Dojrzałość szkolna według Gazety Wyborczej.

Mam przed sobą Gazetę Wyborczą (2 XII 14) z testem gotowości szkolnej. Test ma pomóc rodzicom określić, czy ich dziecko nadaje się już do szkoły, czy nie. Przeznaczony jest dla dzieci sześcioletnich.
Jedna ze wskazówek do testu udzielonych przez jego autorkę: Udzielanie odpowiedzi ma być dla Was dobrą zabawą.
Pobawmy się zatem.
Zauważam różne rzeczy

  1. Dopasuj cień do liścia.

Tu następują rysunki liści i ciemne ich odpowiedniki, ale rozmiary nie są takie same, czasami liść jest mniejszy niż cień, a czasami taki sam. Czy to na pewno jest właściwy cień?

  1. Znajdź trójkąt i zamaluj go na niebiesko.

Rysunek na którym trzeba zamalować trójkąt jest kompilacją koła, kwadratu i trójkąta, linie wielokrotnie przecinają się. Odnalezienie trójkąta nie jest proste, nawet gdy dziecko wie, co to jest trójkąt.

  1.  Znajdź pięć szczegółów, którymi różnią się obrazki.

Na dwóch rysunkach przestawione są schematycznie dwie krowy z wieloma szczegółami.  Szczegóły różniące obrazki są bardzo małe i słabo widoczne, np. brak jednej kreseczki na kopycie przednim.  A może to błąd drukarski?

  1. Narysuj taki sam wzór.

Na rysunku w zeszycie w kratkę narysowany jest kwadrat z liniami idącymi po przekątnej kratek. A kropka umiejscowiona jest w środku jednej z kratek. Trzeba dużej precyzji, aby odtworzyć ten rysunek, szczególnie dla niewprawnej ręki sześciolatka.

  1. Dorysuj obrazki zgodnie z zauważoną zasadą.

Tym razem zadanie ze znanego testu na inteligencję. Zasady nie udało mi się rozszyfrować. Chyba na jednym z rysunków była tęcza pomiędzy chmurami, a może nie….
Jestem przygotowany do nauki czytania i pisania

  1. Znajdź wśród liter dwie takie same litery i połącz je.

Uff, da się odnaleźć dwie litery P!

  1. Połącz pary wyrazów, które wyglądają tak samo.

Zadanie do zrobienia, ale dlaczego wśród tych „wyrazów” podano np. DOG i DOK, myślę że dla 6 latka nie są to zrozumiałe wyrazy. Choć może też inne nie są zrozumiałe (DOM i DYM), bo jeszcze nie umie czytać.

  1. Pod rysunkiem narysuj tyle kresek, ile jest sylab w wyrazie.

To moje „ulubione” zadanie. Dziecko sześcioletnie może przecież nie wiedzieć, co to jest sylaba, nie umieć policzyć ich liczby. Do tego na ostatnim obrazku jest coś, co przypomina mi koronę, ale, czy na pewno?

  1. Przekreśl obrazek, którego nazwa nie kończy się na „a”.

Czy sześciolatek wie, co to znaczy a, co to znaczy – kończy się na a?
Do tego dlaczego obrazek z psem, ma mieć nazwę – pies, a nie suka, dlaczego kostka Rubika ma mieć nazwę kostka, a nie sześcian?

  1. Połącz liniami obrazki zaczynające się taką samą głoską.

Co to jest głoska? Dlaczego miotła nie może być nazwana szczotką? Już drugi przykład (poza 4 zadaniem), który odzwierciedla myślenie dorosłego – jaki jest jedyny sposób, w jaki  dziecko ma postrzegać świat.

  1. Narysuj szlaczek po śladzie, nie odrywając ręki.

Po tekstem narysowany jest przykład szlaczka (rodem z lat mojego dzieciństwa) całkiem pokaźnych rozmiarów. Dziecko ma do dokończenia mikroskopijny szlaczek poniżej. Przetestowałabym dokończenie rysunku przez autora tego pomysłu.
Zaczynam liczyć

  1. Wskaż pory roku według kolejności. Zacznij od zimy.

Tu następują 4 mikroskopijne rysunki pór roku. Zimę daje się „obczaić”. Ale potem jest trudno. Szczególnie lato i wiosna są nieodróżnialne. Przetestowałam zadanie w biurze. Tylko jedna osoba nie miała wątpliwości. Bo zauważyła na domniemanym rysunku wiosny mikroskopijnego krokusa. Naprawdę zmyślne, bo mnie to przypominało tulipana. Ale ta osoba ponumerowała obrazki w złej kolejność, w pośpiechu zaczęła od wiosny.

