tylko część wypowiedzi. Jednak postanowiliśmy się opanować i zająć wypoczynkiem niedzielnym lub przygotowaniem zajęć na poniedziałek.
W międzyczasie wrzuciłam jeszcze jeden wpis:
Inna sprawa (poruszałam ja wiele razy, ale nikt nie chce słuchać) to pokłosie stopni: uczeń idzie dalej, gdy ma ocenę trzy. A to znaczy, że umie np. połowę, czyli następnym razem pewnie będzie umiał 1/4. Przeczytałam kiedyś w jednej amerykańskiej książce (nie pamiętam wybaczcie tytułu), że praca skończona to praca idealna. Oznacza to, że nie powinniśmy się zadowalać pracą ucznia wykonana na 50%, ale tak ją z uczniem poprawiać, aż będzie idealna.

Lidia  Uważam że dzieciom należy stworzyć przestrzeń we wszystkich obszarach uczenia się: czasu, miejsca, doboru treści i tematów itp. dać szansę intuicji i wyobraźni, zresztą nauczyciel też tego potrzebuje, kiedy mówię o tym, to słyszę, że tak się nie da, bo klasy zbyt liczne, bo czasu za mało a program wymusza tempo i tak gubi się sens uczenia się. Czasem myślę, że jestem utopistką ale na szczęście jest to forum i dzieciaki, które pokazują dobry kierunek mojej pracy- ale i tak frustracji co nie miarą.

I wtedy przyszedł mi do głowy rewolucyjny pomysł. Przedstawię go mimo, że nie wydaje mi się zbyt realistyczny.

Pomysł pt.: Wszyscy uczniowie maja oceny bardzo dobre

Założenia: Uczymy fajnych uczniów, mamy z nimi dobre relacje i panuje wzajemne zrozumienie. Nie ścigamy ich za błędy, a oni nie starają się nas oszukiwać.
Teza: Proponujemy uczniom pracę pt.: Każdy uczeń skończy semestr z ocena bardzo dobrą. Umawiamy się, że nie pozostawiamy żadnej pracy uczniowskiej bez poprawy i to tyle razy, aż będzie bardzo dobra. W praktyce wygląda to tak, że uczeń, który nie napisze pracy bardzo dobrze, ma obowiązek i prawo do jej poprawy. Jeśli jest to praca wykonywana w czasie procesu uczenia się, to otrzymuje informację zwrotną i zgodnie z nią poprawia pracę aż do skutku, którym jest ocena bez żadnych zastrzeżeń. Jeśli jest to praca sumująca, to uczeń przystępuje do poprawy, do której może być przygotowany przez innych uczniów i wykonuje pracę, aż do wykonania jej na ocenę bardzo dobrą.
Dowód: Może ktoś go przeprowadzi w praktyce???
Oprócz wymienionych w naszym twierdzeniu założeń, są jeszcze niezbędne warunki brzegowe:

  • Nauczyciel ma przestrzeń, aby konsekwentnie umożliwiać uczniom zrobienie poprawy i otrzymanie od nauczyciela oceny kształtującej, bądź sumującej.
  • Wszyscy uczniowie pomagają sobie nawzajem i zgadzają się na podjęcie wspólnie tego wyzwania.
  • Zapewnienie, że Dyrektor szkoły nie zawezwie nauczyciela na dywanik za same piątki na semestr.
  • KONSEKWENCJA i UMOWA.

 

12 komentarzy

  • avatar

    Robert Raczyński

    7 lutego 2016 at 19:40

    Nie będę bardzo oryginalny, jeśli powiem, że to piękne marzenie. Nawet nie dlatego, że „materiał goni” (np. obudzone szkoły nie przejmują się podobno dyktatem programu), ale ze względu na dziwne, wybiórcze poczucie wrażliwości i sprawiedliwości panujące w szkole. Otóż dotyczy ono jedynie tych, którym „należy pomagać”. Pozostali będą czekać „do skutku”, czyli do znudzenia, aż Jasiowi się zachce, lub raczy nie rozwalić kolejnych zajęć i nadal uczyć się będą sami, bez nauczyciela zajętego metodą i formą, OK-eja i reszty, na którą będą czekać przez całe trzy lata, bez szansy na doczekanie.
    Oczywiście Danusia marzy o grupie o w miarę równych możliwościach
    intelektualnych (ja również), zawsze gotowej do współpracy nie tylko ze sobą, ale także z nauczycielem. Marzyć można. W realiach przeciętnej szkoły to już nie marzenie, ale utopia. I, jak każda, sprawiedliwa jest jedynie na papierze.
    A w kwestii momentu, „od którego szkoła idzie dalej”, to wcale nie jest 50, ale 30%. Czytaj, funkcjonalne zero. To wynik fałszywie pojętego „doceniania ucznia” za istnienie.

