Piątek w taksówce

Rozmawiam z taksówkarzem w taksówce. Skarżył się, że jego 500+ od razy zostanie wydane i nic z tego nie będzie miał.
Pytam: Na co?
Taksówkarz ma dziecko w klasie drugiej szkoły podstawowej i mały musi mieć korepetycje. Wyrażam zdziwienie i pytam z czego?.
A no – z angielskiego. Synek ma tak dużo zadawane do domu, a nikt w rodzinie nie jest w stanie mu pomóc. Ma już korepetycje od pewnego czasu i nawet korepetytor się dziwi, że tak duże są wymagania.
500+ umożliwi kontynuowanie korepetycji.

42 komentarze

  • avatar

    Xawer

    26 lutego 2016 at 16:53

    Nie chciałbym być posądzany o trzymanie strony PiS-u, ale ta wypowiedź właśnie uzasadnia pisowską ideę, stojącą za programem 500+. Co innego by było, gdyby taksówkarz powiedział Ci, że kupi sobie za to dużo wódki i sam ją wypije, dziecku nic nie dając.
    Jeśli wyda te 500zł na edukację swojego dziecka, to trzeba mu przyklasnąć. Pieniądze zostaną wydane zgodnie z założeniem: żeby służyły rozwojowi dziecka.
    Tak: każdemu dziecku na pewno przydadzą się, a przynajmniej nie zaszkodzą, prywatne lekcje angielskiego. Za te 500zł sfinansuje takie średniej jakości. Lepsze takie, niż żadne, albo niż poprzestanie na wypełnianiu szkolnych zeszytów ćwiczeń wpisami GREEN – zielonym flamastrem i BLUE – niebieskim.
    Nie przesadzajmy też z tym, że w drugiej klasie podstawówki są jakiekolwiek wymagania i potrzeba jakichkolwiek korepetycji. Na tym etapie nie można nie zdać do następnej klasy. Więc czym to strasznym groziłoby olanie wszystkich wymagań nauczycielki, jakie by one nie były?
    Wymagania (a i to śladowe) są stawiane wyłącznie uczniom edukacji domowej, których, jeśli by nie umieli czegoś, to władza szkolna może wrzucić do zwykłej szkoły, odbierając rodzicom prawo do nauczania domowego. Ale dziecku w państwowej szkole, ani jego rodzicom nie grozi absolutnie nic, choćby nawet nie wiedziało, jakiego koloru flamastrem ma pokolorować słówko GREEN.

  • avatar

    Xawer

    26 lutego 2016 at 16:53

    Nie chciałbym być posądzany o trzymanie strony PiS-u, ale ta wypowiedź właśnie uzasadnia pisowską ideę, stojącą za programem 500+. Co innego by było, gdyby taksówkarz powiedział Ci, że kupi sobie za to dużo wódki i sam ją wypije, dziecku nic nie dając.
    Jeśli wyda te 500zł na edukację swojego dziecka, to trzeba mu przyklasnąć. Pieniądze zostaną wydane zgodnie z założeniem: żeby służyły rozwojowi dziecka.
    Tak: każdemu dziecku na pewno przydadzą się, a przynajmniej nie zaszkodzą, prywatne lekcje angielskiego. Za te 500zł sfinansuje takie średniej jakości. Lepsze takie, niż żadne, albo niż poprzestanie na wypełnianiu szkolnych zeszytów ćwiczeń wpisami GREEN – zielonym flamastrem i BLUE – niebieskim.
    Nie przesadzajmy też z tym, że w drugiej klasie podstawówki są jakiekolwiek wymagania i potrzeba jakichkolwiek korepetycji. Na tym etapie nie można nie zdać do następnej klasy. Więc czym to strasznym groziłoby olanie wszystkich wymagań nauczycielki, jakie by one nie były?
    Wymagania (a i to śladowe) są stawiane wyłącznie uczniom edukacji domowej, których, jeśli by nie umieli czegoś, to władza szkolna może wrzucić do zwykłej szkoły, odbierając rodzicom prawo do nauczania domowego. Ale dziecku w państwowej szkole, ani jego rodzicom nie grozi absolutnie nic, choćby nawet nie wiedziało, jakiego koloru flamastrem ma pokolorować słówko GREEN.

  • avatar

    Robert Raczyński

    26 lutego 2016 at 20:49

    Co może mieć zadawane dzieciak w drugiej klasie, że nikt w rodzinie nie jest mu w stanie pomóc?! Chciałbym poznać tę nauczycielkę. Może jest tym pedagogicznym ewenementem, który sprawia, że dzieci po jej lekcjach (i koniecznych korepetycjach :))do gimnazjum przychodzą z umiejętnościami zgodnymi z założeniami pp dla klasy szóstej? To byłby jeden z cudów edukacji powszechnej.

    • avatar

      Róża

      26 lutego 2016 at 22:14

      Robercie, dzieci mają zadawane np. liczenie do 20 z zapisem. I to wystarcza. Ostatnio byłam świadkiem, jak mama ok. 30 sprawdzała synowi zeszyt od angielskiego próbując go odpytać. To, co wyprawiali z thirteen, nie mieści się w głowie, ostatecznie doszli do wniosku, że to musiało być threeteen. Inne liczby też nie szły im za dobrze, a mama w takim wieku, że na angielski w szkole musiała się załapać i przynajmniej liczby mogłaby znać. Rodzice z klasy (drugiej, a jakże) mojej znajomej anglistki też do niej wydzwaniają regularnie dwa razy w tygodniu, jakie są odpowiedzi do zadań domowych, żeby sprawdzić dzieciom ćwiczenia, bo sami nie wiedzą. A zadania są typu wstaw „has” albo „hasn’t” albo podpisz obrazki wyrazami z ramki. Takie zadania powodują, że bez korepetycji z zewnątrz ani rusz. Warszawa, młode osiedle, nie bogate i luksusowe, ale nie biedne i żulerskie, na spłacanie kredytów we frankach ludzi stać, wykształcenie średnie i wyższe, w tym duuużo nauczycielek. Na korepetycje lub kurs angielskiego (albo jedno i drugie) chodzi większość dzieci od pierwszej klasy. To żyła złota teraz jest swoją drogą.

      • avatar

        Robert Raczyński

        27 lutego 2016 at 09:01

        To Łódź dużo biedniejsza, bo tu ludzi nie stać na takie fanaberie – widać jeśli rodzicom zależy, to takie „problemy” są w stanie wygooglać – tutaj raczej ciężko o taką fuchę korepetytorską. Inna sprawa, że napisać tych liczebników i ‚odmienić’ have potrafiło 20% uczniów w moich pierwszych klasach w gimnazjum – widać nie natrafili w podstawówce na kogoś, kto stanowiłby dla nich wyzwanie, a ich rodzicom nie zależało, nie byli w stanie znaleźć takich informacji lub byli za biedni na korepetycje. No ale teraz, jak już przyszła „dobra zmiana”, to wszystko się zmieni, z wyjątkiem kwestii zasadniczej: w podstawówkach nadal nie będzie tych, którzy oprócz bycia wyzwaniem, liczebników nauczą.

  • avatar

    Robert Raczyński

    26 lutego 2016 at 20:49

    Co może mieć zadawane dzieciak w drugiej klasie, że nikt w rodzinie nie jest mu w stanie pomóc?! Chciałbym poznać tę nauczycielkę. Może jest tym pedagogicznym ewenementem, który sprawia, że dzieci po jej lekcjach (i koniecznych korepetycjach :))do gimnazjum przychodzą z umiejętnościami zgodnymi z założeniami pp dla klasy szóstej? To byłby jeden z cudów edukacji powszechnej.

    • avatar

      Róża

      26 lutego 2016 at 22:14

      Robercie, dzieci mają zadawane np. liczenie do 20 z zapisem. I to wystarcza. Ostatnio byłam świadkiem, jak mama ok. 30 sprawdzała synowi zeszyt od angielskiego próbując go odpytać. To, co wyprawiali z thirteen, nie mieści się w głowie, ostatecznie doszli do wniosku, że to musiało być threeteen. Inne liczby też nie szły im za dobrze, a mama w takim wieku, że na angielski w szkole musiała się załapać i przynajmniej liczby mogłaby znać. Rodzice z klasy (drugiej, a jakże) mojej znajomej anglistki też do niej wydzwaniają regularnie dwa razy w tygodniu, jakie są odpowiedzi do zadań domowych, żeby sprawdzić dzieciom ćwiczenia, bo sami nie wiedzą. A zadania są typu wstaw „has” albo „hasn’t” albo podpisz obrazki wyrazami z ramki. Takie zadania powodują, że bez korepetycji z zewnątrz ani rusz. Warszawa, młode osiedle, nie bogate i luksusowe, ale nie biedne i żulerskie, na spłacanie kredytów we frankach ludzi stać, wykształcenie średnie i wyższe, w tym duuużo nauczycielek. Na korepetycje lub kurs angielskiego (albo jedno i drugie) chodzi większość dzieci od pierwszej klasy. To żyła złota teraz jest swoją drogą.

      • avatar

        Robert Raczyński

        27 lutego 2016 at 09:01

        To Łódź dużo biedniejsza, bo tu ludzi nie stać na takie fanaberie – widać jeśli rodzicom zależy, to takie „problemy” są w stanie wygooglać – tutaj raczej ciężko o taką fuchę korepetytorską. Inna sprawa, że napisać tych liczebników i ‚odmienić’ have potrafiło 20% uczniów w moich pierwszych klasach w gimnazjum – widać nie natrafili w podstawówce na kogoś, kto stanowiłby dla nich wyzwanie, a ich rodzicom nie zależało, nie byli w stanie znaleźć takich informacji lub byli za biedni na korepetycje. No ale teraz, jak już przyszła „dobra zmiana”, to wszystko się zmieni, z wyjątkiem kwestii zasadniczej: w podstawówkach nadal nie będzie tych, którzy oprócz bycia wyzwaniem, liczebników nauczą.

  • avatar

    Xawer

    27 lutego 2016 at 12:59

    Pozostaje podsumować morały z tej anegdoty:
    1. Państwowa szkoła nie jest w stanie nauczyć nawet jak słowem zapisać 13 i jaki to kolor ‚green’.
    2. Można się tego nauczyć na prywatnych lekcjach.
    3. Sporo rodziców samo nie jest zdolnych do pomocy dziecku w nawet tak „zaawansowanych” tematach. ‚Thirteen’ jest doprawdy nie do przeskoczenia.
    4. Sporo rodziców uważa jednak, że warto, żeby ich dzieci trochę angielskiego jednak się nauczyły i jest za to gotowe płacić z własnej kieszeni — nawet taksówkarz.
    5. PiS dało 500zł rodzicom.
    To teraz pytanie:
    czy 500zł dane rodzicom do wydania bez żadnej kontroli (wrzucone do budżetu rodzinnego), lepiej przysłuży się wykształceniu dzieci, czy lepiej by umiały angielski, gdyby te 500zł dorzucić do worka „finansowanie szkół państwowych”?
    …no i wbrew własnej woli wychodzę na apologetę PiS-u.
    I morał 6. — chyba najważniejszy:
    Szkoła po 200 latach wraca do swojej pierwotnej roli: alfabetyzacji niepiśmiennych, czyli w dzisiejszej wersji nauczenia angielskiego dzieci, których rodzice ani be ani me ani słowa. To jest dość dobra analogia: uczy nie wiedzy, ale umiejętności, w dodatku umiejętności uznawanej w miarę powszechnie za przydatną, za to nie opanowaną przez większość z rodziców.
    Program alfabetyzacji udał się w ciągu góra dwóch pokoleń.
    Dzisiejsza szkoła nawet tego sukcesu na polu dla niej najłatwiejszym nie jest w stanie powtórzyć.

    • avatar

      Robert Raczyński

      27 lutego 2016 at 13:59

      No nie, na apologetę PIS mi nie wyglądasz, ale chyba obaj wolelibyśmy, żeby te ileś złotych wracało do rodziców z tytułu obniżonych podatków, a nie z przekładania np. z twojej lewej do mojej prawej kieszeni i odwrotnie (pomijając fakt, że ja i tak budżetu nadwyrężyć nie mogę, z racji niewyrobienia normy rozrodczej).
      Skandalem jest, że liczenie do 20 w obcym języku jest problemem po sześciu latach podstawówki, ale drugim, nazwijmy go kulturowym, jest niemożliwość udzielenia pomocy przez rodziców w takim zakresie. Choć nie jest to żaden ich obowiązek, przerażające jest to, że wielokrotnie słyszę od rodziców, „bo wie pan, my z żoną to pomóc mu/jej nie możemy, bo żadne z nas języka nie zna”. Dodam, że, w ogromnej większości, są to ludzie, którzy już załapali się na dobrodziejstwo życia w wolnym i demokratycznym państwie, uczącym (coraz lepiej) wszystkich dwóch języków obcych (to skutkuje wnioskiem, że natychmiast należałoby 90% szkół, nauczycieli i dyrektorów, postawić zarzuty poświadczenia nieprawdy).
      Pierwszym założeniem w przypadkach „trudności” z językiem obcym, jest to, że potrzebna jest natychmiastowa pomoc zewnętrzna, dodatkowy kurs, korepetycje, ciocia z maturą, itp., bo jest to rzecz nie do ogarnięcia samodzielnie. Drugim, równie częstym jest kuriozalne, „ale panie, on/a to angielskiego nie umie” w odpowiedzi na sugestię, że do podręcznika, ostatnio darmowego, trzeba czasami zajrzeć, jeśli lekcja szkolna nie wystarczyła. Trzecim popularnym, jest przekonanie, że do opanowania np. liczebników potrzebne są jakieś nadzwyczajne inklinacje i zdolności językowe, którymi przecież nie wszyscy, a wręcz nieliczni są obdarzeni. Co ciekawe, przekonanie to nie idzie w parze z konstatacją, że nieliczni powinni otrzymywać od szkoły certyfikat o opanowaniu języka na poziomie A2/B1.
      Ciekawe, czy Dance przyszło w taksówce do głowy, że szkoła, do której chodzi dziecko kierowcy, stosuje zasadę „nie idę dalej”. Ja mam wrażenie, że to jest motto prawie wszystkich podstawówek będących zapleczem mojej szkoły. Oni tam wszyscy „nie idą dalej”, ćwiczą liczebniki i kolory, i pewnie brakuje im dwóch lat do perfekcji.
      Nie chcę tu ściemniać, że znam jakąś sztuczkę, pozwalającą wszystkim te językowe pułapki ominąć, mnie również brakuje 2-3 lat. Te zaległości się kumulują, bo w większości prowadzę przecież kurs „kontynuacyjny”, czyli mimowolnie potwierdzam blagę o poziomie A1, który będę rozwijał.
      Czy w takim razie wszystkiemu winni są nauczyciele w szkole podstawowej? to byłoby zbyt wygodne uproszczenie. Pewnie mają wiele na sumieniu, ale przede wszystkim jest to wynik filozofii „doceniania niemożności i kropek”, uznania, że liczebników i czasowników nieregularnych trzeba nauczyć jakimś tajemnym sposobem i broń transcendencjo, nie egzekwować ich zbyt kategorycznie, bo dwunastolatek przecież nie jest w stanie takich rzeczy opanować bez szamańskich sztuczek.