  1. Po prawej stronie narysuj tyle samo kółek, ile jest kwadratów.

Do zrobienia, o ile wiem co to jest kwadrat.

  1. Najpierw policz motyle, a potem narysuj tyle kresek, ile jest motyli.

Pod spodem 6 rysunków czegoś, co może przypominać motyle, tylko motyle są uśmiechnięte. Takich w naturze nie widziałam, pewnie byłoby lepiej wstawić zdjęcia niż te ułomne rysunki.
Dlaczego kazano dziecku najpierw policzyć, a jak nie policzy, tylko nasmaruje kreski, to co?

  1. Narysuj czerwoną piłkę pod stołem, żółtą piłkę obok stołu, niebieską nad stołem

Pod tekstem rysunek stołu.
Znowu zadanie nieprecyzyjne, co to znaczy nad stołem, przecież ona tam nie zawiśnie.
Ładnie mówię

  1. Dorysuj w kółkach takie szczegóły, aby powstała minka: wesoła, smutna, zła i zdziwiona.

Pod spodem 4 kółka.
Ciekawe, jaka to minka zła, a jaka zdziwiona. Czy mamy jedną interpretację „buziek”?

  1. Co tu pasuje? Do każdego obrazka dołącz właściwą wypowiedź.

Pod tekstem 4 testy: Boli mnie brzuch; Muszę kupić marchewki,; Słodkich snów; Cześć.
Poniżej 4 rysunki, o ile dobrze rozpoznaję i interpretuję: Lekarz (poznaję po słuchawkach na szyi); Miś śpiący na chmurze (dlaczego na chmurze i w czapce?); Stragan z owocami; Dwie ręce splecione.
Znowu symbole dorosłych kontra wyobraźnia dziecka.
Poznaję świat

  1. Otocz pętlą dary jesieni.

Poniżej 5 rysunków i zdjęć: kasztan, truskawka, żołądź, kwiatek i (chyba) jarzębina.
Co jest DAREM jesieni? W obecnych czasach nawet truskawkami jadamy zimą, kwiatki rosną przez cały rok i dlaczego dar?

  1. Narysuj co jedzą ptaki?

Na dole prostokąt z miejscem do wykonania rysunku.
 
I tym ostatnim zadaniem kończymy test dojrzałości szkolnej. Czy już narysowaliście – co jedzą ptaki? Jeśli to są takie nędzne kropeczki (symbolizujące) ziarna, to nie zaliczamy!
 
Rodzice, nie dajcie się nabrać!!!
Wasze dzieci są mądrzejsze od dorosłych układających ten bzdurny test.  A wy sami dobrze wiecie, czy nadają się do szkoły. Ważne jest, czy dziecko umie zostać samo w szkole bez mamy, czy czuje się tam bezpieczne, czy umie współpracować z innymi dziećmi. Nie musi, ani nawet nie powinno liczyć, czytać, wiedzieć, co to są sylaby, kłaść misia w czapce na chmurze, odróżniać symbolami złości od zdziwienia itp. Tego wszystkiego ma się nauczyć w szkole.  Choć może lepiej, aby niektórych rzeczy się nigdy nie nauczyło, aby nie zatraciło inwencji, kreatywności i odwagi, aby nie odpowiadało, tak jaj chcą dorośli.
 