  • avatar

    Robert Raczyński

    7 lutego 2016 at 19:40

    Nie będę bardzo oryginalny, jeśli powiem, że to piękne marzenie. Nawet nie dlatego, że „materiał goni” (np. obudzone szkoły nie przejmują się podobno dyktatem programu), ale ze względu na dziwne, wybiórcze poczucie wrażliwości i sprawiedliwości panujące w szkole. Otóż dotyczy ono jedynie tych, którym „należy pomagać”. Pozostali będą czekać „do skutku”, czyli do znudzenia, aż Jasiowi się zachce, lub raczy nie rozwalić kolejnych zajęć i nadal uczyć się będą sami, bez nauczyciela zajętego metodą i formą, OK-eja i reszty, na którą będą czekać przez całe trzy lata, bez szansy na doczekanie.
    Oczywiście Danusia marzy o grupie o w miarę równych możliwościach
    intelektualnych (ja również), zawsze gotowej do współpracy nie tylko ze sobą, ale także z nauczycielem. Marzyć można. W realiach przeciętnej szkoły to już nie marzenie, ale utopia. I, jak każda, sprawiedliwa jest jedynie na papierze.
    A w kwestii momentu, „od którego szkoła idzie dalej”, to wcale nie jest 50, ale 30%. Czytaj, funkcjonalne zero. To wynik fałszywie pojętego „doceniania ucznia” za istnienie.