      • avatar

        Skorpi

        28 lutego 2016 at 00:11

        Na mój mały rozumek – szkoła nie jest w stanie wmusić w te „biedne dzieci” nawet liczebników w żadnym z cywilizowanych języków obcych właśnie z powodu nadmiaru kategorycznego egzekwowania tej wiedzy tajemnej, nie z „czekania z programem” na słabszych. Przeraźliwe rozkawałkowanie programu nauki języków służy temu, że uczniowie są w stanie zkuć do klasówki konstrukcje mowy zależniej w Past Continous i jednocześnie nie być w stanie zapisać tych nieszczęsnych liczebników. Opowiedzieć, co reporter sportowy powiedział o naszych siatkarzach też z resztą nie potrafią, bo to coś zupełnie nie związanego w ich umysłach z mową zależną z klasówki. A liczebniki przecież „przerabiali” jeszcze dawniej, więc nic dziwnego, że już nie pamiętają. Tak samo uczono ich rodziców – byle do sprawdzianu, aby do testu na maturze… Nic dziwnego, że już zdążyli wszystkiego zapomnieć zanim udało się dorobić własnych latorośli. Takie dokładnie i nieuchronnie są skutki wmusznia „na chama” nikomu niepotrzebnej, oderwanej od całości fragmentarycznej wiedzy na dowolny temat. Wyjątkowo wyraźnie to widać w sytuacji językowej. Żeby umieć używać dowolnego języka trzeba zrozumieć jego konstrukcję, cały system. I ćwiczyć. Używać do komunikacji w zaangażowany sposób – czytać i pisać, słuchać i mówić. A nie zapamiętać parę nie związanych z niczym regułek gramatycznych! Oczywiście, w dzisiejszym środowisku bardzo łatwo znaleźć okazje do posługiwania się językiem obcym, a już szczególnie angielskim. Zalewa nas z każdej strony – Internet, filmy, gry… Nawet nie zainteresowany językiem ignorant zetknął się ze złowieszczym – Game over! Chyba, że język jak i inne przedmioty szkolne wywołują traumę strachu i pewności swojej niewiedzy połączoną z głębokim obrzydzeniem. Szkolne lekcje języka wywołują głównie silne przekonanie, że „ale panie, on/a to angielskiego nie umie”. Trudno, żeby tak nie było, skoro przez 6-12 lat, dwa razy w tygodniu słyszy się i widzi TYLKO błędy popełniane przez siebie i innych kolegów z klasy. Bardzo często w ciągu tego czasu nie dochodzi do ani jednej swobodnej wymiany zdań, czy słów na jakikolwiek temat!!! Nigdy nie dochodzi do żadnych konwersacji! Tylko żmudne wypełnianie ćwiczeń (zawsze jakiś błąd się znajdzie!), albo pisanie testów. Zupełnie zrozumiałe jest więc unikanie tak źle kojarzących się aktywności. W tej sytuacji podwyższenie wymagań na lekcjach skutkuje dodatkowymi godzinami spędzonymi na korepetycjach z angielskiego i włączeniem polskiego dubingu podczas oglądania w domu anglojęzycznego filmu na DVD. W obniżaniu poczucia własnej wartości i usuwaniu uczucia sprawczości u uczniów nasza szkoła jest na prawdę skuteczna. Ps. Nie znam lepszej metody nauczania angielskiego w podstawówce niż klasyczne gry przygodowe typu „point and click”. Niestety, ta metoda wymaga czasu dłuższego niż 90 minut tygodniowo. Za to jej efekty trwają dłużej niż do następnej klasówki.

        • avatar

          Robert Raczyński

          28 lutego 2016 at 11:09

          Z wieloma punktami tej diagnozy się zgadzam, ale z koniecznym uzupełnieniem.
          „A liczebniki przecież „przerabiali” jeszcze dawniej, więc nic dziwnego, że już nie pamiętają. Tak samo uczono ich rodziców – byle do sprawdzianu, aby do testu na maturze…” – Dość rozpowszechniony jest mit, że jest możliwe dostarczanie uczniowi ciągłych bodźców dotyczących wszystkiego, co „przerabiał”. To fizycznie niewykonalne. Wszelkiego rodzaju powtórki, nawroty, choćby nie wiem jak koncepcyjnie przekombinowane i wyrafinowane, nie doprowadzą do spójności przekazywanej i zdobywanej wiedzy. Nie można podać i egzekwować (ba, internalizować) wszystkiego naraz, choć przyznaję, że rozczłonkowanie wiedzy, w trosce o zakładane przez metodykę obniżone możliwości percepcyjne „cyfrowych tubylców”, a tak naprawdę wyhodowanych, intelektualnych emigrantów, sięga granic paranoi.
          Receptę podajesz niżej: „Żeby umieć używać dowolnego języka trzeba zrozumieć jego konstrukcję, cały system. I ćwiczyć.”, ale jednocześnie dostrzegasz, że „Niestety, ta metoda (każda metoda, dopowiem) wymaga czasu dłuższego niż 90 minut tygodniowo”. Rozumienie „konstrukcji języka” jest, w obecnym ujęciu metodycznym i wymiarze czasowym, absolutnie wykluczone. Maja córka, skonfrontowana ze szkolnym „koszmarem” w postaci Conditionals, zapytała, w czym problem i skąd ten obłęd w oczach wszystkich – przecież one są identyczne jak po polsku, z wyjątkiem niestosowania Future po spójniku. Doprowadzenie 75% moich uczniów do takiego wniosku (wymarzona przez Danusię refleksja polekcyjna), w warunkach, które mam do dyspozycji, zajęłoby mi jakieś 5-6 lat. Otóż to „rozumienie konstrukcji”, za którym słusznie tęsknisz, wymaga takich drobiazgów jak rozumienie (to duże słowo) konstrukcji własnego języka i kojarzenie faktów. Wymaganie od ucznia, dla którego przypadki w polskim istnieją jedynie w postaci przypowieści o Celinie, by dostrzegł, że np. 2 conditional to, jak po polsku, czas przeszły plus tryb przypuszczający i zapomniał o konieczności bezmyślnego rypania na blachę kilkunastu układów zupełnie abstrakcyjnych form gramatycznych, to marzenie ściętej głowy. Oczywiście, ten niesamowity „wytrych” intelektualny próbuję przemycić tym, którzy jakimś cudem zdołali przetrwać gramatyczny regres zafundowany im na języku polskim. Podkreślę, że wcale nie chodzi o jakieś nadzwyczajne szczegóły, ale właśnie o internalizację podstawowych pojęć, nawet jeśli nie są one artykułowane. W warunkach szkoły świetlicowej, zapomnij.
          Piszesz, że nie wystarczy „zapamiętać parę nie związanych z niczym regułek gramatycznych”. Jest to tylko w połowie prawda. Gramatyka jest wtórna do języka jako kodeks ustawiony na półce, ale w warstwie funkcjonalnej jest samym sednem języka – to, co jest internalizowane przez każde dziecko uczące się pierwszych słów we własnym języku, to właśnie gramatyka. Szkolni fantaści próbują wmówić ludziom, że w wieku lat kilkunastu i później mogą niejako ten proces powtórzyć w odniesieniu do języka obcego. Jest to bzdura nie mająca miejsca w żadnych okolicznościach, z wyjątkiem totalnej immersji, a i to na innych zasadach. Jeśli więc język obcy jest rzeczywiście obcy, słyszany i używany sporadycznie, czyli tak, jak to się dzieje w 99% przypadków, konieczne jest podanie uczącemu się jakiegoś schematu, którym może się posłużyć. Naturalnie mówię o kontekście szkolnym, bo nie zakładamy chyba fantastyki w rodzaju dwóch godzin języka dziennie. Szkolna blaga polega właśnie na wmawianiu naiwnym, że mogą nauczyć się języka „w sposób naturalny”, „przez konwersacje”, „bez zakuwania reguł gramatycznych”, „w relaksującej i bezstresowej atmosferze”, w symbolicznym czasie podanym przez curriculum i to wszystko bez żadnego wysiłku własnego. Powstaje legenda, że języka nauczyć się jest niesamowicie prosto, tyle tylko, że nie w szkole, „bo i tak nic z tego nie będzie”. W rezultacie, ludzie, którzy w szkole nie robią absolutnie nic, na korepetycjach, kursach, itp. przerabiają ten sam szkolny program, ale intensywnie, mówiąc, słuchając i pisząc, bez konieczności realizowania „projektów o Wielkiej Brytanii” i grupowego pisania maili do „zaprzyjaźnionych szkół”. Tu też sukces nie jest pewny, ale jakiś jest, bo okupiony wkładem własnym, intelektualnym i finansowym. Na tych, którzy na taki wkład nie są gotowi, czekają sity i krebsy. Z powodzeniem, biznes kwitnie.
          „W obniżaniu poczucia własnej wartości i usuwaniu uczucia sprawczości u uczniów nasza szkoła jest na prawdę skuteczna.” – Pierwszym usuniętym składnikiem tej sprawczości była odpowiedzialność za własne zaniechanie, potem to już poszło, entropia ma tylko jeden zwrot.

          • avatar

            monikasz

            28 lutego 2016 at 19:32

            No, nie wiem… Jesteście nauczycielami, więc pewnie w ogóle nie wypada mi polemizować. Z przytłaczającą większością tego co mówicie trudno się zresztą` nie zgodzić, bo widać to gołym okiem: języków obcych szkoła uczy tak jak wszystkiego innego, czyli wcale. Z tym, że o ile na, na przykład, naszej ulubionej matematyce czasem jeden błysk zrozumienia może wiele dać, to język jest przede wszystkim umiejętnością, która wymaga po prostu ćwiczeń. I ja osobiście jestem jednak przeciwnikiem uczenia języka poprzez jego gramatykę. Podobnie jak usiłuje się biedne dzieci uczyć ortografii na języku polskim przez wkuwanie regułek. Ręce opadają. Zwłaszcza w stadium początkowym (a ten etap rozciąga się, jak widać, na gimnazjum również), reguły gramatyczne działają hamująco, deprymująco na mówiącego. Później może to być interesujące, intrygujące nawet, że to wszystko się jakoś logicznie układa, chociaż tylko dla niektórych. I nie jest to żadna nowość. Ja sama w szkołach pod tym względem nauczyłam się bardzo niewiele, a było to w „starych dobrych czasach”… Na ten temat mnie zaraz Robert napadnie to na razie tyle.
            A do napisania w ogóle skłoniła mnie taka smutna myśl, że oto mamy już do czynienia z dalszymi skutkami naszego „boom`u” edukacyjnego. Oto mamy rodziców, którzy nie są w stanie pomóc swoim dzieciom w nauce w szkole podstawowej. Oczywiście, przedtem też tak było, podejrzewam nawet, że odsetek takowych nie bardzo się zmienił. Tyle tylko, że kiedyś byli oni absolwentami szkół zawodowych, wykonywali swoją użyteczną i potrzebną, ale nie nazbyt odpowiedzialną pracę. Teraz mają maturę, duża część z nich dyplomy wyższych uczelni i ogólnie mają się za ludzi wykształconych i światłych. Gorzej, społeczna norma też ich tak traktuje i pozwala powierzać im odpowiednie stanowiska i funkcje. Na przykład nauczycielskie, hehe. Przepraszam, wymknęło mi się, mam na myśli głównie urzędników. Ta fala będzie wzbierać i nie wiem, co dalej…

  • avatar

    Xawer

    27 lutego 2016 at 12:59

    Pozostaje podsumować morały z tej anegdoty:
    1. Państwowa szkoła nie jest w stanie nauczyć nawet jak słowem zapisać 13 i jaki to kolor ‚green’.
    2. Można się tego nauczyć na prywatnych lekcjach.
    3. Sporo rodziców samo nie jest zdolnych do pomocy dziecku w nawet tak „zaawansowanych” tematach. ‚Thirteen’ jest doprawdy nie do przeskoczenia.
    4. Sporo rodziców uważa jednak, że warto, żeby ich dzieci trochę angielskiego jednak się nauczyły i jest za to gotowe płacić z własnej kieszeni — nawet taksówkarz.
    5. PiS dało 500zł rodzicom.
    To teraz pytanie:
    czy 500zł dane rodzicom do wydania bez żadnej kontroli (wrzucone do budżetu rodzinnego), lepiej przysłuży się wykształceniu dzieci, czy lepiej by umiały angielski, gdyby te 500zł dorzucić do worka „finansowanie szkół państwowych”?
    …no i wbrew własnej woli wychodzę na apologetę PiS-u.
    I morał 6. — chyba najważniejszy:
    Szkoła po 200 latach wraca do swojej pierwotnej roli: alfabetyzacji niepiśmiennych, czyli w dzisiejszej wersji nauczenia angielskiego dzieci, których rodzice ani be ani me ani słowa. To jest dość dobra analogia: uczy nie wiedzy, ale umiejętności, w dodatku umiejętności uznawanej w miarę powszechnie za przydatną, za to nie opanowaną przez większość z rodziców.
    Program alfabetyzacji udał się w ciągu góra dwóch pokoleń.
    Dzisiejsza szkoła nawet tego sukcesu na polu dla niej najłatwiejszym nie jest w stanie powtórzyć.

    • avatar

      Robert Raczyński

      27 lutego 2016 at 13:59

      No nie, na apologetę PIS mi nie wyglądasz, ale chyba obaj wolelibyśmy, żeby te ileś złotych wracało do rodziców z tytułu obniżonych podatków, a nie z przekładania np. z twojej lewej do mojej prawej kieszeni i odwrotnie (pomijając fakt, że ja i tak budżetu nadwyrężyć nie mogę, z racji niewyrobienia normy rozrodczej).
      Skandalem jest, że liczenie do 20 w obcym języku jest problemem po sześciu latach podstawówki, ale drugim, nazwijmy go kulturowym, jest niemożliwość udzielenia pomocy przez rodziców w takim zakresie. Choć nie jest to żaden ich obowiązek, przerażające jest to, że wielokrotnie słyszę od rodziców, „bo wie pan, my z żoną to pomóc mu/jej nie możemy, bo żadne z nas języka nie zna”. Dodam, że, w ogromnej większości, są to ludzie, którzy już załapali się na dobrodziejstwo życia w wolnym i demokratycznym państwie, uczącym (coraz lepiej) wszystkich dwóch języków obcych (to skutkuje wnioskiem, że natychmiast należałoby 90% szkół, nauczycieli i dyrektorów, postawić zarzuty poświadczenia nieprawdy).
      Pierwszym założeniem w przypadkach „trudności” z językiem obcym, jest to, że potrzebna jest natychmiastowa pomoc zewnętrzna, dodatkowy kurs, korepetycje, ciocia z maturą, itp., bo jest to rzecz nie do ogarnięcia samodzielnie. Drugim, równie częstym jest kuriozalne, „ale panie, on/a to angielskiego nie umie” w odpowiedzi na sugestię, że do podręcznika, ostatnio darmowego, trzeba czasami zajrzeć, jeśli lekcja szkolna nie wystarczyła. Trzecim popularnym, jest przekonanie, że do opanowania np. liczebników potrzebne są jakieś nadzwyczajne inklinacje i zdolności językowe, którymi przecież nie wszyscy, a wręcz nieliczni są obdarzeni. Co ciekawe, przekonanie to nie idzie w parze z konstatacją, że nieliczni powinni otrzymywać od szkoły certyfikat o opanowaniu języka na poziomie A2/B1.
      Ciekawe, czy Dance przyszło w taksówce do głowy, że szkoła, do której chodzi dziecko kierowcy, stosuje zasadę „nie idę dalej”. Ja mam wrażenie, że to jest motto prawie wszystkich podstawówek będących zapleczem mojej szkoły. Oni tam wszyscy „nie idą dalej”, ćwiczą liczebniki i kolory, i pewnie brakuje im dwóch lat do perfekcji.
      Nie chcę tu ściemniać, że znam jakąś sztuczkę, pozwalającą wszystkim te językowe pułapki ominąć, mnie również brakuje 2-3 lat. Te zaległości się kumulują, bo w większości prowadzę przecież kurs „kontynuacyjny”, czyli mimowolnie potwierdzam blagę o poziomie A1, który będę rozwijał.
      Czy w takim razie wszystkiemu winni są nauczyciele w szkole podstawowej? to byłoby zbyt wygodne uproszczenie. Pewnie mają wiele na sumieniu, ale przede wszystkim jest to wynik filozofii „doceniania niemożności i kropek”, uznania, że liczebników i czasowników nieregularnych trzeba nauczyć jakimś tajemnym sposobem i broń transcendencjo, nie egzekwować ich zbyt kategorycznie, bo dwunastolatek przecież nie jest w stanie takich rzeczy opanować bez szamańskich sztuczek.