 
 

60 komentarzy

  • avatar

    Róża

    3 grudnia 2014 at 18:16

    Testu w ręku nie miałam, więc trudno mi ocenić jakość rysunków/druku. Ale z tego co piszesz, nie widzę, żeby wszystkie te zadania były nie do ogarnięcia dla sześciolatka. O ile sobie przypominam, takie testy są robione w przedszkolach, przynajmniej były, kiedy mój syn był pięciolatkiem w przedszkolu i, owszem, rozpoznawanie głosek w wygłosie i nagłosie oraz dzielenie wyrazu na sylaby to są rzeczy, których od sześciolatków się chyba oczekuje. Nie przeczytanie wyrazu samemu i samodzielne uporanie się z testem w formie pliku kartek, odbywało się to przy pomocy nauczyciela, miałam zresztą takie testy z instrukcją, gdzie wyraźnie było zaznaczone, co jest uznawane za prawidłowe rozwiązanie i jaki jest udział dorosłego w przedstawieniu zadania. Np. podanie wzoru, przeczytanie wyrazów. Dziecko nie musi znać pojęcia głoski i sylaby, myślę, że również na potrzeby rodziców polecenia w teście zostały uproszczone, nie przytoczyłaś pojęcia wygłosu, które w kilku takich testach w wersjach nauczycielskich się pojawia, bo dla tej grupy zawodowej jest oczywiste. Zadaniem rodzica, który chciałby swoje dziecko przetestować, jest wyjaśnienie, czego oczekuje. Na przykładach chociażby.
    Poza tym zarzucasz gazecie brak wyobraźni, ale uśmiechnięty motyl już Cię razi – dla dziecka jest zupełnie normalny, większość odróżnia rysunki z domieszką baśniowości od rzeczywistości. Czemu motyle w teście nie mogą być uśmiechnięte? Bo w naturze nie są? Wyrzucamy większość ilustrowanych książek dla dzieci? I muszę syna skarcić, ostatnio narysował laurkę z uśmiechniętymi drzewami…
    Dlaczego sześciolatek ma nie wiedzieć co to jest głoska „a” (w formie dźwięku, nie pojęcia głoski), a z drugiej strony ma kostkę Rubika nazywać sześcianem? Psa (nazwa zwierzęcia oczywista dla wszystkich) suką (rozróżnienie płci, dla kogoś, kto psami się nie interesuje stosunkowo nieczęsto spotykany wyraz)? Czemu ma nie wiedzieć, co to jest kwadrat? Tego w przedszkolu chyba jednak jeszcze uczą? Czemu piłka nie może być nad stołem? Przecież mogła się od niego odbić, szansa na wykazanie się przez dziecko wyobraźnią. Pomijając już to, że większość dzieci nie będzie wnikała, jakim cudem piłka jest nad stołem, mają narysować, to rysują. Może to nie jest powód do radości, ale fakt jest faktem.
    Symbolika? Przecież dziecko będzie żyło wśród symboli dorosłych, tych, które od lat albo i stuleci obowiązują i są przez wszystkich rozumiane. Musi się nauczyć je rozpoznawać, nawet jeśli samo wymyśliłoby inne, czego chyba mu nikt nie broni. Test sprawdza w tym miejscu kompetencję w posługiwaniu się takimi symbolami.
    Pomijając już w ogóle ideę testowania dzieci, czy nadają się do szkoły (osobny temat), to jeśli już przyjmujemy, że taka procedura istnieje, to taki test coś rodzicom mówi. Inna sprawa, czy rodzice są w stanie ocenić, jaki sposób wykonania zadania jest uznawany za wystarczająco dobry – mogą oczekiwać wykonania prawie modelowego, co szczególnie w przypadku szlaczków jest niemożliwe.
    A już na sam koniec chciałabym spytać, czemu odmawiasz przyszłym pierwszoklasistom wiedzy, którą znaczna część z nich posiądzie zanim do szkoły w ogóle pójdzie? Co złego jest w tym, że sześciolatek odróżnia figury geometryczne, emocje, umie liczyć i czytać? Bo będzie się w szkole nudził? To może program trzeba do niego raczej dostosować. I jak wychować dziecko, które będzie sobie radziło emocjonalnie nie udostępniając mu tej całej wiedzy albo i nawet celowo odcinając je od niej? Jak w codziennym życiu rozmawiać z dzieckiem przez sześć lat nie odwołując się do kształtów, kolorów, dźwięków, symboli (w tym liter, które są wszechobecne)? Jak to się ma do zaspokajania i rozbudzania ciekawości dziecka?