  • avatar

    Xawer

    7 lutego 2016 at 21:53

    Ad 1. Anna: „ja bym chciała iść tempem dostosowanym do uczniów, zrobić mniej, ale porządnie. Marzenie.”
    A ci uczniowie, Pani Anno, to są jednolici? Wszyscy tacy sami?
    Bo jeśli nie są klonami tego jednego „ucznia z Sèvres”, to trzeba uściślić pytanie: „CZYJE marzenie?”, a także „do KTÓREGO z RÓŻNYCH Pani uczniów tempo ma być dostosowane?”
    Jest to Pani marzenie, ale czy sądzi Pani, że to jest marzenie również tego ucznia, który już w wieku lat 10 nie zadawał pytań w stylu anegdot o maturzystce i gimnazjaliście, ale za to w szkole od pięciu lat nie usłyszał niczego nowego i ciekawego, bo nauczyciele pochylali się nad najbardziej opornym Jasiem? Czy jest to marzenie tego gimnazjalisty, który ma wszystkie równania głęboko gdzieś i po prostu musi dotrwać w szkole do 18. roku życia?
    Wałkowanie tego samego po raz trzydziesty nie jest marzeniem ani Małgosi, która zrozumiała to coś za pierwszym razem, ani Jasia, który ma to najgłębiej gdzieś, a po 29 poprzednich razach samo wspomnienie tematu wywołuje u niego wymioty. Choć być może coś innego mogłoby go zainteresować.
    Proszę zauważyć, że nie da się dostosować wspólnego tempa marszu do antylopy i koralowca. Ten drugi jest osiadły i przyrośnięty do podłoża, ta pierwsza wędrowna.
    Ad.2 – tu masz moje najgłębsze poparcie! Wszelkie podręczniki szkolne należy po prostu wyrzucić na śmietnik…
    Ad. „uczeń idzie dalej, gdy ma ocenę trzy. A to znaczy, że umie np. połowę, czyli następnym razem pewnie będzie umiał 1/4”
    Niee… To jakiś mit liniowego-narastania-wiedzy. Czy z tego powodu, że na pierwszym roku dostałaś zaledwie tróję z analizy matematycznej będziesz mieć jakiekolwiek trudności z algebrą abstrakcyjną na drugim roku? Nie – po prostu nie będziesz wiedziała/rozumiała co to są wiązki wektorowe, ale jaki to ma związek z rozumieniem teorii grup Lie? Podobnie w szkole: niepełna (a nawet zupęlny brak) znajomość tabliczki mnożenia naprawdę nie przeszkadza w uczeniu się trygonometrii.
    Jeśli można mówić o jakichś zaległościach, które mogą się nawarstwiać, to wyłącznie w odniesieniu do najprostszych umiejętności narzędziowych: umiejętności czytania, pisania i rozumieniu podstawowych symboli matematycznych (o czym były obie te anegdoty).
    Ad. „Oznacza to, że nie powinniśmy się zadowalać pracą ucznia wykonana na 50%, ale tak ją z uczniem poprawiać, aż będzie idealna.”
    I tak już w wieku 19 lat (na maturze) uczeń będzie umiał kaligrafować literki równo tak, żeby nie wychodziły poza linię. Idealnie! Ale nie będzie umiał nic innego, bo na poprawianiu pisania równo spędzi 12 lat.
    Ad. „Pomysł pt.: Wszyscy uczniowie maja oceny bardzo dobre”
    To oznacza, że żadnych ocen w ogóle nie ma, czy raczej są fikcją i dekoracją. Pomysł zresztą jest bardziej realistyczny, niż Ci się wydaje. Doskonale mieści się w podejściu „wszyscy mają wykształcenie wyższe”. Maturę dajemy każdemu, licencjat też, to i oceny szkolne wcześniej też rozdawajmy wszystkim najlepsze, niezależnie od tego co umieją.
    „niezbędne warunki brzegowe:
    Wszyscy uczniowie pomagają sobie nawzajem i zgadzają się na podjęcie wspólnie tego wyzwania.
    KONSEKWENCJA i UMOWA.”
    No to masz pomysł na szkołę w Niebie, prowadzoną przez Aniołów dla Aniołków.  Życzę powodzenia w znalezieniu wielu takich klas, gdzie przy obiecanej piątce na semestr wszyscy będą zawzięcie pracować i pomagać sobie wzajemnie, żeby dostać to, co mają obiecane, że dostaną nawet bez żadnego wysiłku. Tudzież w znalezieniu takiej klasy, w której wszyscy dobrowolnie zaakceptują warunki „umowy”, jaką przedstawiłaś. Ja bym jej nie zaakceptował jako uczeń.
    Tak całkiem szczerze: to ja wolę dostać tróję za marną pracę, zwłaszcza jeśli jej temat mi nie pasuje, a nawet dwóję (znaczy: pałę), którą zrównoważy się czymś innym, niż przez cały semestr wałkować w kółko poprawianie pracy na temat, jaki mnie ani trochę nie interesuje i nie obchodzi.
    Proponujesz podejście: dopóki wszyscy nie napiszecie perfekcyjnego wypracowania z Reymonta, nie przejdziemy dalej i nie będziemy czytać Camusa, Manna ani Marqueza.
    ¡No Pasarán!
    Naprawdę nie było tak, żeby nieprzeczytanie „Chłopów” (żadna połowa, nawet trói nie dostałem: za „Chłopów” powtarzałem karnie klasę…) jakkolwiek spowodowało, żebym wypracowanie z Camusa napisał potem tylko na 1/4. „Chłopów” do tej pory nie przeczytałem, ale mam wrażenie, że ta zaległość jakoś mi nie przeszkodziła w obcowaniu z ciekawszą literaturą i sztuką.