      • avatar

        Skorpi

        28 lutego 2016 at 00:11

        Na mój mały rozumek – szkoła nie jest w stanie wmusić w te „biedne dzieci” nawet liczebników w żadnym z cywilizowanych języków obcych właśnie z powodu nadmiaru kategorycznego egzekwowania tej wiedzy tajemnej, nie z „czekania z programem” na słabszych. Przeraźliwe rozkawałkowanie programu nauki języków służy temu, że uczniowie są w stanie zkuć do klasówki konstrukcje mowy zależniej w Past Continous i jednocześnie nie być w stanie zapisać tych nieszczęsnych liczebników. Opowiedzieć, co reporter sportowy powiedział o naszych siatkarzach też z resztą nie potrafią, bo to coś zupełnie nie związanego w ich umysłach z mową zależną z klasówki. A liczebniki przecież „przerabiali” jeszcze dawniej, więc nic dziwnego, że już nie pamiętają. Tak samo uczono ich rodziców – byle do sprawdzianu, aby do testu na maturze… Nic dziwnego, że już zdążyli wszystkiego zapomnieć zanim udało się dorobić własnych latorośli. Takie dokładnie i nieuchronnie są skutki wmusznia „na chama” nikomu niepotrzebnej, oderwanej od całości fragmentarycznej wiedzy na dowolny temat. Wyjątkowo wyraźnie to widać w sytuacji językowej. Żeby umieć używać dowolnego języka trzeba zrozumieć jego konstrukcję, cały system. I ćwiczyć. Używać do komunikacji w zaangażowany sposób – czytać i pisać, słuchać i mówić. A nie zapamiętać parę nie związanych z niczym regułek gramatycznych! Oczywiście, w dzisiejszym środowisku bardzo łatwo znaleźć okazje do posługiwania się językiem obcym, a już szczególnie angielskim. Zalewa nas z każdej strony – Internet, filmy, gry… Nawet nie zainteresowany językiem ignorant zetknął się ze złowieszczym – Game over! Chyba, że język jak i inne przedmioty szkolne wywołują traumę strachu i pewności swojej niewiedzy połączoną z głębokim obrzydzeniem. Szkolne lekcje języka wywołują głównie silne przekonanie, że „ale panie, on/a to angielskiego nie umie”. Trudno, żeby tak nie było, skoro przez 6-12 lat, dwa razy w tygodniu słyszy się i widzi TYLKO błędy popełniane przez siebie i innych kolegów z klasy. Bardzo często w ciągu tego czasu nie dochodzi do ani jednej swobodnej wymiany zdań, czy słów na jakikolwiek temat!!! Nigdy nie dochodzi do żadnych konwersacji! Tylko żmudne wypełnianie ćwiczeń (zawsze jakiś błąd się znajdzie!), albo pisanie testów. Zupełnie zrozumiałe jest więc unikanie tak źle kojarzących się aktywności. W tej sytuacji podwyższenie wymagań na lekcjach skutkuje dodatkowymi godzinami spędzonymi na korepetycjach z angielskiego i włączeniem polskiego dubingu podczas oglądania w domu anglojęzycznego filmu na DVD. W obniżaniu poczucia własnej wartości i usuwaniu uczucia sprawczości u uczniów nasza szkoła jest na prawdę skuteczna. Ps. Nie znam lepszej metody nauczania angielskiego w podstawówce niż klasyczne gry przygodowe typu „point and click”. Niestety, ta metoda wymaga czasu dłuższego niż 90 minut tygodniowo. Za to jej efekty trwają dłużej niż do następnej klasówki.

        • avatar

          Robert Raczyński

          28 lutego 2016 at 11:09

          Z wieloma punktami tej diagnozy się zgadzam, ale z koniecznym uzupełnieniem.
          „A liczebniki przecież „przerabiali” jeszcze dawniej, więc nic dziwnego, że już nie pamiętają. Tak samo uczono ich rodziców – byle do sprawdzianu, aby do testu na maturze…” – Dość rozpowszechniony jest mit, że jest możliwe dostarczanie uczniowi ciągłych bodźców dotyczących wszystkiego, co „przerabiał”. To fizycznie niewykonalne. Wszelkiego rodzaju powtórki, nawroty, choćby nie wiem jak koncepcyjnie przekombinowane i wyrafinowane, nie doprowadzą do spójności przekazywanej i zdobywanej wiedzy. Nie można podać i egzekwować (ba, internalizować) wszystkiego naraz, choć przyznaję, że rozczłonkowanie wiedzy, w trosce o zakładane przez metodykę obniżone możliwości percepcyjne „cyfrowych tubylców”, a tak naprawdę wyhodowanych, intelektualnych emigrantów, sięga granic paranoi.
          Receptę podajesz niżej: „Żeby umieć używać dowolnego języka trzeba zrozumieć jego konstrukcję, cały system. I ćwiczyć.”, ale jednocześnie dostrzegasz, że „Niestety, ta metoda (każda metoda, dopowiem) wymaga czasu dłuższego niż 90 minut tygodniowo”. Rozumienie „konstrukcji języka” jest, w obecnym ujęciu metodycznym i wymiarze czasowym, absolutnie wykluczone. Maja córka, skonfrontowana ze szkolnym „koszmarem” w postaci Conditionals, zapytała, w czym problem i skąd ten obłęd w oczach wszystkich – przecież one są identyczne jak po polsku, z wyjątkiem niestosowania Future po spójniku. Doprowadzenie 75% moich uczniów do takiego wniosku (wymarzona przez Danusię refleksja polekcyjna), w warunkach, które mam do dyspozycji, zajęłoby mi jakieś 5-6 lat. Otóż to „rozumienie konstrukcji”, za którym słusznie tęsknisz, wymaga takich drobiazgów jak rozumienie (to duże słowo) konstrukcji własnego języka i kojarzenie faktów. Wymaganie od ucznia, dla którego przypadki w polskim istnieją jedynie w postaci przypowieści o Celinie, by dostrzegł, że np. 2 conditional to, jak po polsku, czas przeszły plus tryb przypuszczający i zapomniał o konieczności bezmyślnego rypania na blachę kilkunastu układów zupełnie abstrakcyjnych form gramatycznych, to marzenie ściętej głowy. Oczywiście, ten niesamowity „wytrych” intelektualny próbuję przemycić tym, którzy jakimś cudem zdołali przetrwać gramatyczny regres zafundowany im na języku polskim. Podkreślę, że wcale nie chodzi o jakieś nadzwyczajne szczegóły, ale właśnie o internalizację podstawowych pojęć, nawet jeśli nie są one artykułowane. W warunkach szkoły świetlicowej, zapomnij.
          Piszesz, że nie wystarczy „zapamiętać parę nie związanych z niczym regułek gramatycznych”. Jest to tylko w połowie prawda. Gramatyka jest wtórna do języka jako kodeks ustawiony na półce, ale w warstwie funkcjonalnej jest samym sednem języka – to, co jest internalizowane przez każde dziecko uczące się pierwszych słów we własnym języku, to właśnie gramatyka. Szkolni fantaści próbują wmówić ludziom, że w wieku lat kilkunastu i później mogą niejako ten proces powtórzyć w odniesieniu do języka obcego. Jest to bzdura nie mająca miejsca w żadnych okolicznościach, z wyjątkiem totalnej immersji, a i to na innych zasadach. Jeśli więc język obcy jest rzeczywiście obcy, słyszany i używany sporadycznie, czyli tak, jak to się dzieje w 99% przypadków, konieczne jest podanie uczącemu się jakiegoś schematu, którym może się posłużyć. Naturalnie mówię o kontekście szkolnym, bo nie zakładamy chyba fantastyki w rodzaju dwóch godzin języka dziennie. Szkolna blaga polega właśnie na wmawianiu naiwnym, że mogą nauczyć się języka „w sposób naturalny”, „przez konwersacje”, „bez zakuwania reguł gramatycznych”, „w relaksującej i bezstresowej atmosferze”, w symbolicznym czasie podanym przez curriculum i to wszystko bez żadnego wysiłku własnego. Powstaje legenda, że języka nauczyć się jest niesamowicie prosto, tyle tylko, że nie w szkole, „bo i tak nic z tego nie będzie”. W rezultacie, ludzie, którzy w szkole nie robią absolutnie nic, na korepetycjach, kursach, itp. przerabiają ten sam szkolny program, ale intensywnie, mówiąc, słuchając i pisząc, bez konieczności realizowania „projektów o Wielkiej Brytanii” i grupowego pisania maili do „zaprzyjaźnionych szkół”. Tu też sukces nie jest pewny, ale jakiś jest, bo okupiony wkładem własnym, intelektualnym i finansowym. Na tych, którzy na taki wkład nie są gotowi, czekają sity i krebsy. Z powodzeniem, biznes kwitnie.
          „W obniżaniu poczucia własnej wartości i usuwaniu uczucia sprawczości u uczniów nasza szkoła jest na prawdę skuteczna.” – Pierwszym usuniętym składnikiem tej sprawczości była odpowiedzialność za własne zaniechanie, potem to już poszło, entropia ma tylko jeden zwrot.

          • avatar

            monikasz

            28 lutego 2016 at 19:32

            No, nie wiem… Jesteście nauczycielami, więc pewnie w ogóle nie wypada mi polemizować. Z przytłaczającą większością tego co mówicie trudno się zresztą` nie zgodzić, bo widać to gołym okiem: języków obcych szkoła uczy tak jak wszystkiego innego, czyli wcale. Z tym, że o ile na, na przykład, naszej ulubionej matematyce czasem jeden błysk zrozumienia może wiele dać, to język jest przede wszystkim umiejętnością, która wymaga po prostu ćwiczeń. I ja osobiście jestem jednak przeciwnikiem uczenia języka poprzez jego gramatykę. Podobnie jak usiłuje się biedne dzieci uczyć ortografii na języku polskim przez wkuwanie regułek. Ręce opadają. Zwłaszcza w stadium początkowym (a ten etap rozciąga się, jak widać, na gimnazjum również), reguły gramatyczne działają hamująco, deprymująco na mówiącego. Później może to być interesujące, intrygujące nawet, że to wszystko się jakoś logicznie układa, chociaż tylko dla niektórych. I nie jest to żadna nowość. Ja sama w szkołach pod tym względem nauczyłam się bardzo niewiele, a było to w „starych dobrych czasach”… Na ten temat mnie zaraz Robert napadnie to na razie tyle.
            A do napisania w ogóle skłoniła mnie taka smutna myśl, że oto mamy już do czynienia z dalszymi skutkami naszego „boom`u” edukacyjnego. Oto mamy rodziców, którzy nie są w stanie pomóc swoim dzieciom w nauce w szkole podstawowej. Oczywiście, przedtem też tak było, podejrzewam nawet, że odsetek takowych nie bardzo się zmienił. Tyle tylko, że kiedyś byli oni absolwentami szkół zawodowych, wykonywali swoją użyteczną i potrzebną, ale nie nazbyt odpowiedzialną pracę. Teraz mają maturę, duża część z nich dyplomy wyższych uczelni i ogólnie mają się za ludzi wykształconych i światłych. Gorzej, społeczna norma też ich tak traktuje i pozwala powierzać im odpowiednie stanowiska i funkcje. Na przykład nauczycielskie, hehe. Przepraszam, wymknęło mi się, mam na myśli głównie urzędników. Ta fala będzie wzbierać i nie wiem, co dalej…