  • avatar

    Róża

    3 grudnia 2014 at 18:16

    Testu w ręku nie miałam, więc trudno mi ocenić jakość rysunków/druku. Ale z tego co piszesz, nie widzę, żeby wszystkie te zadania były nie do ogarnięcia dla sześciolatka. O ile sobie przypominam, takie testy są robione w przedszkolach, przynajmniej były, kiedy mój syn był pięciolatkiem w przedszkolu i, owszem, rozpoznawanie głosek w wygłosie i nagłosie oraz dzielenie wyrazu na sylaby to są rzeczy, których od sześciolatków się chyba oczekuje. Nie przeczytanie wyrazu samemu i samodzielne uporanie się z testem w formie pliku kartek, odbywało się to przy pomocy nauczyciela, miałam zresztą takie testy z instrukcją, gdzie wyraźnie było zaznaczone, co jest uznawane za prawidłowe rozwiązanie i jaki jest udział dorosłego w przedstawieniu zadania. Np. podanie wzoru, przeczytanie wyrazów. Dziecko nie musi znać pojęcia głoski i sylaby, myślę, że również na potrzeby rodziców polecenia w teście zostały uproszczone, nie przytoczyłaś pojęcia wygłosu, które w kilku takich testach w wersjach nauczycielskich się pojawia, bo dla tej grupy zawodowej jest oczywiste. Zadaniem rodzica, który chciałby swoje dziecko przetestować, jest wyjaśnienie, czego oczekuje. Na przykładach chociażby.
    Poza tym zarzucasz gazecie brak wyobraźni, ale uśmiechnięty motyl już Cię razi – dla dziecka jest zupełnie normalny, większość odróżnia rysunki z domieszką baśniowości od rzeczywistości. Czemu motyle w teście nie mogą być uśmiechnięte? Bo w naturze nie są? Wyrzucamy większość ilustrowanych książek dla dzieci? I muszę syna skarcić, ostatnio narysował laurkę z uśmiechniętymi drzewami…
    Dlaczego sześciolatek ma nie wiedzieć co to jest głoska „a” (w formie dźwięku, nie pojęcia głoski), a z drugiej strony ma kostkę Rubika nazywać sześcianem? Psa (nazwa zwierzęcia oczywista dla wszystkich) suką (rozróżnienie płci, dla kogoś, kto psami się nie interesuje stosunkowo nieczęsto spotykany wyraz)? Czemu ma nie wiedzieć, co to jest kwadrat? Tego w przedszkolu chyba jednak jeszcze uczą? Czemu piłka nie może być nad stołem? Przecież mogła się od niego odbić, szansa na wykazanie się przez dziecko wyobraźnią. Pomijając już to, że większość dzieci nie będzie wnikała, jakim cudem piłka jest nad stołem, mają narysować, to rysują. Może to nie jest powód do radości, ale fakt jest faktem.
    Symbolika? Przecież dziecko będzie żyło wśród symboli dorosłych, tych, które od lat albo i stuleci obowiązują i są przez wszystkich rozumiane. Musi się nauczyć je rozpoznawać, nawet jeśli samo wymyśliłoby inne, czego chyba mu nikt nie broni. Test sprawdza w tym miejscu kompetencję w posługiwaniu się takimi symbolami.
    Pomijając już w ogóle ideę testowania dzieci, czy nadają się do szkoły (osobny temat), to jeśli już przyjmujemy, że taka procedura istnieje, to taki test coś rodzicom mówi. Inna sprawa, czy rodzice są w stanie ocenić, jaki sposób wykonania zadania jest uznawany za wystarczająco dobry – mogą oczekiwać wykonania prawie modelowego, co szczególnie w przypadku szlaczków jest niemożliwe.
    A już na sam koniec chciałabym spytać, czemu odmawiasz przyszłym pierwszoklasistom wiedzy, którą znaczna część z nich posiądzie zanim do szkoły w ogóle pójdzie? Co złego jest w tym, że sześciolatek odróżnia figury geometryczne, emocje, umie liczyć i czytać? Bo będzie się w szkole nudził? To może program trzeba do niego raczej dostosować. I jak wychować dziecko, które będzie sobie radziło emocjonalnie nie udostępniając mu tej całej wiedzy albo i nawet celowo odcinając je od niej? Jak w codziennym życiu rozmawiać z dzieckiem przez sześć lat nie odwołując się do kształtów, kolorów, dźwięków, symboli (w tym liter, które są wszechobecne)? Jak to się ma do zaspokajania i rozbudzania ciekawości dziecka?