  • avatar

    Xawer

    7 lutego 2016 at 21:53

    Ad 1. Anna: „ja bym chciała iść tempem dostosowanym do uczniów, zrobić mniej, ale porządnie. Marzenie.”
    A ci uczniowie, Pani Anno, to są jednolici? Wszyscy tacy sami?
    Bo jeśli nie są klonami tego jednego „ucznia z Sèvres”, to trzeba uściślić pytanie: „CZYJE marzenie?”, a także „do KTÓREGO z RÓŻNYCH Pani uczniów tempo ma być dostosowane?”
    Jest to Pani marzenie, ale czy sądzi Pani, że to jest marzenie również tego ucznia, który już w wieku lat 10 nie zadawał pytań w stylu anegdot o maturzystce i gimnazjaliście, ale za to w szkole od pięciu lat nie usłyszał niczego nowego i ciekawego, bo nauczyciele pochylali się nad najbardziej opornym Jasiem? Czy jest to marzenie tego gimnazjalisty, który ma wszystkie równania głęboko gdzieś i po prostu musi dotrwać w szkole do 18. roku życia?
    Wałkowanie tego samego po raz trzydziesty nie jest marzeniem ani Małgosi, która zrozumiała to coś za pierwszym razem, ani Jasia, który ma to najgłębiej gdzieś, a po 29 poprzednich razach samo wspomnienie tematu wywołuje u niego wymioty. Choć być może coś innego mogłoby go zainteresować.
    Proszę zauważyć, że nie da się dostosować wspólnego tempa marszu do antylopy i koralowca. Ten drugi jest osiadły i przyrośnięty do podłoża, ta pierwsza wędrowna.
    Ad.2 – tu masz moje najgłębsze poparcie! Wszelkie podręczniki szkolne należy po prostu wyrzucić na śmietnik…
    Ad. „uczeń idzie dalej, gdy ma ocenę trzy. A to znaczy, że umie np. połowę, czyli następnym razem pewnie będzie umiał 1/4”
    Niee… To jakiś mit liniowego-narastania-wiedzy. Czy z tego powodu, że na pierwszym roku dostałaś zaledwie tróję z analizy matematycznej będziesz mieć jakiekolwiek trudności z algebrą abstrakcyjną na drugim roku? Nie – po prostu nie będziesz wiedziała/rozumiała co to są wiązki wektorowe, ale jaki to ma związek z rozumieniem teorii grup Lie? Podobnie w szkole: niepełna (a nawet zupęlny brak) znajomość tabliczki mnożenia naprawdę nie przeszkadza w uczeniu się trygonometrii.
    Jeśli można mówić o jakichś zaległościach, które mogą się nawarstwiać, to wyłącznie w odniesieniu do najprostszych umiejętności narzędziowych: umiejętności czytania, pisania i rozumieniu podstawowych symboli matematycznych (o czym były obie te anegdoty).
    Ad. „Oznacza to, że nie powinniśmy się zadowalać pracą ucznia wykonana na 50%, ale tak ją z uczniem poprawiać, aż będzie idealna.”
    I tak już w wieku 19 lat (na maturze) uczeń będzie umiał kaligrafować literki równo tak, żeby nie wychodziły poza linię. Idealnie! Ale nie będzie umiał nic innego, bo na poprawianiu pisania równo spędzi 12 lat.
    Ad. „Pomysł pt.: Wszyscy uczniowie maja oceny bardzo dobre”
    To oznacza, że żadnych ocen w ogóle nie ma, czy raczej są fikcją i dekoracją. Pomysł zresztą jest bardziej realistyczny, niż Ci się wydaje. Doskonale mieści się w podejściu „wszyscy mają wykształcenie wyższe”. Maturę dajemy każdemu, licencjat też, to i oceny szkolne wcześniej też rozdawajmy wszystkim najlepsze, niezależnie od tego co umieją.
    „niezbędne warunki brzegowe:
    Wszyscy uczniowie pomagają sobie nawzajem i zgadzają się na podjęcie wspólnie tego wyzwania.
    KONSEKWENCJA i UMOWA.”
    No to masz pomysł na szkołę w Niebie, prowadzoną przez Aniołów dla Aniołków.  Życzę powodzenia w znalezieniu wielu takich klas, gdzie przy obiecanej piątce na semestr wszyscy będą zawzięcie pracować i pomagać sobie wzajemnie, żeby dostać to, co mają obiecane, że dostaną nawet bez żadnego wysiłku. Tudzież w znalezieniu takiej klasy, w której wszyscy dobrowolnie zaakceptują warunki „umowy”, jaką przedstawiłaś. Ja bym jej nie zaakceptował jako uczeń.
    Tak całkiem szczerze: to ja wolę dostać tróję za marną pracę, zwłaszcza jeśli jej temat mi nie pasuje, a nawet dwóję (znaczy: pałę), którą zrównoważy się czymś innym, niż przez cały semestr wałkować w kółko poprawianie pracy na temat, jaki mnie ani trochę nie interesuje i nie obchodzi.
    Proponujesz podejście: dopóki wszyscy nie napiszecie perfekcyjnego wypracowania z Reymonta, nie przejdziemy dalej i nie będziemy czytać Camusa, Manna ani Marqueza.
    ¡No Pasarán!
    Naprawdę nie było tak, żeby nieprzeczytanie „Chłopów” (żadna połowa, nawet trói nie dostałem: za „Chłopów” powtarzałem karnie klasę…) jakkolwiek spowodowało, żebym wypracowanie z Camusa napisał potem tylko na 1/4. „Chłopów” do tej pory nie przeczytałem, ale mam wrażenie, że ta zaległość jakoś mi nie przeszkodziła w obcowaniu z ciekawszą literaturą i sztuką.