  • avatar

    Robert Raczyński

    29 lutego 2016 at 00:56

    Ja nie twierdzę, że uczenie języka jest uczeniem regułek gramatycznych. Sedno nieporozumienia tkwi znowu w miejskiej legendzie o szkole, którą ktoś gdzieś zapoczątkował niebacznym słowem i teraz powtarzają ją wszyscy chętnie, bo nikt nie lubi stukać czegoś, co wydaje się abstrakcyjne i niepotrzebne. O, właśnie, niepotrzebne. Co rusz słyszę, że gramatyka jest rzeczą zupełnie zbędną, bo żeby się dogadać, to w ogóle nie trzeba wiedzieć, że istnieje coś takiego jak Future Perfect Continuous in the Past, a już tacy Amerykanie to w ogóle tego nie używają (sic!) i żyją. Jasne, pułapka tkwi jednak w tym, że można nie wiedzieć, że taka konstrukcja istnieje, ale z niej korzystać, choćby raz w roku, w razie potrzeby. I ta potrzeba jest właśnie gramatyką. I wcale nie musi za nią stać definicja.
    Nieuczenie (się) gramatyki jest taką samą bzdurą, jak matematyka bez pojęcia liczby, wartości – taki kruk na przykład z całą pewnością nie poda jej definicji, ale z łatwością wybierze schowek z większą ilością orzechów. Ucząc się własnego języka, uczymy się gramatyki tak samo, jak krukowate „liczenia”, a kanarki swojej pieśni. Niestety, z gramatyką obcą (jak z większością rzeczy, których się uczymy) nie jest już tak łatwo. Wysiłek jest już znacznie większy, bo musi być świadomy, nie pobudzany jest automatycznie ośrodek nagrody, jak to jest przy wychodzeniu z niemowlęctwa. Oszustwem szkolnym jest obietnica, że są sposoby na pozytywne wzmocnienie, bez realnie istniejącej potrzeby i chęci podjęcia wysiłku.
    Wróćmy jednak do gramatyki. Jest oczywiste, że nie trzeba wiedzieć, co to podmiot i orzeczenie, żeby budować poprawne zdania, do tego wystarczy doświadczenie. Jedynym problemem jest czas. Nawet ucząc się naturalnie, dziecko potrzebuje około pięciu lat, by można było uznać, że wysyła spójne komunikaty. Rozwój mowy, języka, skorelowany jest z rozwojem mózgu i całego organizmu. Niektórzy chcieliby zafundować uczącym się języków obcych taką powtórkę z rozrywki, żeby naukę języka obcego „unaturalnić”. Żadnych pojęć abstrakcyjnych, żadnych działań logicznych, wszystko przez organoleptyczną namacalność. Jest to bzdura do kwadratu, bo mózg przeszedł już swoją „szkołę” i nie ma najmniejszej ochoty na powtarzanie klasy. Nie po to przez kilka, kilkanaście lat spalał 1/5 glukozy przeznaczonej dla całego organizmu, żeby teraz zapomnieć wszystkie sztuczki, które przydają mu się i przydawały się jego przodkom przez miliony lat. Mózg jest narzędziem myślenia abstrakcyjnego, a nie jedynie bezrefleksyjnego kopiowania wzorców (choć to spora działka jego obowiązków). Co więcej, takie wejście do tej samej rzeki jest już fizycznie niemożliwe, bo część jego obwodów, które doprowadziły go do stanu i momentu obecnego, już nie istnieje – całe mnóstwo neuronów weszło w tryb apoptozy, aby układ nerwowy w ogóle mógł funkcjonować prawidłowo. Tzw. naturalne uczenie się, przez czystą ekspozycję na bodziec dotyczy niewielkiej części umiejętności, cała reszta wymaga świadomego używania intelektu, a co za tym idzie wysiłku, nie zawsze przynoszącego natychmiastową gratyfikację. Dążąc do uczenia bez kontekstu abstrakcyjnego (np. bez gramatyki) lekceważymy lub negujemy etapy rozwoju, które nasze mózgi pokonały, w imię bezstresowej wegetacji. Nawet gdyby takie uczenie było możliwe, aby było skuteczne, wymagałoby ogromnej ilości czasu, którego szkoła nigdy mieć nie będzie. Inteligencja powstała jako przystosowanie, a nie zbędny dodatek, nawet jeśli, jak niektórzy sugerują, jest czymś w rodzaju ogona pawia, czyli efektem doboru płciowego. Mamy ją po to by z niej korzystać dla poprawy swojej efektywności, a nie rozkładać każdą wiedzę na lata prób i błędów i wyważanie otwartych drzwi dla satysfakcji samodzielnego odkrywania każdej zasady. Oczywiście nie służy temu zapamiętywanie regułek, a jedynie ich rozumienie, choć już niekoniecznie doświadczanie. Doświadczenie jest ważną, ale nie jedyną i najważniejszą składową procesu edukacyjnego – mając dziś relatywnie mniej czasu na „ogarnięcie” niemal nieskończonej ilości danych, domaganie się, by ktoś nauczył się języka w szkole przez „konwersacje” jest nieporozumieniem – nie mógłby praktycznie robić nic innego, chyba że zgodzimy się na faktyczne nauczanie wszystkich przedmiotów w tym języku. Upieranie się przy „doświadczaniu żywego języka” jest w warunkach szkolnych zupełną demagogią – nie wszystkiego można doświadczyć, a troska o realność często staje się jej karykaturą. Dobra szkoła i uczciwy nauczyciel zaoferują jedynie dobrze wyważony konglomerat obydwu podejść, w proporcjach empirii do abstrakcji wyrażonej w najlepszym razie stosunkiem 1:10. Jeżeli komuś to nie odpowiada, to zamiast żądać od szkoły świetlicy dla odmóżdżonych, nieodwołującej się do abstrakcji, niech na parę lat wyjedzie za granicę, najlepiej bez większej gotówki i grona znajomych. Będzie mógł mówić o doświadczeniu.
    Oczywiście, że grammar translation jest już passe i w większości przypadków jest po prostu nieskuteczne. Nie chodzi też o wkuwanie definicji i pozbawionych kontekstu słówek. Gramatyki można uczyć niezbyt często odwołując się do precyzyjnych pojęć. Jeśli ma ona jednak pozostać w ukryciu, powiedzmy dla wygody na pewnym etapie, i nie być celem samym w sobie, nie osiągniemy tego licząc, że zostanie zinternalizowana przez zasiedzenie, przy dwóch godzinach w tygodniu i niemożliwości odwołania się do jakichkolwiek skojarzeń. Wolałbym móc po prostu z uczniami pogadać po angielsku, niestety, realia są inne, np. często nie bardzo miałbym z kim – potrzeba (gramatyka) wypowiedzi nie jest tak uniwersalna jak dyktuje to curriculum, ani jak niektórzy to sobie wyobrażają. Monika świetnie to ujęła pod koniec swojej wypowiedzi.

  • avatar

    Robert Raczyński

    29 lutego 2016 at 00:56

    Ja nie twierdzę, że uczenie języka jest uczeniem regułek gramatycznych. Sedno nieporozumienia tkwi znowu w miejskiej legendzie o szkole, którą ktoś gdzieś zapoczątkował niebacznym słowem i teraz powtarzają ją wszyscy chętnie, bo nikt nie lubi stukać czegoś, co wydaje się abstrakcyjne i niepotrzebne. O, właśnie, niepotrzebne. Co rusz słyszę, że gramatyka jest rzeczą zupełnie zbędną, bo żeby się dogadać, to w ogóle nie trzeba wiedzieć, że istnieje coś takiego jak Future Perfect Continuous in the Past, a już tacy Amerykanie to w ogóle tego nie używają (sic!) i żyją. Jasne, pułapka tkwi jednak w tym, że można nie wiedzieć, że taka konstrukcja istnieje, ale z niej korzystać, choćby raz w roku, w razie potrzeby. I ta potrzeba jest właśnie gramatyką. I wcale nie musi za nią stać definicja.
    Nieuczenie (się) gramatyki jest taką samą bzdurą, jak matematyka bez pojęcia liczby, wartości – taki kruk na przykład z całą pewnością nie poda jej definicji, ale z łatwością wybierze schowek z większą ilością orzechów. Ucząc się własnego języka, uczymy się gramatyki tak samo, jak krukowate „liczenia”, a kanarki swojej pieśni. Niestety, z gramatyką obcą (jak z większością rzeczy, których się uczymy) nie jest już tak łatwo. Wysiłek jest już znacznie większy, bo musi być świadomy, nie pobudzany jest automatycznie ośrodek nagrody, jak to jest przy wychodzeniu z niemowlęctwa. Oszustwem szkolnym jest obietnica, że są sposoby na pozytywne wzmocnienie, bez realnie istniejącej potrzeby i chęci podjęcia wysiłku.
    Wróćmy jednak do gramatyki. Jest oczywiste, że nie trzeba wiedzieć, co to podmiot i orzeczenie, żeby budować poprawne zdania, do tego wystarczy doświadczenie. Jedynym problemem jest czas. Nawet ucząc się naturalnie, dziecko potrzebuje około pięciu lat, by można było uznać, że wysyła spójne komunikaty. Rozwój mowy, języka, skorelowany jest z rozwojem mózgu i całego organizmu. Niektórzy chcieliby zafundować uczącym się języków obcych taką powtórkę z rozrywki, żeby naukę języka obcego „unaturalnić”. Żadnych pojęć abstrakcyjnych, żadnych działań logicznych, wszystko przez organoleptyczną namacalność. Jest to bzdura do kwadratu, bo mózg przeszedł już swoją „szkołę” i nie ma najmniejszej ochoty na powtarzanie klasy. Nie po to przez kilka, kilkanaście lat spalał 1/5 glukozy przeznaczonej dla całego organizmu, żeby teraz zapomnieć wszystkie sztuczki, które przydają mu się i przydawały się jego przodkom przez miliony lat. Mózg jest narzędziem myślenia abstrakcyjnego, a nie jedynie bezrefleksyjnego kopiowania wzorców (choć to spora działka jego obowiązków). Co więcej, takie wejście do tej samej rzeki jest już fizycznie niemożliwe, bo część jego obwodów, które doprowadziły go do stanu i momentu obecnego, już nie istnieje – całe mnóstwo neuronów weszło w tryb apoptozy, aby układ nerwowy w ogóle mógł funkcjonować prawidłowo. Tzw. naturalne uczenie się, przez czystą ekspozycję na bodziec dotyczy niewielkiej części umiejętności, cała reszta wymaga świadomego używania intelektu, a co za tym idzie wysiłku, nie zawsze przynoszącego natychmiastową gratyfikację. Dążąc do uczenia bez kontekstu abstrakcyjnego (np. bez gramatyki) lekceważymy lub negujemy etapy rozwoju, które nasze mózgi pokonały, w imię bezstresowej wegetacji. Nawet gdyby takie uczenie było możliwe, aby było skuteczne, wymagałoby ogromnej ilości czasu, którego szkoła nigdy mieć nie będzie. Inteligencja powstała jako przystosowanie, a nie zbędny dodatek, nawet jeśli, jak niektórzy sugerują, jest czymś w rodzaju ogona pawia, czyli efektem doboru płciowego. Mamy ją po to by z niej korzystać dla poprawy swojej efektywności, a nie rozkładać każdą wiedzę na lata prób i błędów i wyważanie otwartych drzwi dla satysfakcji samodzielnego odkrywania każdej zasady. Oczywiście nie służy temu zapamiętywanie regułek, a jedynie ich rozumienie, choć już niekoniecznie doświadczanie. Doświadczenie jest ważną, ale nie jedyną i najważniejszą składową procesu edukacyjnego – mając dziś relatywnie mniej czasu na „ogarnięcie” niemal nieskończonej ilości danych, domaganie się, by ktoś nauczył się języka w szkole przez „konwersacje” jest nieporozumieniem – nie mógłby praktycznie robić nic innego, chyba że zgodzimy się na faktyczne nauczanie wszystkich przedmiotów w tym języku. Upieranie się przy „doświadczaniu żywego języka” jest w warunkach szkolnych zupełną demagogią – nie wszystkiego można doświadczyć, a troska o realność często staje się jej karykaturą. Dobra szkoła i uczciwy nauczyciel zaoferują jedynie dobrze wyważony konglomerat obydwu podejść, w proporcjach empirii do abstrakcji wyrażonej w najlepszym razie stosunkiem 1:10. Jeżeli komuś to nie odpowiada, to zamiast żądać od szkoły świetlicy dla odmóżdżonych, nieodwołującej się do abstrakcji, niech na parę lat wyjedzie za granicę, najlepiej bez większej gotówki i grona znajomych. Będzie mógł mówić o doświadczeniu.
    Oczywiście, że grammar translation jest już passe i w większości przypadków jest po prostu nieskuteczne. Nie chodzi też o wkuwanie definicji i pozbawionych kontekstu słówek. Gramatyki można uczyć niezbyt często odwołując się do precyzyjnych pojęć. Jeśli ma ona jednak pozostać w ukryciu, powiedzmy dla wygody na pewnym etapie, i nie być celem samym w sobie, nie osiągniemy tego licząc, że zostanie zinternalizowana przez zasiedzenie, przy dwóch godzinach w tygodniu i niemożliwości odwołania się do jakichkolwiek skojarzeń. Wolałbym móc po prostu z uczniami pogadać po angielsku, niestety, realia są inne, np. często nie bardzo miałbym z kim – potrzeba (gramatyka) wypowiedzi nie jest tak uniwersalna jak dyktuje to curriculum, ani jak niektórzy to sobie wyobrażają. Monika świetnie to ujęła pod koniec swojej wypowiedzi.

  • avatar

    monikasz

    29 lutego 2016 at 12:21

    Po pierwsze, to cokolwiek mądrego byś nie powiedział,` praktyka szkoły niestety jest taka, że łatwiej jest podać do wykucia regułki, dołożyć słówek, zadać kilka ćwiczeń i sprawa załatwiona. I sprawdzić łatwo, i uczniowie zadowoleni, bo wiedzą, co mają wyklepać. Nie bierz tego do siebie, ale mam przygnębiające podejrzenie, że tak bywa częściej niż powinno.
    Po drugie, będę się upierać, że nauka matematyki to cos innego niż nauka języka obcego. Oczywiście, te sfery się przenikają. Pomaga, jeśli rozwiązując jakiś problem matematyczny, mamy od razy w głowie kilka podobnych, jakiś poręczny wzorek czy twierdzenie. Pomaga też, jeśli język obcy układa nam się w jakieś sensowne schematy i wzory. Ale zrozumienie reguły gramatycznej nie umożliwi nam komunikacji, a przerobienie dziesiątek zadań nie zastąpi zrozumienia. Mogą nam pomóc, ale istota nauki w obu przypadkach leży gdzie indziej.
    No i po trzecie, spodziewałam się właśnie czegoś takiego, poważnego, fachowego wykładu o uczeniu języków. Co ja poradzę, że moje doświadczenia osobiste, wszystkie, mówią co innego… W naszym domu jedyną osobą, która nauczyła się języka w szkole, to mój mąż. Wkuwali na pamięć dialogi i już. To było baaardzo dawno temu, liceum było dobre, nikt łaski nie robił, to wkuwali. Efekty, jak na szkolną naukę, znakomite. A mnie na przykład od małego mama próbowała nauczyć niemieckiego, żadna metoda nie przynosiła efektów, no bo po co mi to było? Już w liceum pojechałam do Niemiec na roboty i po dwóch miesiącach wróciłam z językiem. Na pewno ułomnym, ale pozwalającym prowadzić wielogodzinne dyskusje… Miałam już podstawy, oczywiście, ale zanurzenie w języku i pilna konieczność porozumienia sprawiły cuda.
    A angielski w tej chwili to przecież wisi w powietrzu… Moi synowie po wiejskiej podstawówce i wiejskim gimnazjum poszli do wypasionego, wielkomiejskiego liceum, gdzie wszystkie zapewne dzieci od małego były katowane dodatkowymi zajęciami językowymi. I jakimś cudem okazywało się, że raczej są do przodu… Wystarczyło, że u nas w domu gry komputerowe były w wersji orginalnej, filmy takoż, i już. Żadnych lekcji, korepetycji i innych głupot.
    Oczywiście, że te opowieści do szkoły mają się nijak, a tylko do tego, że będę się upierać przy pierwszeństwie ćwiczeń praktycznych, przed układaniem języka w gramatykę. To ma oczywiście swoje miejsce i swoją wartość, ale o krok za, a nie krok przed. Jako zapyziała wiejska kura domowa pozwolę sobie zignorowac jakieś tam badania naukowe, a co.
    A co do naszej ukochanej instytucji szkoły, to wydaje się ona być bez szans. Bo jeśli dzieciak sam nie nauczył się angielskich tekstów ulubionej kapeli albo nie chce usłyszeć i zrozumieć, jak mówi jego ulubiony aktor, tylko woli dubbing, to kicha. Nawet Ty nie dasz rady, i te trzy godziny w tygodniu to też marnowanie czasu (dobra, dobra, nie zawsze, nie wszystkich, nie wszędzie, ja już za długo jestem matką uczniom, żeby w tym względzie zdobywać się na obiektywizm).
    Powinnam podpisać : z ponurym pozdrowieniem, Kłapouchy… 🙂