  • avatar

    Robert Raczyński

    3 grudnia 2014 at 20:31

    Też nie zgadzam się z tezą, że wiedzę i umiejętności potrzebne w tym teście dziecko zdobywa w dopiero w szkole. Nie zmienia to jednak faktu, że testomania jest wszechobecna, choć niekoniecznie przydatna, bo, moim zdaniem, tego akurat testu mogłoby nie „przejść” wiele dzieci, które wymagane(?) kompetencje posiadają, ale nie wstrzelą się w tok rozumowania lub skojarzeń autorki. To zresztą pięta achillesowa wielu testów, które zamiast rozwijać wyobraźnię, skutecznie ją ograniczają. Jeżeli już takie „sprawdziany” produkować, to trzeba chyba konstruować więcej zadań z ‚various possible answers’, dających szansę na stosowanie rozwiązań „pozakluczowych”, które nie zmieściły się w wyobraźni autora.

    • avatar

      Róża

      3 grudnia 2014 at 21:14

      Tego testu zdecydowanie mogłoby nie być – w końcu wszystkie dzieci, niezależnie od tego, czy go zaliczą czy nie, do szkoły trafią. Nauczyciele w szkole dostępu do wyników nie mają, więc nie mogą go wykorzystać do dostosowania nauczania do potrzeb uczniów. W założeniu on miał chyba informować rodziców i nauczycieli przedszkolnych o mocnych i słabych stronach dziecka, ale jeszcze nie spotkałam rodziców (ani nauczycieli), którzy dzięki takiemu testowi dowiedzieli się o dziecku czegoś nowego. Poza tym na ile widziałam przeprowadzanie testu w przedszkolach i rozmawiałam z kilkoma nauczycielkami, one nie wymagają sztywnych odpowiedzi z klucza, to nie matura szczęśliwie. Podchodzą do niego dość elastycznie, tym bardziej, że też uważają go za bezsens marnujący czas, który można by przeznaczyć na rzeczywistą pracę z dzieckiem.
      Natomiast nie zgadzam się z Danusią, że wymieniona w tekście wiedza jest sześciolatkowi niepotrzebna, a nawet, jak rozumiem, szkodliwa. I jakkolwiek publikowanie tego typu testów w gazetach uważam za zupełną pomyłkę, choćby z tego powodu, że rodzice mogą nie mieć skali porównawczej i nie wiedzieć, czego tak naprawdę mogą oczekiwać od dziecka w tym wieku, jakie rozwiązanie uznać za poprawne, to jednak taka krytyka zawartości tego konkretnego przykładu do mnie nie przemawia.

  • avatar

    Robert Raczyński

    3 grudnia 2014 at 20:31

    Też nie zgadzam się z tezą, że wiedzę i umiejętności potrzebne w tym teście dziecko zdobywa w dopiero w szkole. Nie zmienia to jednak faktu, że testomania jest wszechobecna, choć niekoniecznie przydatna, bo, moim zdaniem, tego akurat testu mogłoby nie „przejść” wiele dzieci, które wymagane(?) kompetencje posiadają, ale nie wstrzelą się w tok rozumowania lub skojarzeń autorki. To zresztą pięta achillesowa wielu testów, które zamiast rozwijać wyobraźnię, skutecznie ją ograniczają. Jeżeli już takie „sprawdziany” produkować, to trzeba chyba konstruować więcej zadań z ‚various possible answers’, dających szansę na stosowanie rozwiązań „pozakluczowych”, które nie zmieściły się w wyobraźni autora.