  • avatar

    Danuta

    9 lutego 2016 at 14:04

    Odpowiedź, którą otrzymałam od Witka:
    Odnośnie procentów zaliczających umiejętności proponuję, żeby prawo jazdy dostawali ci, którzy znają co najmniej 50% przepisów ruchu drogowego i np. umieją prowadzić samochód w 50%, czyli umieją ruszać, rozpędzać się wrzucając coraz wyższe biegi i skręcać w prawo. Do zaliczenia nie trzeba umieć redukować biegów, hamować, parkować i skręcać w lewo.
    Danusia

    • avatar

      Robert Raczyński

      9 lutego 2016 at 20:12

      To efektowna, ale dziurawa logicznie argumentacja. Jestem kierowcą od 25 lat i mogę was zapewnić, że są prowadzący, którzy z całą pewnością nie znają połowy przepisów. Skąd założenie, że egzamin na prawo jazdy sprawdza taką znajomość i stosowne umiejętności ze stuprocentową skutecznością? Wymienione czynności są nietrafionym przykładem i sprowadzają całość do absurdu. Można umieć machać przekładnią, lecz robić to w nieodpowiednim momencie, skutek nie musi prowadzić do wypadku, ani do wykluczenia prowadzącego z ruchu, można umieć kręcić kierownicą, ale zmieniać pas ruchu w nieodpowiedni sposób. Parkować nie potrafi z pewnością więcej, niż połowa kierowców…

  • avatar

    Danuta

    9 lutego 2016 at 14:04

    Odpowiedź, którą otrzymałam od Witka:
    Odnośnie procentów zaliczających umiejętności proponuję, żeby prawo jazdy dostawali ci, którzy znają co najmniej 50% przepisów ruchu drogowego i np. umieją prowadzić samochód w 50%, czyli umieją ruszać, rozpędzać się wrzucając coraz wyższe biegi i skręcać w prawo. Do zaliczenia nie trzeba umieć redukować biegów, hamować, parkować i skręcać w lewo.
    Danusia

    • avatar

      Robert Raczyński

      9 lutego 2016 at 20:12

      To efektowna, ale dziurawa logicznie argumentacja. Jestem kierowcą od 25 lat i mogę was zapewnić, że są prowadzący, którzy z całą pewnością nie znają połowy przepisów. Skąd założenie, że egzamin na prawo jazdy sprawdza taką znajomość i stosowne umiejętności ze stuprocentową skutecznością? Wymienione czynności są nietrafionym przykładem i sprowadzają całość do absurdu. Można umieć machać przekładnią, lecz robić to w nieodpowiednim momencie, skutek nie musi prowadzić do wypadku, ani do wykluczenia prowadzącego z ruchu, można umieć kręcić kierownicą, ale zmieniać pas ruchu w nieodpowiedni sposób. Parkować nie potrafi z pewnością więcej, niż połowa kierowców…