    • avatar

      Skorpi

      29 lutego 2016 at 14:25

      Zgadzam się z Moniką (? – monikasz) w całej rozciągłości. Zauważyłam też, że wszyscy troje zgadzamy się, że dwie godziny lekcyjne w tygodniu to zdecydowanie za mało żeby kogokolwiek nauczyć języka obecgo (wyjątek – kucie, które zajmuje dodatkowe godziny w domu, zatem potwierdza regułę). Nie da się i koniec. Musimy jednak pamiętać jeszcze o możliwych i bardzo prawdopodonych „skutkach ubocznych” usilnego póbowania dokonania niemożliwości. W tym systemie jedyne, co da się osiągnąć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, jest zniechęcenie i zrażenie na dłuższy czas sporej grupy uczniów do języka. O ile „świetlicowe” podejście do szkoły nie nauczy konkretów prawie nikogo, to podejście „siłowe” reprezentowane przez Roberta może dać mu wiele satysfakcji i poczucie dobrze spełnionego obowiązku plus trochę krótkotrwałych efektów na klasówce. Na dłuższą metę jednak, nawet ci prymusi pamiętający o różnych funkcjach orzeczenia i słówek pomocniczych w zdaniu dostają totalnej blokady gdy przyjdzie do zmówienia kawy w Szkocji, gdzie kelnerka coś burknie w lokalnym narzeczu – mieszaninie Gealic i Angielskiego. To prymusi. Większość, zostaje ofiarą tych skutków ubocznych: utrwalonego wstrętu do nauki języków. I ta szkoda jest bardzo często nieodwracalna, zwłaszcza w połączeniu z dominującym poczuciem presji na znajomość języka. Według mnie, ryzyko takiego efektu dla kilku choćby uczniów nie usprawiedliwia dociążania wszystkich, w bezpodstawnej nadziei, że kilku wybrańców skorzysta. Podejście „świetlcowe” daje duże szanse na zainteresowanie tych kilku wybrańców prozą A.Christie w oryginale, albo tekstami Metallica’i (Metaliki ???). Przy czym nie zamyka drogi do nauki nikomu, kto tego chce. Ale żarówka musi tego chcieć. W mojej arytmetyce bardziej opłaca się mieć 2 żarówki wkręcone, a pozostałe 28 spokojnie leżące w pudełkach i czekające na swoją kolej, niż 4 wkręcone i pozostałe 26 stłuczone. Czysta logika.
      Pozwolę się jednak nie zgodzić z Robertem jeszcze w kwestii niemożności naturalnego przyswajania języka opisywanej w poście wyżej:
      „Co więcej, takie wejście do tej samej rzeki jest już fizycznie niemożliwe, bo część jego obwodów, które doprowadziły go do stanu i momentu obecnego, już nie istnieje – całe mnóstwo neuronów weszło w tryb apoptozy, aby układ nerwowy w ogóle mógł funkcjonować prawidłowo. Tzw. naturalne uczenie się, przez czystą ekspozycję na bodziec dotyczy niewielkiej części umiejętności, cała reszta wymaga świadomego używania intelektu (…)”
      Wydaje mi się, że liczne przykłady emigrantów przeczą tej teorii. Ktoś mieszkający w otoczeniu posługującym się językiem obcym jest w stanie opanować nawet bardzo skomplikowane konstrukcje gramatyczne niejako „przy okazji” i to zupełnie bez stresu. Cztery lata spędzone przeze mnie na nauce niemieckiego w liceum przyniosły tylko ból brzucha i ogromną stratę czasu ukoronowaną marnym dostatecznym. Pół roku w Berlinie i parę gorących rozmów z tamtejszą administracją uczelnianą (fakt – stresujących!) dały niezłą znajomość języka w mowie i piśmie oraz nieporównywalną satysfakcję. Teraz myślę zupełnie serio, że gdybym nie „zaiwestowała” tego czasu w liceum w nabycie guli w gardle i paniki w czach związanej z der, die, das – efekt znajomości języka mógłby przyjść jeszcze szybciej. Gdybym była nauczycielem niemieckiego(na szczęście – nie jestem) to moją misją życiową byłoby niedopuszczenie do tego, aby ktokolwiek z moich uczniów doszedł do takich wniosków. Primum non nocere!

      • avatar

        Róża

        29 lutego 2016 at 19:06

        Skorpi, na początek rozwieję Twoje wątpliwości – Metalliki – i żadna inna forma nie jest dopuszczalna.
        Po drugie – akurat tu, gdzie Ty się z Robertem nie zgadzasz, ja go popieram. Co więcej, sama dałaś przykład na to, że ma rację. Twoje rozmowy z niemieckim dziekanatem charakteryzowały dwie cechy wymienione przez Roberta – motywacja i wysiłek intelektualny. Problem w tym, że obecnie głosi się teorię, że metodą konwersacji i immersji można nauczyć każdego nawet mimo jego woli. Niestety, świadomy wysiłek jest tu niezbędny, a tego większości ludzi nie chce się podjąć. Gdyby im się chciało, to nauczyliby się języka w warunkach, jakie mają, poświęcając po prostu więcej własnego czasu i wkładając w to pracę własną. Ja z podstawówki z angielskiego wyszłam na dobrym poziomie a2/b1. Kiedy dwa lata później szłam na kurs, był to kurs do fc. Jakim cudem? Wzięłam sobie gramatykę Murphy’ego, włączyłam bbc w telewizorze i się nauczyłam. A, i nie ruszałam się z domu bez słownika, żeby zawsze móc sprawdzić jakieś słówko, które mi przyszło do głowy. Kiedy w ostatnie wakacje byłam z mężem tydzień w Pradze, załapałam całkiem sporo czeskiego, podczas gdy mój mąż opanował tylko „dzień dobry”. Tylko że ja lubię uczyć się języków, zawiłości różnych gramatyk są dla mnie fascynujące i czeski mi się spodobał, więc miałam uszy rozwieszone przez cały tam pobyt i skupiałam się na tym, co widzę i słyszę. Mojego męża satysfakcjonowało, że dogaduje się po angielsku, więc motywację do wysiłku miał żadną. A przecież byliśmy w tych samych warunkach, zanurzeni w języku po szyję.
        A w warunkach szkoły nigdy nie da się stworzyć sytuacji zanurzenia w języku, chyba że będzie to szkoła obcojęzyczna. Tylko wtedy co, jeden język i koniec? Czy co roku zmieniamy język wykładowy? Czy może w ramach niezniechęcania uczniów w ogóle nie będziemy ich uczyć języków? A także matematyki, bo tej większość też nie lubi. Można, tylko dajmy im w takim razie szansę nieotrzymania matury. Niestety, póki mieszkamy w kraju, gdzie urzędowym językiem jest polski, opanowanie innych będzie wymagało od uczniów wysiłku i zaangażowania. Nawet gdyby mieli w szkole sześć godzin zamiast dwóch. A wysiłek i zaangażowanie nie muszą oznaczać wkuwania regułek.

        • avatar

          Skorpi

          29 lutego 2016 at 20:13

          Droga Różo! Bardzo dziękuję za rozwianie moich heavy metalowych dylematów 🙂 Co do reszty dyskusji – głęboko się mylisz sugerując, że się ze mną nie zgadzasz 🙂 Zgadzamy się świetnie. Ja też dokładnie tak jak i Ty uważam, że kluczem do podjęcia nauki jest właśnie wola uczącego SIĘ, a nie będącego nauczanym. Oczywiście, zgadzam się z Tobą, że praca i wysiłek intelektualny jest niezbędny do osiągnięcia jakiegokolwiek efektu. Cały problem leży jednak w tym, że po „przerobieniu” angielskiego w szkole dużo trudniej już tę wolę wykrzesać i w rezultacie zdobyć się na wysiłek.

          • avatar

            Róża

            1 marca 2016 at 14:04

            „Cały problem leży jednak w tym, że po „przerobieniu” angielskiego w szkole dużo trudniej już tę wolę wykrzesać i w rezultacie zdobyć się na wysiłek.”
            I to jest daleko idące i niesprawiedliwe uogólnienie. To, czy uczeń wykrzesze z siebie cokolwiek, zależy od szeregu czynników. Od jego osobowości, zaplecza rodzinnego (przekonań i dążeń zaszczepionych przez rodziców), środowiska, w jakim się wychowuje, a także od konkretnego nauczyciela, z którym będzie miał styczność. Zrzucanie odpowiedzialności na szkołę jako taką jest, moim zdaniem, nieuczciwe. Więcej, nie prowadzi do żadnych sensownych wniosków. Bo nawet zmiana systemu nauczania nie da nic, jeśli dziecko trafi na niedouczonego partacza. I nawet najbardziej zaangażowany nauczyciel nie wykrzesze nic ze zobojętniałego lenia. Poza tym, o czym wielokrotnie wspominał Robert, nie ma jednego nauczyciela dobrego dla wszystkich, skutkiem czego ta sama osoba może odziaływać zupełnie różnie na swoich uczniów. Mówienie „szkoła mnie zniechęciła” jest tak ogólnikowe, że w zasadzie nic nie znaczy. Bo szkoła czyli co? Nauczyciel? Bo był niemiły, wymagający, nudny, wredny, nie lubiliśmy się? Program nauczania – zbyt wymagający, narzucający odgórnie tempo nauki? Podręczniki – za łatwe, za trudne, zbyt/nie dość kolorowe, prymitywne, źle mi się z nich uczyło? Zbyt mało godzin i nie miałam czasu opanować przedmiotu? Zbyt dużo, więc przedmiot mnie osaczał, ciągle trzeba było się go uczyć? Uczniowie też są różni, są tacy, których nudni i niedokształceni nauczyciele nie zniechęcili, są tacy, których nikt nie potrafił zachęcić. I to raczej wynika z tych wszystkich czynników, z którymi uczeń do szkoły przyszedł. Obarczanie odpowiedzialnością szkoły jako takiej w efekcie tę odpowiedzialność rozmywa. A ja w ogóle bliższa jestem składania największej jej części na barki ucznia.
            I wychodzi na to, że PISowskie 500 zł to pomysł świetny, szczególnie jeśli można je zainwestować w prywatne kursy czy lekcje dla dziecka – wtedy każdy wybierze sobie odpowiadającego mu nauczyciela, który nie zniechęci ucznia do przedmiotu. Wraz z likwidacją obowiązku realizacji całego programu w szkole byłby to dobry krok w kierunku bonów oświatowych, o których przeznaczeniu decydują rodzice. Żeby tak jeszcze zamiast odbierać dotacje na edukację domową przekazali je rodzicom, choćby w postaci odpisu podatkowego, to mogłoby się okazać, że w swych pochwałach dla partii rządzącej przyłączę się do Xawera 🙂

  • avatar

    monikasz

    29 lutego 2016 at 12:21

    Po pierwsze, to cokolwiek mądrego byś nie powiedział,` praktyka szkoły niestety jest taka, że łatwiej jest podać do wykucia regułki, dołożyć słówek, zadać kilka ćwiczeń i sprawa załatwiona. I sprawdzić łatwo, i uczniowie zadowoleni, bo wiedzą, co mają wyklepać. Nie bierz tego do siebie, ale mam przygnębiające podejrzenie, że tak bywa częściej niż powinno.
    Po drugie, będę się upierać, że nauka matematyki to cos innego niż nauka języka obcego. Oczywiście, te sfery się przenikają. Pomaga, jeśli rozwiązując jakiś problem matematyczny, mamy od razy w głowie kilka podobnych, jakiś poręczny wzorek czy twierdzenie. Pomaga też, jeśli język obcy układa nam się w jakieś sensowne schematy i wzory. Ale zrozumienie reguły gramatycznej nie umożliwi nam komunikacji, a przerobienie dziesiątek zadań nie zastąpi zrozumienia. Mogą nam pomóc, ale istota nauki w obu przypadkach leży gdzie indziej.
    No i po trzecie, spodziewałam się właśnie czegoś takiego, poważnego, fachowego wykładu o uczeniu języków. Co ja poradzę, że moje doświadczenia osobiste, wszystkie, mówią co innego… W naszym domu jedyną osobą, która nauczyła się języka w szkole, to mój mąż. Wkuwali na pamięć dialogi i już. To było baaardzo dawno temu, liceum było dobre, nikt łaski nie robił, to wkuwali. Efekty, jak na szkolną naukę, znakomite. A mnie na przykład od małego mama próbowała nauczyć niemieckiego, żadna metoda nie przynosiła efektów, no bo po co mi to było? Już w liceum pojechałam do Niemiec na roboty i po dwóch miesiącach wróciłam z językiem. Na pewno ułomnym, ale pozwalającym prowadzić wielogodzinne dyskusje… Miałam już podstawy, oczywiście, ale zanurzenie w języku i pilna konieczność porozumienia sprawiły cuda.
    A angielski w tej chwili to przecież wisi w powietrzu… Moi synowie po wiejskiej podstawówce i wiejskim gimnazjum poszli do wypasionego, wielkomiejskiego liceum, gdzie wszystkie zapewne dzieci od małego były katowane dodatkowymi zajęciami językowymi. I jakimś cudem okazywało się, że raczej są do przodu… Wystarczyło, że u nas w domu gry komputerowe były w wersji orginalnej, filmy takoż, i już. Żadnych lekcji, korepetycji i innych głupot.
    Oczywiście, że te opowieści do szkoły mają się nijak, a tylko do tego, że będę się upierać przy pierwszeństwie ćwiczeń praktycznych, przed układaniem języka w gramatykę. To ma oczywiście swoje miejsce i swoją wartość, ale o krok za, a nie krok przed. Jako zapyziała wiejska kura domowa pozwolę sobie zignorowac jakieś tam badania naukowe, a co.
    A co do naszej ukochanej instytucji szkoły, to wydaje się ona być bez szans. Bo jeśli dzieciak sam nie nauczył się angielskich tekstów ulubionej kapeli albo nie chce usłyszeć i zrozumieć, jak mówi jego ulubiony aktor, tylko woli dubbing, to kicha. Nawet Ty nie dasz rady, i te trzy godziny w tygodniu to też marnowanie czasu (dobra, dobra, nie zawsze, nie wszystkich, nie wszędzie, ja już za długo jestem matką uczniom, żeby w tym względzie zdobywać się na obiektywizm).
    Powinnam podpisać : z ponurym pozdrowieniem, Kłapouchy… 🙂

    • avatar

      Skorpi

      29 lutego 2016 at 14:25

      Zgadzam się z Moniką (? – monikasz) w całej rozciągłości. Zauważyłam też, że wszyscy troje zgadzamy się, że dwie godziny lekcyjne w tygodniu to zdecydowanie za mało żeby kogokolwiek nauczyć języka obecgo (wyjątek – kucie, które zajmuje dodatkowe godziny w domu, zatem potwierdza regułę). Nie da się i koniec. Musimy jednak pamiętać jeszcze o możliwych i bardzo prawdopodonych „skutkach ubocznych” usilnego póbowania dokonania niemożliwości. W tym systemie jedyne, co da się osiągnąć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, jest zniechęcenie i zrażenie na dłuższy czas sporej grupy uczniów do języka. O ile „świetlicowe” podejście do szkoły nie nauczy konkretów prawie nikogo, to podejście „siłowe” reprezentowane przez Roberta może dać mu wiele satysfakcji i poczucie dobrze spełnionego obowiązku plus trochę krótkotrwałych efektów na klasówce. Na dłuższą metę jednak, nawet ci prymusi pamiętający o różnych funkcjach orzeczenia i słówek pomocniczych w zdaniu dostają totalnej blokady gdy przyjdzie do zmówienia kawy w Szkocji, gdzie kelnerka coś burknie w lokalnym narzeczu – mieszaninie Gealic i Angielskiego. To prymusi. Większość, zostaje ofiarą tych skutków ubocznych: utrwalonego wstrętu do nauki języków. I ta szkoda jest bardzo często nieodwracalna, zwłaszcza w połączeniu z dominującym poczuciem presji na znajomość języka. Według mnie, ryzyko takiego efektu dla kilku choćby uczniów nie usprawiedliwia dociążania wszystkich, w bezpodstawnej nadziei, że kilku wybrańców skorzysta. Podejście „świetlcowe” daje duże szanse na zainteresowanie tych kilku wybrańców prozą A.Christie w oryginale, albo tekstami Metallica’i (Metaliki ???). Przy czym nie zamyka drogi do nauki nikomu, kto tego chce. Ale żarówka musi tego chcieć. W mojej arytmetyce bardziej opłaca się mieć 2 żarówki wkręcone, a pozostałe 28 spokojnie leżące w pudełkach i czekające na swoją kolej, niż 4 wkręcone i pozostałe 26 stłuczone. Czysta logika.
      Pozwolę się jednak nie zgodzić z Robertem jeszcze w kwestii niemożności naturalnego przyswajania języka opisywanej w poście wyżej:
      „Co więcej, takie wejście do tej samej rzeki jest już fizycznie niemożliwe, bo część jego obwodów, które doprowadziły go do stanu i momentu obecnego, już nie istnieje – całe mnóstwo neuronów weszło w tryb apoptozy, aby układ nerwowy w ogóle mógł funkcjonować prawidłowo. Tzw. naturalne uczenie się, przez czystą ekspozycję na bodziec dotyczy niewielkiej części umiejętności, cała reszta wymaga świadomego używania intelektu (…)”
      Wydaje mi się, że liczne przykłady emigrantów przeczą tej teorii. Ktoś mieszkający w otoczeniu posługującym się językiem obcym jest w stanie opanować nawet bardzo skomplikowane konstrukcje gramatyczne niejako „przy okazji” i to zupełnie bez stresu. Cztery lata spędzone przeze mnie na nauce niemieckiego w liceum przyniosły tylko ból brzucha i ogromną stratę czasu ukoronowaną marnym dostatecznym. Pół roku w Berlinie i parę gorących rozmów z tamtejszą administracją uczelnianą (fakt – stresujących!) dały niezłą znajomość języka w mowie i piśmie oraz nieporównywalną satysfakcję. Teraz myślę zupełnie serio, że gdybym nie „zaiwestowała” tego czasu w liceum w nabycie guli w gardle i paniki w czach związanej z der, die, das – efekt znajomości języka mógłby przyjść jeszcze szybciej. Gdybym była nauczycielem niemieckiego(na szczęście – nie jestem) to moją misją życiową byłoby niedopuszczenie do tego, aby ktokolwiek z moich uczniów doszedł do takich wniosków. Primum non nocere!