    • avatar

      Róża

      3 grudnia 2014 at 21:14

      Tego testu zdecydowanie mogłoby nie być – w końcu wszystkie dzieci, niezależnie od tego, czy go zaliczą czy nie, do szkoły trafią. Nauczyciele w szkole dostępu do wyników nie mają, więc nie mogą go wykorzystać do dostosowania nauczania do potrzeb uczniów. W założeniu on miał chyba informować rodziców i nauczycieli przedszkolnych o mocnych i słabych stronach dziecka, ale jeszcze nie spotkałam rodziców (ani nauczycieli), którzy dzięki takiemu testowi dowiedzieli się o dziecku czegoś nowego. Poza tym na ile widziałam przeprowadzanie testu w przedszkolach i rozmawiałam z kilkoma nauczycielkami, one nie wymagają sztywnych odpowiedzi z klucza, to nie matura szczęśliwie. Podchodzą do niego dość elastycznie, tym bardziej, że też uważają go za bezsens marnujący czas, który można by przeznaczyć na rzeczywistą pracę z dzieckiem.
      Natomiast nie zgadzam się z Danusią, że wymieniona w tekście wiedza jest sześciolatkowi niepotrzebna, a nawet, jak rozumiem, szkodliwa. I jakkolwiek publikowanie tego typu testów w gazetach uważam za zupełną pomyłkę, choćby z tego powodu, że rodzice mogą nie mieć skali porównawczej i nie wiedzieć, czego tak naprawdę mogą oczekiwać od dziecka w tym wieku, jakie rozwiązanie uznać za poprawne, to jednak taka krytyka zawartości tego konkretnego przykładu do mnie nie przemawia.

    • avatar

      Robert Raczyński

      4 grudnia 2014 at 08:36

      Razem, razem :). Nieposiadanie nie jest dowodem na nic, nawet jeśli dałoby się jakimś testem potwierdzić, bo jak pisze Róża, co z tego wynika? Dziecko nie zda do szkoły podstawowej? Funkcja diagnostyczno-informacyjna też nie występuje, bo taka informacja nie prowadzi do zmiany założeń pp – wszystkie dzieci będą robić w klasie pierwszej to samo, co robiły w przedszkolu.

    • avatar

      Robert Raczyński

      4 grudnia 2014 at 08:36

      Razem, razem :). Nieposiadanie nie jest dowodem na nic, nawet jeśli dałoby się jakimś testem potwierdzić, bo jak pisze Róża, co z tego wynika? Dziecko nie zda do szkoły podstawowej? Funkcja diagnostyczno-informacyjna też nie występuje, bo taka informacja nie prowadzi do zmiany założeń pp – wszystkie dzieci będą robić w klasie pierwszej to samo, co robiły w przedszkolu.

  • avatar

    Xawer

    4 grudnia 2014 at 09:13

    Ależ wynika! Nie wiem, na ile ten test, podany w Gazecie, jest zgodny z testami, używanymi przez poradnie szkolne. Ale jeśli jest zgodny, to ma duże znaczenie: jego oblanie może „uratować malucha” i pozwolić sześciolatkowi uniknąć szkoły.
    A w temacie testów dla maluchów: IBE właśnie opublikowało raport z tegorocznego OBUT. Na pierwszy rzut oka niczego tam ciekawego nie zauważyłem, ale o tej porze mój mózg nastawiony jest na poszukiwanie kawy, a nie ciekawostek w badaniach IBE, więc jak się dobudzę, to przeczytam staranniej…

  • avatar

    Xawer

    4 grudnia 2014 at 09:13

    Ależ wynika! Nie wiem, na ile ten test, podany w Gazecie, jest zgodny z testami, używanymi przez poradnie szkolne. Ale jeśli jest zgodny, to ma duże znaczenie: jego oblanie może „uratować malucha” i pozwolić sześciolatkowi uniknąć szkoły.
    A w temacie testów dla maluchów: IBE właśnie opublikowało raport z tegorocznego OBUT. Na pierwszy rzut oka niczego tam ciekawego nie zauważyłem, ale o tej porze mój mózg nastawiony jest na poszukiwanie kawy, a nie ciekawostek w badaniach IBE, więc jak się dobudzę, to przeczytam staranniej…

  • avatar

    Wiesław Mariański

    6 grudnia 2014 at 19:54

    A może warto odwrócić problem: opracować test, który bada gotowość szkoły, nauczyciela i dyrektora do przyjęcia szecio-, trzynasto-, szesnasto-latków.
    Każde dziecko nadaje się do przedszkola – ale do jakiego ? Każde dziecko jest gotowe do szkoły – tylko do jakiej ?
    Czy polskie szkoły nadają się dla dzieci ?
    No właśnie, czy ludzie mają nadawać się do szkoły, czy szkoły dla ludzi ? Badanie gotowości szkolnej jest jednym z objawów przedmiotowego traktowania ludzi, którzy są w tej chwili dziećmi-uczniami.