  • avatar

    Danuta

    9 lutego 2016 at 14:52

    Wpisy z FB:
    Małgorzata
    Pomysł wcale nie taki bardzo kontrowersyjny. Przypomina mi trochę Plan Daltoński. W pewnym sensie podobne założenia realizuję na zajęciach komputerowych w 4-6. W ciągu semestru uczniowie maja do wykonania 6 konkretnych zadań, które podlegają ocenie, z czego na ocenę semestralną bardzo dobrą wymaganych jest 5 zadań z tych sześciu. W ciągu semestru uczniowie pracują nad zadaniami w dowolnym tempie i kolejności, przesyłają je do mnie i otrzymują IZ i tak do skutku, aż praca spełnia wszystkie kryteria i zasługuje na 5.
    Jolanta:
    Staram się od jakiegoś czasu tak pracować na lekcjach historii w I i II klasie gimnazjum. Przyznaję, pracuję w warunkach bardzo kameralnych, gdyż u nas klasy liczą 10-13 osób. Uczniowie pracują w grupach/parach nad pewnym zagadnieniem np. na temat Początków państwa polskiego, wykonują wspólnie jakąś pracę projektową, a potem muszą to ‚obronić’ w rozmowie ze mną i innymi kolegami/koleżankami. Do tego tematu trzeba też zaliczyć indywidualną pracę pisemną – test i praca wymagająca dłuższej wypowiedzi na temat. I stety/niestety wymagam, że jeśli ktoś dostanie mniej niż 75 procent /taki mamy system oceniania/, to musi popracować nad tym jeszcze raz /sam lub we współpracy z koleżanką, czy kolegą/. Czyli wałkujemy, wałkujemy, ile wlezie.
    Zapomniałam, że w czasie prac stosuję informację zwrotną, informację koleżeńską – ten szkolny stopień gdzieś tam jest na końcu.

    • avatar

      Robert Raczyński

      9 lutego 2016 at 20:24

      Co z tymi, którzy mimo „wałkowania”, 75% normy nie wyrobią?
      Nie przekreślam podejścia „no left behind”, trzeba jedynie rozumieć, że wymaga ono bardzo specyficznych warunków – niespełnianie jednego z nich skutkuje zawaleniem się całego założenia, co jest typowe dla działań indywidualnych uogólnianych do miana recept masowych. Fajnie, że gdzieś komuś się udaje, w totka też można trafić szóstkę.

  • avatar

    Danuta

    9 lutego 2016 at 14:52

    Wpisy z FB:
    Małgorzata
    Pomysł wcale nie taki bardzo kontrowersyjny. Przypomina mi trochę Plan Daltoński. W pewnym sensie podobne założenia realizuję na zajęciach komputerowych w 4-6. W ciągu semestru uczniowie maja do wykonania 6 konkretnych zadań, które podlegają ocenie, z czego na ocenę semestralną bardzo dobrą wymaganych jest 5 zadań z tych sześciu. W ciągu semestru uczniowie pracują nad zadaniami w dowolnym tempie i kolejności, przesyłają je do mnie i otrzymują IZ i tak do skutku, aż praca spełnia wszystkie kryteria i zasługuje na 5.
    Jolanta:
    Staram się od jakiegoś czasu tak pracować na lekcjach historii w I i II klasie gimnazjum. Przyznaję, pracuję w warunkach bardzo kameralnych, gdyż u nas klasy liczą 10-13 osób. Uczniowie pracują w grupach/parach nad pewnym zagadnieniem np. na temat Początków państwa polskiego, wykonują wspólnie jakąś pracę projektową, a potem muszą to ‚obronić’ w rozmowie ze mną i innymi kolegami/koleżankami. Do tego tematu trzeba też zaliczyć indywidualną pracę pisemną – test i praca wymagająca dłuższej wypowiedzi na temat. I stety/niestety wymagam, że jeśli ktoś dostanie mniej niż 75 procent /taki mamy system oceniania/, to musi popracować nad tym jeszcze raz /sam lub we współpracy z koleżanką, czy kolegą/. Czyli wałkujemy, wałkujemy, ile wlezie.
    Zapomniałam, że w czasie prac stosuję informację zwrotną, informację koleżeńską – ten szkolny stopień gdzieś tam jest na końcu.

    • avatar

      Robert Raczyński

      9 lutego 2016 at 20:24

      Co z tymi, którzy mimo „wałkowania”, 75% normy nie wyrobią?
      Nie przekreślam podejścia „no left behind”, trzeba jedynie rozumieć, że wymaga ono bardzo specyficznych warunków – niespełnianie jednego z nich skutkuje zawaleniem się całego założenia, co jest typowe dla działań indywidualnych uogólnianych do miana recept masowych. Fajnie, że gdzieś komuś się udaje, w totka też można trafić szóstkę.

Dodaj komentarz