      • avatar

        Róża

        29 lutego 2016 at 19:06

        Skorpi, na początek rozwieję Twoje wątpliwości – Metalliki – i żadna inna forma nie jest dopuszczalna.
        Po drugie – akurat tu, gdzie Ty się z Robertem nie zgadzasz, ja go popieram. Co więcej, sama dałaś przykład na to, że ma rację. Twoje rozmowy z niemieckim dziekanatem charakteryzowały dwie cechy wymienione przez Roberta – motywacja i wysiłek intelektualny. Problem w tym, że obecnie głosi się teorię, że metodą konwersacji i immersji można nauczyć każdego nawet mimo jego woli. Niestety, świadomy wysiłek jest tu niezbędny, a tego większości ludzi nie chce się podjąć. Gdyby im się chciało, to nauczyliby się języka w warunkach, jakie mają, poświęcając po prostu więcej własnego czasu i wkładając w to pracę własną. Ja z podstawówki z angielskiego wyszłam na dobrym poziomie a2/b1. Kiedy dwa lata później szłam na kurs, był to kurs do fc. Jakim cudem? Wzięłam sobie gramatykę Murphy’ego, włączyłam bbc w telewizorze i się nauczyłam. A, i nie ruszałam się z domu bez słownika, żeby zawsze móc sprawdzić jakieś słówko, które mi przyszło do głowy. Kiedy w ostatnie wakacje byłam z mężem tydzień w Pradze, załapałam całkiem sporo czeskiego, podczas gdy mój mąż opanował tylko „dzień dobry”. Tylko że ja lubię uczyć się języków, zawiłości różnych gramatyk są dla mnie fascynujące i czeski mi się spodobał, więc miałam uszy rozwieszone przez cały tam pobyt i skupiałam się na tym, co widzę i słyszę. Mojego męża satysfakcjonowało, że dogaduje się po angielsku, więc motywację do wysiłku miał żadną. A przecież byliśmy w tych samych warunkach, zanurzeni w języku po szyję.
        A w warunkach szkoły nigdy nie da się stworzyć sytuacji zanurzenia w języku, chyba że będzie to szkoła obcojęzyczna. Tylko wtedy co, jeden język i koniec? Czy co roku zmieniamy język wykładowy? Czy może w ramach niezniechęcania uczniów w ogóle nie będziemy ich uczyć języków? A także matematyki, bo tej większość też nie lubi. Można, tylko dajmy im w takim razie szansę nieotrzymania matury. Niestety, póki mieszkamy w kraju, gdzie urzędowym językiem jest polski, opanowanie innych będzie wymagało od uczniów wysiłku i zaangażowania. Nawet gdyby mieli w szkole sześć godzin zamiast dwóch. A wysiłek i zaangażowanie nie muszą oznaczać wkuwania regułek.

        • avatar

          Skorpi

          29 lutego 2016 at 20:13

          Droga Różo! Bardzo dziękuję za rozwianie moich heavy metalowych dylematów 🙂 Co do reszty dyskusji – głęboko się mylisz sugerując, że się ze mną nie zgadzasz 🙂 Zgadzamy się świetnie. Ja też dokładnie tak jak i Ty uważam, że kluczem do podjęcia nauki jest właśnie wola uczącego SIĘ, a nie będącego nauczanym. Oczywiście, zgadzam się z Tobą, że praca i wysiłek intelektualny jest niezbędny do osiągnięcia jakiegokolwiek efektu. Cały problem leży jednak w tym, że po „przerobieniu” angielskiego w szkole dużo trudniej już tę wolę wykrzesać i w rezultacie zdobyć się na wysiłek.

          • avatar

            Róża

            1 marca 2016 at 14:04

            „Cały problem leży jednak w tym, że po „przerobieniu” angielskiego w szkole dużo trudniej już tę wolę wykrzesać i w rezultacie zdobyć się na wysiłek.”
            I to jest daleko idące i niesprawiedliwe uogólnienie. To, czy uczeń wykrzesze z siebie cokolwiek, zależy od szeregu czynników. Od jego osobowości, zaplecza rodzinnego (przekonań i dążeń zaszczepionych przez rodziców), środowiska, w jakim się wychowuje, a także od konkretnego nauczyciela, z którym będzie miał styczność. Zrzucanie odpowiedzialności na szkołę jako taką jest, moim zdaniem, nieuczciwe. Więcej, nie prowadzi do żadnych sensownych wniosków. Bo nawet zmiana systemu nauczania nie da nic, jeśli dziecko trafi na niedouczonego partacza. I nawet najbardziej zaangażowany nauczyciel nie wykrzesze nic ze zobojętniałego lenia. Poza tym, o czym wielokrotnie wspominał Robert, nie ma jednego nauczyciela dobrego dla wszystkich, skutkiem czego ta sama osoba może odziaływać zupełnie różnie na swoich uczniów. Mówienie „szkoła mnie zniechęciła” jest tak ogólnikowe, że w zasadzie nic nie znaczy. Bo szkoła czyli co? Nauczyciel? Bo był niemiły, wymagający, nudny, wredny, nie lubiliśmy się? Program nauczania – zbyt wymagający, narzucający odgórnie tempo nauki? Podręczniki – za łatwe, za trudne, zbyt/nie dość kolorowe, prymitywne, źle mi się z nich uczyło? Zbyt mało godzin i nie miałam czasu opanować przedmiotu? Zbyt dużo, więc przedmiot mnie osaczał, ciągle trzeba było się go uczyć? Uczniowie też są różni, są tacy, których nudni i niedokształceni nauczyciele nie zniechęcili, są tacy, których nikt nie potrafił zachęcić. I to raczej wynika z tych wszystkich czynników, z którymi uczeń do szkoły przyszedł. Obarczanie odpowiedzialnością szkoły jako takiej w efekcie tę odpowiedzialność rozmywa. A ja w ogóle bliższa jestem składania największej jej części na barki ucznia.
            I wychodzi na to, że PISowskie 500 zł to pomysł świetny, szczególnie jeśli można je zainwestować w prywatne kursy czy lekcje dla dziecka – wtedy każdy wybierze sobie odpowiadającego mu nauczyciela, który nie zniechęci ucznia do przedmiotu. Wraz z likwidacją obowiązku realizacji całego programu w szkole byłby to dobry krok w kierunku bonów oświatowych, o których przeznaczeniu decydują rodzice. Żeby tak jeszcze zamiast odbierać dotacje na edukację domową przekazali je rodzicom, choćby w postaci odpisu podatkowego, to mogłoby się okazać, że w swych pochwałach dla partii rządzącej przyłączę się do Xawera 🙂

  • avatar

    Robert Raczyński

    1 marca 2016 at 10:02

    Różo, masz wyjątkowy talent do języków, bo oprócz łapania czeskiego w locie, potrafisz także przetłumaczyć na polski mój bełkocik :).
    Najwyraźniej nie zaakcentowałem wyraźnie, że uczenie jakiegokolwiek języka jest w zasadzie niemożliwe bez nacisku na praktyczne jego użycie. Jestem o tym tak samo przekonany jak Monika i Skorpi, ale proces przyswajania gramatyki, świadomy lub nie, według mnie, jest nieodróżnialny od poznania języka. Wydaje mi się, że punktem zapalnym jest „kolejność” – czy najpierw poznaję znaczenie i formę zdania mówiącego, że angielskiego jeszcze nie opanowałem, czy też zaczynam od przyswojenia „definicji” Present Perfect.
    W tym miejscu, muszę doprecyzować, że jedynie w sztucznych warunkach szkolnych, możliwe i praktykowane jest rozdzielenie tych działań, odseparowanie ich w czasie, albo odwrócenie kolejności oczywistej. W warunkach naturalnych, ktoś eksponowany na wyrażenie mu nieznane, konfrontuje je z kontekstem i natychmiast wyciąga wnioski (gramatyczne) – to taka „polekcyjna refleksja”, za którą tęskniła Danusia. W realiach szkoły (nie tylko jako instytucji, ale całokształtu nienaturalnych relacji w niej zachodzących), takiej refleksji nie można się spodziewać od 90% ludzi zamieszanych w jej działalność (i to prawie niezależnie od formuły tej szkoły). Osią sporu jest to, czy taką refleksję mamy wymuszać w postaci egzekwowania gramatyki ekspressis verbis (nie daj Boże w postaci wyklepanej formułki), czy też, tak jak chce Skorpi, 28 żarówek zostawić w pudełkach. Osobiście, ja te pudełka obłożyłbym nawet watą, a niektóre odesłał do producenta, tyle, że tego właśnie zrobić mi nie wolno. Tu właśnie ma miejsce spór zasadniczy – dajemy ludziom podmiotowość i wolność wyboru, czy też udajemy, że potrafimy wiernie odtworzyć realia tego świata w laboratorium, dokonując wyboru podstawowego za rzekome podmioty i uwalniając je od wszelkiej konieczności i odpowiedzialności.
    Jestem instytucjonalnie i profesjonalnie zobowiązany do tego drugiego, usiłując robić to pierwsze. Co więcej, znane wszystkim czarnowidztwo i niechęć do „dobrych zmian”, nie pozwalają mi na szukanie trzeciej drogi, dla mnie prowadzącej na manowce, a dla wielu tak prostej. W konsekwencji jakąś tam refleksję wymuszam, pozostawiając wolność jej wykorzystania. Tę wolę wykrzesać sobie musi każdy na własną rękę, ale kierując się bodźcami, które do niego docierają. Motywacja stricte wewnętrzna jest niebezpiecznym mitem.
    Muszę wyjaśnić jeszcze jedno nieporozumienie. Kiedy mówię o niemożliwości odtworzenia przy uczeniu się języka obcego, utartego szlaku nabywania języka ojczystego, nie mam na myśli immersji. Immersja jest jedynie elementem tej pierwotnej ścieżki. Kształtujący się mózg internalizuje gramatykę uniwersalną. To dzięki niej jesteśmy w stanie przyswoić jakikolwiek język. Jednak język obcy, jeśli nie jest przyswajany jednocześnie (nie jest wtedy obcy, cha, cha), jest zawsze nakładką. Dowodem na dezintegrację tego pierwotnego obwodu neuronalnego, odpowiedzialnego za gramatykę uniwersalną, jest niemożność nauczenia jakiegokolwiek języka dzieci, które pozbawione były kontaktu z wzorcem językowym w okresie krytycznym.

    • avatar

      monikasz

      2 marca 2016 at 13:48

      Byłam przekonana, że mówimy w sumie o tym samym. Skuteczne nauczenie się języka wymaga ekspozycji na niego, motywacji i oczywiście użycia mózgu. Jak ma się do tego szkoła? Dwie, trzy godziny tygodniowo. Dlatego, że tak każą. Co do uczniów, to ich zdolności do analizowania, szukania reguł i wyciągania wniosków, wydają się być, przynajmniej na czas lekcji, wyłączane. I moje wspomnienia nawet sprzed czterdziestu lat zasadniczo się w tym zakresie nie różnią.
      Jak niemal w każdej tutaj dyskusji dochodzimy w końcu do pytania fundamentalnego: po co nam szkoła. Po co nam wykształcenie. Jednej odpowiedzi dla wszystkich nie ma. Zaraz ktoś powie o korzyściach społecznych, ale właśnie widzimy: zadowoleni z siebie absolwenci naszych szkół nie potrafią pomóc drugoklasiście. A ile czasu i pieniędzy to nas wszystkich kosztowało…
      Przykład prawa jazdy pokazuje, że jeśli coś jest ludziom potrzebne, to oni są w stanie poświęcić swój czas, pieniądze, zaangażować się, przetrwać egzaminacyjny stres. Gorzej z sensem i potrzebą posiadania tak zwanego wykształcenia ogólnego, cokolwiek to jest. Ja to sobie bardzo cenię, ale inni zapewne nie… Pytanie, czy naprawdę, gdybyśmy ten cały system jutro zaorali, to za dwadzieścia lat mielibyśmy więcej funkcjonalnych analfabetów niż dzisiaj? Czy ludzie jeszcze mniej chętnie czytaliby książki? Czy mielibyśmy mniej fachowców znających się na tym co robią? Jakoś… nie jestem tego pewna… Ja wiem, że to niemożliwe, nikt by nie pozwolił. Ale jedyną drogę do poprawy sytuacji widzę w poluzowaniu tego kaftana. Obniżenie wieku obowiązkowej edukacji, i to zdecydowanie. Tak do końca dzisiejszej podstawówki. Dla opornych, co nie chcą się uczyć, ani uczyć zawodu, a pracować jeszcze nie mogą, świetlice, proszę bardzo. Taniej, prościej, jakiś pasjonat może w takiej świetlicy znajdzie jakąś zagubioną perełkę…
      A dla innych też więcej swobody w wyborze przedmiotów, poziomów, ilości godzin. Dlaczego klasy ściśle według roczników? Pamiętajmy o tych dwóch żaróweczkach, które w powszechnej szkole tracą czas, motywację i często szansę na to, żeby w życiu coś osiągnąć…
      Wiem, wiem, marzenia. Urzędnicy trzymający już coś w łapach, nie odpuszczą. Nauczyciele nie pozwolą, biedactwa niosące kagańce. Tylko tyle już tych dyskusji tutaj było, a ja niemal zawsze na końcu ląduję w tym samym miejscu.
      W dodatku jestem sfrustrowana, bo tyle miałam dzieci, ale już niestety za stare są, żeby się obłowić. Ech, życie…