  • avatar

    Wiesław Mariański

    6 grudnia 2014 at 19:54

    A może warto odwrócić problem: opracować test, który bada gotowość szkoły, nauczyciela i dyrektora do przyjęcia szecio-, trzynasto-, szesnasto-latków.
    Każde dziecko nadaje się do przedszkola – ale do jakiego ? Każde dziecko jest gotowe do szkoły – tylko do jakiej ?
    Czy polskie szkoły nadają się dla dzieci ?
    No właśnie, czy ludzie mają nadawać się do szkoły, czy szkoły dla ludzi ? Badanie gotowości szkolnej jest jednym z objawów przedmiotowego traktowania ludzi, którzy są w tej chwili dziećmi-uczniami.

  • avatar

    Danusia

    6 grudnia 2014 at 20:37

    Panowie, całkowicie się zgadzam.Co prawda nie lubię testów, ale może wart się zastanowić, jakie pytania dla szkoły powinny być w takim teście dojrzałości szkoły do przyjęcia ucznia?
    Jak pewnie wiecie jestem zwolenniczką OK, więc proponuję:
    Czy szkoła stawia dzieciom w klasach I – III stopnie?
    Co szkoła robi z dzieckiem, które płacze „za mamą”? (tu kafeteria do wyboru: a)wzywa rodzica i poleca mu – coś z tym zrobić; b) odsyła dziecko do psychologa; po orzeczenie; c)rozmawia z rodzicami i ustala sposób postępowania; d)…. ).
    I tu jest kicha, bo jk malec nie jest dojrzały, to szkoła go nie dojrzeje.
    D

  • avatar

    Danusia

    6 grudnia 2014 at 20:37

    Panowie, całkowicie się zgadzam.Co prawda nie lubię testów, ale może wart się zastanowić, jakie pytania dla szkoły powinny być w takim teście dojrzałości szkoły do przyjęcia ucznia?
    Jak pewnie wiecie jestem zwolenniczką OK, więc proponuję:
    Czy szkoła stawia dzieciom w klasach I – III stopnie?
    Co szkoła robi z dzieckiem, które płacze „za mamą”? (tu kafeteria do wyboru: a)wzywa rodzica i poleca mu – coś z tym zrobić; b) odsyła dziecko do psychologa; po orzeczenie; c)rozmawia z rodzicami i ustala sposób postępowania; d)…. ).
    I tu jest kicha, bo jk malec nie jest dojrzały, to szkoła go nie dojrzeje.
    D

  • avatar

    Janina Huterska-Górecka

    7 grudnia 2014 at 00:02

    Sz.Państwo
    zachęcam do zapoznania się z publikacją opracowaną przez prof.dr hab. Annę I.Brzezińską z Zespołem „Wyprawka nauczyciela klasy pierwszej.Kompedium wiedzy o sześciolatku”, zamieszczonej na stronie IBE.
    Obszerny materiał mówiący o gotowości dziecka (do szkoły) ale i szkoły oraz rodziców (na przyjęcie obowiązków), a także – z uwrażliwieniem na dziecko- wskazujący propozycje i rozwiązania.
    Wielka szkoda, że gazety,bez podstaw właściwej wiedzy, „spłycają” problem i serwują rzeszy zatroskanych rodziców „teściki”, które zwyczajnie, nie są jednoznacznym wymiarem „gotowości dziecka do..”
    Nina

    • avatar

      Danusia

      7 grudnia 2014 at 09:55

      Dzięki za informację. Zajrzę.
      Bardzo szkoda, że GW publikuje taką marnotę. W tamtym roku też taki był i też się zdenerwowalam, ale nie skomentowałam, dlatego tym razem to zrobiłam.
      Cenię sobie badania profesor Brzezińskiej. Szkoda, że na ich podstawie nie są rozpowszechniane rady dla rodziców.
      Jednak, kilka tygodni temu był w GW artykuł o testach na tabletach, które proponuje IBE poradniom. Jakoś nie mogę uwierzyć, że tablet może zdecydować o dojrzałości dziecka. Jedno jest pewne – ktoś skorzysta – producenci tabletów.
      D