      • avatar

        Robert Raczyński

        3 marca 2016 at 19:45

        Wciąż dochodzimy do podobnych wniosków, bo tak naprawdę cały czas dyskutujemy o różnych aspektach tego samego. Wnioski te w żaden sposób nie przekładają się na szkolną rzeczywistość, bo nikt nie jest zainteresowany kwestiami wydawałoby się zasadniczymi. Łatwiej jest nawoływać do zmiany „paradygmatu”, niż przyznać, że elementami, do których zmiany wszyscy tęsknią, są ludzka mentalność i bardzo przyziemne realia, a tego nie da się zrobić metodycznym chciejstwem, ani zapisem w ustawie.
        Zauważ, że „zdolności do analizowania, szukania reguł i wyciągania wniosków, wydają się być, przynajmniej na czas lekcji, wyłączane” niejako przy pełnej akceptacji szkoły – tak ma być, bo nie wolno za dużo wymagać. To powszechne i jakże zniechęcające „urealnienie” oczekiwań ma tylko jeden zwrot – ku wytwórni różowego kisielu ;). Niemożność zaakceptowania różnic w potrzebach i dążeniach prowadzi do świetlicy, gdzie nieważne, że niczego się nie uczysz, ale jest miło i przyjemnie (przynajmniej na papierze). Nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że ustawiczna i skazana na niepowodzenie walka o „przyjazną atmosferę”, ” warunki sprzyjające mózgowi”, „podmiotowość ucznia”, itp. jest pochodną pierwotnego, zupełnie błędnego, ale za to ładnie wyglądającego w deklaracjach założenia: W pocie czoła unikamy wykluczenia tych, którzy wykluczają się sami, bo nie mają obowiązku mieć tych samych aspiracji, co myślący za nich „dobroczyńcy”. Gdyby nie to, 90% problemów oświaty przestałoby istnieć z dnia na dzień. Masz absolutną rację domyślając się, że w przypadku pożegnania się z tym przemożnym złudzeniem, liczba funkcjonalnych analfabetów wcale by nie wzrosła drastycznie. Wprost przeciwnie, pewnie by zmalała, bo edukacja uporczywa przyczynia się do zaniku jakichkolwiek własnych potrzeb, do totalnego uwiądu motywacji „wewnętrznej”.
        Nasze rozczarowanie, w sporej części, wynika także z przyjęcia tej chorej perspektywy za własną. Ludzie myślący nauczeni są martwienia się o wszystko i przejmowania się rzeczami, na które nie mają żadnego wpływu. Przejmują odpowiedzialność nie tylko za chorego na ulicy, bezdomne, zagłodzone zwierzę, czy zagubione dziecko, ale także za całą zgraję ludzi, którzy mają wy….ne na całokształt. Martwimy się więc o gospodarkę (a raczej o to, by poprawiacze czegoś nie sknocili), o edukację (a raczej o tych, którym z ignorancją jest wygodnie) i spadek czytelnictwa, bo wokół coraz mniej ludzi, z którymi można porozmawiać.
        Na marginesie, przeczytałem właśnie fragment artykułu z 1927 r, w którym autor skarży się że „Książka nie odgrywa w życiu polskiem tej roli, jaką odgrywać powinna.” Skarży się na miałkość kultury, nijakość treści, spadek nakładów, upadek księgarń i… zanik potrzeby czytania i myślenia, wynikający z pogoni za dobrami doczesnymi. Jak widać, nihil novi, autor też obawiał się, że inteligencja wymrze. Mam wrażenie, że sporo ludzi, w tym piszący te słowa, za bardzo przejmuje się problemami taksówkarzy niezdolnych pomóc swoim dzieciom w tak podstawowym zakresie – jeśli skala problemu zostanie utrzymana, to 500 zł może nie wystarczyć, a nawet nasi zatroskani dobrodzieje mogą nie być skłonni do wysupłania pięciu tysięcy, czy możemy to zmienić?

  • avatar

    Robert Raczyński

    1 marca 2016 at 10:02

    Różo, masz wyjątkowy talent do języków, bo oprócz łapania czeskiego w locie, potrafisz także przetłumaczyć na polski mój bełkocik :).
    Najwyraźniej nie zaakcentowałem wyraźnie, że uczenie jakiegokolwiek języka jest w zasadzie niemożliwe bez nacisku na praktyczne jego użycie. Jestem o tym tak samo przekonany jak Monika i Skorpi, ale proces przyswajania gramatyki, świadomy lub nie, według mnie, jest nieodróżnialny od poznania języka. Wydaje mi się, że punktem zapalnym jest „kolejność” – czy najpierw poznaję znaczenie i formę zdania mówiącego, że angielskiego jeszcze nie opanowałem, czy też zaczynam od przyswojenia „definicji” Present Perfect.
    W tym miejscu, muszę doprecyzować, że jedynie w sztucznych warunkach szkolnych, możliwe i praktykowane jest rozdzielenie tych działań, odseparowanie ich w czasie, albo odwrócenie kolejności oczywistej. W warunkach naturalnych, ktoś eksponowany na wyrażenie mu nieznane, konfrontuje je z kontekstem i natychmiast wyciąga wnioski (gramatyczne) – to taka „polekcyjna refleksja”, za którą tęskniła Danusia. W realiach szkoły (nie tylko jako instytucji, ale całokształtu nienaturalnych relacji w niej zachodzących), takiej refleksji nie można się spodziewać od 90% ludzi zamieszanych w jej działalność (i to prawie niezależnie od formuły tej szkoły). Osią sporu jest to, czy taką refleksję mamy wymuszać w postaci egzekwowania gramatyki ekspressis verbis (nie daj Boże w postaci wyklepanej formułki), czy też, tak jak chce Skorpi, 28 żarówek zostawić w pudełkach. Osobiście, ja te pudełka obłożyłbym nawet watą, a niektóre odesłał do producenta, tyle, że tego właśnie zrobić mi nie wolno. Tu właśnie ma miejsce spór zasadniczy – dajemy ludziom podmiotowość i wolność wyboru, czy też udajemy, że potrafimy wiernie odtworzyć realia tego świata w laboratorium, dokonując wyboru podstawowego za rzekome podmioty i uwalniając je od wszelkiej konieczności i odpowiedzialności.
    Jestem instytucjonalnie i profesjonalnie zobowiązany do tego drugiego, usiłując robić to pierwsze. Co więcej, znane wszystkim czarnowidztwo i niechęć do „dobrych zmian”, nie pozwalają mi na szukanie trzeciej drogi, dla mnie prowadzącej na manowce, a dla wielu tak prostej. W konsekwencji jakąś tam refleksję wymuszam, pozostawiając wolność jej wykorzystania. Tę wolę wykrzesać sobie musi każdy na własną rękę, ale kierując się bodźcami, które do niego docierają. Motywacja stricte wewnętrzna jest niebezpiecznym mitem.
    Muszę wyjaśnić jeszcze jedno nieporozumienie. Kiedy mówię o niemożliwości odtworzenia przy uczeniu się języka obcego, utartego szlaku nabywania języka ojczystego, nie mam na myśli immersji. Immersja jest jedynie elementem tej pierwotnej ścieżki. Kształtujący się mózg internalizuje gramatykę uniwersalną. To dzięki niej jesteśmy w stanie przyswoić jakikolwiek język. Jednak język obcy, jeśli nie jest przyswajany jednocześnie (nie jest wtedy obcy, cha, cha), jest zawsze nakładką. Dowodem na dezintegrację tego pierwotnego obwodu neuronalnego, odpowiedzialnego za gramatykę uniwersalną, jest niemożność nauczenia jakiegokolwiek języka dzieci, które pozbawione były kontaktu z wzorcem językowym w okresie krytycznym.

    • avatar

      monikasz

      2 marca 2016 at 13:48

      Byłam przekonana, że mówimy w sumie o tym samym. Skuteczne nauczenie się języka wymaga ekspozycji na niego, motywacji i oczywiście użycia mózgu. Jak ma się do tego szkoła? Dwie, trzy godziny tygodniowo. Dlatego, że tak każą. Co do uczniów, to ich zdolności do analizowania, szukania reguł i wyciągania wniosków, wydają się być, przynajmniej na czas lekcji, wyłączane. I moje wspomnienia nawet sprzed czterdziestu lat zasadniczo się w tym zakresie nie różnią.
      Jak niemal w każdej tutaj dyskusji dochodzimy w końcu do pytania fundamentalnego: po co nam szkoła. Po co nam wykształcenie. Jednej odpowiedzi dla wszystkich nie ma. Zaraz ktoś powie o korzyściach społecznych, ale właśnie widzimy: zadowoleni z siebie absolwenci naszych szkół nie potrafią pomóc drugoklasiście. A ile czasu i pieniędzy to nas wszystkich kosztowało…
      Przykład prawa jazdy pokazuje, że jeśli coś jest ludziom potrzebne, to oni są w stanie poświęcić swój czas, pieniądze, zaangażować się, przetrwać egzaminacyjny stres. Gorzej z sensem i potrzebą posiadania tak zwanego wykształcenia ogólnego, cokolwiek to jest. Ja to sobie bardzo cenię, ale inni zapewne nie… Pytanie, czy naprawdę, gdybyśmy ten cały system jutro zaorali, to za dwadzieścia lat mielibyśmy więcej funkcjonalnych analfabetów niż dzisiaj? Czy ludzie jeszcze mniej chętnie czytaliby książki? Czy mielibyśmy mniej fachowców znających się na tym co robią? Jakoś… nie jestem tego pewna… Ja wiem, że to niemożliwe, nikt by nie pozwolił. Ale jedyną drogę do poprawy sytuacji widzę w poluzowaniu tego kaftana. Obniżenie wieku obowiązkowej edukacji, i to zdecydowanie. Tak do końca dzisiejszej podstawówki. Dla opornych, co nie chcą się uczyć, ani uczyć zawodu, a pracować jeszcze nie mogą, świetlice, proszę bardzo. Taniej, prościej, jakiś pasjonat może w takiej świetlicy znajdzie jakąś zagubioną perełkę…
      A dla innych też więcej swobody w wyborze przedmiotów, poziomów, ilości godzin. Dlaczego klasy ściśle według roczników? Pamiętajmy o tych dwóch żaróweczkach, które w powszechnej szkole tracą czas, motywację i często szansę na to, żeby w życiu coś osiągnąć…
      Wiem, wiem, marzenia. Urzędnicy trzymający już coś w łapach, nie odpuszczą. Nauczyciele nie pozwolą, biedactwa niosące kagańce. Tylko tyle już tych dyskusji tutaj było, a ja niemal zawsze na końcu ląduję w tym samym miejscu.
      W dodatku jestem sfrustrowana, bo tyle miałam dzieci, ale już niestety za stare są, żeby się obłowić. Ech, życie…

      • avatar

        Robert Raczyński

        3 marca 2016 at 19:45

        Wciąż dochodzimy do podobnych wniosków, bo tak naprawdę cały czas dyskutujemy o różnych aspektach tego samego. Wnioski te w żaden sposób nie przekładają się na szkolną rzeczywistość, bo nikt nie jest zainteresowany kwestiami wydawałoby się zasadniczymi. Łatwiej jest nawoływać do zmiany „paradygmatu”, niż przyznać, że elementami, do których zmiany wszyscy tęsknią, są ludzka mentalność i bardzo przyziemne realia, a tego nie da się zrobić metodycznym chciejstwem, ani zapisem w ustawie.
        Zauważ, że „zdolności do analizowania, szukania reguł i wyciągania wniosków, wydają się być, przynajmniej na czas lekcji, wyłączane” niejako przy pełnej akceptacji szkoły – tak ma być, bo nie wolno za dużo wymagać. To powszechne i jakże zniechęcające „urealnienie” oczekiwań ma tylko jeden zwrot – ku wytwórni różowego kisielu ;). Niemożność zaakceptowania różnic w potrzebach i dążeniach prowadzi do świetlicy, gdzie nieważne, że niczego się nie uczysz, ale jest miło i przyjemnie (przynajmniej na papierze). Nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że ustawiczna i skazana na niepowodzenie walka o „przyjazną atmosferę”, ” warunki sprzyjające mózgowi”, „podmiotowość ucznia”, itp. jest pochodną pierwotnego, zupełnie błędnego, ale za to ładnie wyglądającego w deklaracjach założenia: W pocie czoła unikamy wykluczenia tych, którzy wykluczają się sami, bo nie mają obowiązku mieć tych samych aspiracji, co myślący za nich „dobroczyńcy”. Gdyby nie to, 90% problemów oświaty przestałoby istnieć z dnia na dzień. Masz absolutną rację domyślając się, że w przypadku pożegnania się z tym przemożnym złudzeniem, liczba funkcjonalnych analfabetów wcale by nie wzrosła drastycznie. Wprost przeciwnie, pewnie by zmalała, bo edukacja uporczywa przyczynia się do zaniku jakichkolwiek własnych potrzeb, do totalnego uwiądu motywacji „wewnętrznej”.
        Nasze rozczarowanie, w sporej części, wynika także z przyjęcia tej chorej perspektywy za własną. Ludzie myślący nauczeni są martwienia się o wszystko i przejmowania się rzeczami, na które nie mają żadnego wpływu. Przejmują odpowiedzialność nie tylko za chorego na ulicy, bezdomne, zagłodzone zwierzę, czy zagubione dziecko, ale także za całą zgraję ludzi, którzy mają wy….ne na całokształt. Martwimy się więc o gospodarkę (a raczej o to, by poprawiacze czegoś nie sknocili), o edukację (a raczej o tych, którym z ignorancją jest wygodnie) i spadek czytelnictwa, bo wokół coraz mniej ludzi, z którymi można porozmawiać.
        Na marginesie, przeczytałem właśnie fragment artykułu z 1927 r, w którym autor skarży się że „Książka nie odgrywa w życiu polskiem tej roli, jaką odgrywać powinna.” Skarży się na miałkość kultury, nijakość treści, spadek nakładów, upadek księgarń i… zanik potrzeby czytania i myślenia, wynikający z pogoni za dobrami doczesnymi. Jak widać, nihil novi, autor też obawiał się, że inteligencja wymrze. Mam wrażenie, że sporo ludzi, w tym piszący te słowa, za bardzo przejmuje się problemami taksówkarzy niezdolnych pomóc swoim dzieciom w tak podstawowym zakresie – jeśli skala problemu zostanie utrzymana, to 500 zł może nie wystarczyć, a nawet nasi zatroskani dobrodzieje mogą nie być skłonni do wysupłania pięciu tysięcy, czy możemy to zmienić?

  • avatar

    Rene

    23 marca 2016 at 21:53

    W wypowiedziach Roberta przewija się często wątek bardzo niskiego poziomu znajomości angielskiego przez gimnazjalistów. Czy nie ma takich, którzy po szkole podstawowej i np.korepetycjach mają już oczekiwany poziom? Jak wtedy nauczyciel radzi sobie /powinien radzic sobie z takimi roznicami? Jak powinien prowadzic lekcje? Mój syn jest w 1 klasie szkoły podstawowej i dość sprawnie mówi po angielsku. Chciałbym żeby wreszcie przestal ćwiczyć liczebniki i kolory..

    • avatar

      Robert Raczyński

      31 marca 2016 at 20:51

      Nie chcę uogólniać. Mówię jedynie o swoich doświadczeniach, a te pochodzą ze szkoły publicznej, która nie prowadzi selekcji uczniów i przyjmuje dzieci z rejonu dość trudnego społecznie. Nawet tu nie ma jednak mowy o jakimś wzorcu – każdy rocznik jest inny. Moje gimnazjum cieszy się już pewną renomą i przyjmujemy sporo dzieci spoza rejonu, które wnoszą nieco wyższy kapitał kulturowy i chcą go rozwijać. Z reguły możliwe jest utworzenie przynajmniej jednej, dwóch klas, które rzeczywiście naukę języka mogą kontynuować, a nie nadrabiać braki. Te braki dotyczą oczywiście nie tylko języka obcego, ale specyfika przedmiotu sprawia, że te są bardziej widoczne.
      W ogólnym przekonaniu, niedostatki edukacji lingwistycznej są problemem drugorzędnym, choć pochodzą w prostej linii od zaniedbań podstawowych oraz powszechnego przyzwolenia, które stoi w jaskrawej sprzeczności z deklaracjami o „ważnej roli języka obcego”. Gdyby skończyć choćby z częścią edukacyjnej hipokryzji, można by koncentrować wysiłki na usprawnieniu kulturowym uczniów, pozwolić im nauczyć się wypowiedzi w języku ojczystym, zamiast udawać, że jednocześnie opanowują dwa języki obce. Dla wszystkich jest jasne, że już jeden jest szczytem nie zdobycia. Nie chcę tu nikomu wmawiać, że taka edukacja (jednoczesna, przy znikomym wkładzie własnym) nie jest możliwa. Jest, ale z pewnością nie w warunkach nieistnienia potrzeby wyższego rzędu, śladowej ekspozycji na język i ideologicznego wymieszania poziomów, dzięki któremu nauczyciel może się „wykazywać”. Utrzymywanie mitu o powszechności takiej możliwości generuje ogromne koszty – ci, którzy mają możliwości rozwoju zgodne z metryką, nie mogą tych możliwości w pełni wykorzystać, z kolei ci, którym potrzebna jest pomoc w zakresie podstaw, tracą szanse na ich budowanie. Jakimś rozwiązaniem byłoby odejście od dyktatu zespołów klasowych (oczywiście w ramach szkolnych realiów).
      Z różnicami poziomów zaawansowania nauczyciel „powinien sobie radzić” i jakoś tam sobie radzi. Jeden lepiej, drugi gorzej, ale kłamstwem, o charakterze wręcz ustrojowym, jest twierdzenie, że nie dzieje się to kosztem ucznia i to w każdej możliwej konfiguracji. Załóżmy, że mamy do czynienia z najbardziej popularną, tj. z przeciętnym nauczycielem, obdarowanym grupą o losowym rozrzucie kwalifikacji językowych (nawet przy klasycznym podziale klasy na dwie grupy). „Przeciętność” nauczyciela najczęściej polega na jego przeciętnym zaangażowaniu, co w praktyce oznacza, że pracuje on w zawodzie już kilka lat, wypróbował dostępne opcje i dotarło do niego, że stawanie na głowie nie przynosi spodziewanych rezultatów. W efekcie otrzymujemy zdemotywowanego urzędnika państwowego, który zrozumiał, że sposób pracy jaki mu narzucono niewiele różni się od kopania się z koniem oraz zdemotywowanych zbyt niskim, lub zbyt wysokim poziomem wymagań uczniów. Dodam jeszcze, że często nauczyciel „przeciętny” był kiedyś nauczycielem dobrym, który pojął bezcelowość i nieopłacalność swojej szarpaniny – po prostu policzył, ze jego praca przynosi efekty niewspółmierne do nakładów, bo innych przynosić nie może. W tym momencie wywodu, często jestem przekonywany nieco zdartym „argumentem medycznym”, że taki nauczyciel pracuje jak lekarz, który chciałby przyjmować tylko lekko chorych i to na jedną chorobę. Brzmi to efektownie, ale nie ma najmniejszego sensu – do lekarza pierwszego kontaktu zgłaszają się oczywiście chorzy z najróżniejszymi dolegliwościami, ale na ogół niejednocześnie, nie z zawałem, udarem lub nożem w brzuchu. Takimi pacjentami zajmują się wyspecjalizowane jednostki kliniczne, SOR-y i pogotowia ratunkowe, po ścisłej selekcji według rokowań oraz czasu i sposobu kuracji. Analogicznie, sytuacja w klasie najbliższa jest takiej, w której lekarz w przychodni rejonowej przyjmowałby jednocześnie dwudziestu pacjentów, z których żaden nie jest może ciężkim przypadkiem, ale wymaga nieco innej diagnozy, leków, dawkowania, etc. Nasza służba zdrowia do najlepszych nie należy, ale nikt przy zdrowych zmysłach takich cudów od lekarza, choćby najlepszego, nie wymaga, a przecież ma on nad nauczycielem tę istotną przewagę, że jego pacjenci przyszli do niego z własnej woli i raczej będą stosować się do jego zaleceń.
      Jak więc radzą sobie nauczyciele „nieprzeciętni”? Tak naprawdę, ze wszystkich sił jedynie minimalizują straty i tych słabszych i tych bardziej zaawansowanych tak długo, jak się da. Ale „daje się” przez czas ograniczony. Do pierwszego poważniejszego spięcia z dyrektorem, życzliwym „ciałem”, rodzicami lub uczniami. Do ciąży, załamania nerwowego lub wypalenia. Do nagłego, ekonomicznego olśnienia, które boleśnie uświadamia, że ten zawód nie jest normalny, bo wszyscy traktują go jako powołanie, a „powołanym” nie bardzo chce spadać manna. „Nieprzeciętni” w innych zawodach spotykają się również z wieloma specyficznymi przeciwnościami, ale na ogół nie wymaga się od nich by nie ułatwiali sobie pracy zawodowej lub żyli misją. To dlatego „nieprzeciętnych” w tym zawodzie jest stosunkowo niewielu. Bardzo niewielu ma do zaproponowania swoim uczniom coś ponad minimum hipokryzji. Największą ich myślozbrodnią jest przyznanie, że nie wszyscy muszą znać języki obce. Jeszcze mniej z nich ma odwagę dzielić się swoimi doświadczeniami i wystawiać się na krytykę i wątpliwości innych. Pokazywać, że ma się wątpliwości i trudności, a nie gotowy lek na całe zło, o niemożliwej do odtworzenia recepturze.
      Rene, szansą (w oświacie publicznej) dla twojego syna jest „nieprzeciętny”, który nie czuje obowiązku epatowania otoczenia swoim handicapem, obnoszenia się z garbem udowadniania, że „się da”, który w powszechnym odbiorze jest tożsamy z kwintesencją tego zawodu. To samo sedno to konieczność udawania, że wszystko, co ewentualnie ułatwiłoby mu pracę w żaden sposób mu się nie należy, ba, powinien się nawet wstydzić, że przychodzi mu na myśl grupa nieliczna, o wyrównanym poziomie intelektualnym (wielu ludziom wydaje się, że ludzi chętnych, o jednolitym potencjale wcale nie trzeba umieć uczyć) i sensowny zarobek za tak „ułatwioną” fuchę. Takich nauczycieli może nie ma zbyt wielu, ale się zdarzają.

  • avatar

    Rene

    23 marca 2016 at 21:53

    W wypowiedziach Roberta przewija się często wątek bardzo niskiego poziomu znajomości angielskiego przez gimnazjalistów. Czy nie ma takich, którzy po szkole podstawowej i np.korepetycjach mają już oczekiwany poziom? Jak wtedy nauczyciel radzi sobie /powinien radzic sobie z takimi roznicami? Jak powinien prowadzic lekcje? Mój syn jest w 1 klasie szkoły podstawowej i dość sprawnie mówi po angielsku. Chciałbym żeby wreszcie przestal ćwiczyć liczebniki i kolory..

    • avatar

      Robert Raczyński

      31 marca 2016 at 20:51

      Nie chcę uogólniać. Mówię jedynie o swoich doświadczeniach, a te pochodzą ze szkoły publicznej, która nie prowadzi selekcji uczniów i przyjmuje dzieci z rejonu dość trudnego społecznie. Nawet tu nie ma jednak mowy o jakimś wzorcu – każdy rocznik jest inny. Moje gimnazjum cieszy się już pewną renomą i przyjmujemy sporo dzieci spoza rejonu, które wnoszą nieco wyższy kapitał kulturowy i chcą go rozwijać. Z reguły możliwe jest utworzenie przynajmniej jednej, dwóch klas, które rzeczywiście naukę języka mogą kontynuować, a nie nadrabiać braki. Te braki dotyczą oczywiście nie tylko języka obcego, ale specyfika przedmiotu sprawia, że te są bardziej widoczne.
      W ogólnym przekonaniu, niedostatki edukacji lingwistycznej są problemem drugorzędnym, choć pochodzą w prostej linii od zaniedbań podstawowych oraz powszechnego przyzwolenia, które stoi w jaskrawej sprzeczności z deklaracjami o „ważnej roli języka obcego”. Gdyby skończyć choćby z częścią edukacyjnej hipokryzji, można by koncentrować wysiłki na usprawnieniu kulturowym uczniów, pozwolić im nauczyć się wypowiedzi w języku ojczystym, zamiast udawać, że jednocześnie opanowują dwa języki obce. Dla wszystkich jest jasne, że już jeden jest szczytem nie zdobycia. Nie chcę tu nikomu wmawiać, że taka edukacja (jednoczesna, przy znikomym wkładzie własnym) nie jest możliwa. Jest, ale z pewnością nie w warunkach nieistnienia potrzeby wyższego rzędu, śladowej ekspozycji na język i ideologicznego wymieszania poziomów, dzięki któremu nauczyciel może się „wykazywać”. Utrzymywanie mitu o powszechności takiej możliwości generuje ogromne koszty – ci, którzy mają możliwości rozwoju zgodne z metryką, nie mogą tych możliwości w pełni wykorzystać, z kolei ci, którym potrzebna jest pomoc w zakresie podstaw, tracą szanse na ich budowanie. Jakimś rozwiązaniem byłoby odejście od dyktatu zespołów klasowych (oczywiście w ramach szkolnych realiów).
      Z różnicami poziomów zaawansowania nauczyciel „powinien sobie radzić” i jakoś tam sobie radzi. Jeden lepiej, drugi gorzej, ale kłamstwem, o charakterze wręcz ustrojowym, jest twierdzenie, że nie dzieje się to kosztem ucznia i to w każdej możliwej konfiguracji. Załóżmy, że mamy do czynienia z najbardziej popularną, tj. z przeciętnym nauczycielem, obdarowanym grupą o losowym rozrzucie kwalifikacji językowych (nawet przy klasycznym podziale klasy na dwie grupy). „Przeciętność” nauczyciela najczęściej polega na jego przeciętnym zaangażowaniu, co w praktyce oznacza, że pracuje on w zawodzie już kilka lat, wypróbował dostępne opcje i dotarło do niego, że stawanie na głowie nie przynosi spodziewanych rezultatów. W efekcie otrzymujemy zdemotywowanego urzędnika państwowego, który zrozumiał, że sposób pracy jaki mu narzucono niewiele różni się od kopania się z koniem oraz zdemotywowanych zbyt niskim, lub zbyt wysokim poziomem wymagań uczniów. Dodam jeszcze, że często nauczyciel „przeciętny” był kiedyś nauczycielem dobrym, który pojął bezcelowość i nieopłacalność swojej szarpaniny – po prostu policzył, ze jego praca przynosi efekty niewspółmierne do nakładów, bo innych przynosić nie może. W tym momencie wywodu, często jestem przekonywany nieco zdartym „argumentem medycznym”, że taki nauczyciel pracuje jak lekarz, który chciałby przyjmować tylko lekko chorych i to na jedną chorobę. Brzmi to efektownie, ale nie ma najmniejszego sensu – do lekarza pierwszego kontaktu zgłaszają się oczywiście chorzy z najróżniejszymi dolegliwościami, ale na ogół niejednocześnie, nie z zawałem, udarem lub nożem w brzuchu. Takimi pacjentami zajmują się wyspecjalizowane jednostki kliniczne, SOR-y i pogotowia ratunkowe, po ścisłej selekcji według rokowań oraz czasu i sposobu kuracji. Analogicznie, sytuacja w klasie najbliższa jest takiej, w której lekarz w przychodni rejonowej przyjmowałby jednocześnie dwudziestu pacjentów, z których żaden nie jest może ciężkim przypadkiem, ale wymaga nieco innej diagnozy, leków, dawkowania, etc. Nasza służba zdrowia do najlepszych nie należy, ale nikt przy zdrowych zmysłach takich cudów od lekarza, choćby najlepszego, nie wymaga, a przecież ma on nad nauczycielem tę istotną przewagę, że jego pacjenci przyszli do niego z własnej woli i raczej będą stosować się do jego zaleceń.
      Jak więc radzą sobie nauczyciele „nieprzeciętni”? Tak naprawdę, ze wszystkich sił jedynie minimalizują straty i tych słabszych i tych bardziej zaawansowanych tak długo, jak się da. Ale „daje się” przez czas ograniczony. Do pierwszego poważniejszego spięcia z dyrektorem, życzliwym „ciałem”, rodzicami lub uczniami. Do ciąży, załamania nerwowego lub wypalenia. Do nagłego, ekonomicznego olśnienia, które boleśnie uświadamia, że ten zawód nie jest normalny, bo wszyscy traktują go jako powołanie, a „powołanym” nie bardzo chce spadać manna. „Nieprzeciętni” w innych zawodach spotykają się również z wieloma specyficznymi przeciwnościami, ale na ogół nie wymaga się od nich by nie ułatwiali sobie pracy zawodowej lub żyli misją. To dlatego „nieprzeciętnych” w tym zawodzie jest stosunkowo niewielu. Bardzo niewielu ma do zaproponowania swoim uczniom coś ponad minimum hipokryzji. Największą ich myślozbrodnią jest przyznanie, że nie wszyscy muszą znać języki obce. Jeszcze mniej z nich ma odwagę dzielić się swoimi doświadczeniami i wystawiać się na krytykę i wątpliwości innych. Pokazywać, że ma się wątpliwości i trudności, a nie gotowy lek na całe zło, o niemożliwej do odtworzenia recepturze.
      Rene, szansą (w oświacie publicznej) dla twojego syna jest „nieprzeciętny”, który nie czuje obowiązku epatowania otoczenia swoim handicapem, obnoszenia się z garbem udowadniania, że „się da”, który w powszechnym odbiorze jest tożsamy z kwintesencją tego zawodu. To samo sedno to konieczność udawania, że wszystko, co ewentualnie ułatwiłoby mu pracę w żaden sposób mu się nie należy, ba, powinien się nawet wstydzić, że przychodzi mu na myśl grupa nieliczna, o wyrównanym poziomie intelektualnym (wielu ludziom wydaje się, że ludzi chętnych, o jednolitym potencjale wcale nie trzeba umieć uczyć) i sensowny zarobek za tak „ułatwioną” fuchę. Takich nauczycieli może nie ma zbyt wielu, ale się zdarzają.

Dodaj komentarz