      • avatar

        grażka

        7 grudnia 2014 at 10:03

        Mało tego – jeden test lub jakikolwiek inny sprawdzian nie daje obrazu rozwoju i dojrzałości dziecka. W przedszkolu piszemy na prośbę rodziców nasze nauczycielskie opinie na podstawie wielotygodniowych obserwacji, sytuacji dziejących się w toku życia przedszkolnego, a nie sprawdzianów trwających jeden lub kilka dni. Odkąd pracuję mamy obowiązek takie obserwacje prowadzić.
        Oczywiście, że pojawiły się takie lub podobne testy, i wiele nauczycielek je stosuje… co prawda bardziej jako wsparcie i „podkładkę”, tam, gdzie trzeba gromadzić różne papiery; ja akurat nie 🙂

        • avatar

          Danusia

          7 grudnia 2014 at 15:48

          Myślę, że ten był szczególnie głupi i przed tym się buntuję.
          Moja mama (92 lata) powiadała mi, ze na medycynie miała test z anatomii. Było to w szkole Zaorskiego podczas wojny. To wspaniały kawałek historii medycyny polskiej.
          Ale był tam profesor, który podczas egzaminy rzucał do góry kość, student musiał wymienić nazwę zanim kość nie spadła na biurko. Ciekawe, co tez ten „test” sptrawdzał?
          D

  • avatar

    Janina Huterska-Górecka

    7 grudnia 2014 at 00:02

    Sz.Państwo
    zachęcam do zapoznania się z publikacją opracowaną przez prof.dr hab. Annę I.Brzezińską z Zespołem „Wyprawka nauczyciela klasy pierwszej.Kompedium wiedzy o sześciolatku”, zamieszczonej na stronie IBE.
    Obszerny materiał mówiący o gotowości dziecka (do szkoły) ale i szkoły oraz rodziców (na przyjęcie obowiązków), a także – z uwrażliwieniem na dziecko- wskazujący propozycje i rozwiązania.
    Wielka szkoda, że gazety,bez podstaw właściwej wiedzy, „spłycają” problem i serwują rzeszy zatroskanych rodziców „teściki”, które zwyczajnie, nie są jednoznacznym wymiarem „gotowości dziecka do..”
    Nina

    • avatar

      Danusia

      7 grudnia 2014 at 09:55

      Dzięki za informację. Zajrzę.
      Bardzo szkoda, że GW publikuje taką marnotę. W tamtym roku też taki był i też się zdenerwowalam, ale nie skomentowałam, dlatego tym razem to zrobiłam.
      Cenię sobie badania profesor Brzezińskiej. Szkoda, że na ich podstawie nie są rozpowszechniane rady dla rodziców.
      Jednak, kilka tygodni temu był w GW artykuł o testach na tabletach, które proponuje IBE poradniom. Jakoś nie mogę uwierzyć, że tablet może zdecydować o dojrzałości dziecka. Jedno jest pewne – ktoś skorzysta – producenci tabletów.
      D

      • avatar

        grażka

        7 grudnia 2014 at 10:03

        Mało tego – jeden test lub jakikolwiek inny sprawdzian nie daje obrazu rozwoju i dojrzałości dziecka. W przedszkolu piszemy na prośbę rodziców nasze nauczycielskie opinie na podstawie wielotygodniowych obserwacji, sytuacji dziejących się w toku życia przedszkolnego, a nie sprawdzianów trwających jeden lub kilka dni. Odkąd pracuję mamy obowiązek takie obserwacje prowadzić.
        Oczywiście, że pojawiły się takie lub podobne testy, i wiele nauczycielek je stosuje… co prawda bardziej jako wsparcie i „podkładkę”, tam, gdzie trzeba gromadzić różne papiery; ja akurat nie 🙂

        • avatar

          Danusia

          7 grudnia 2014 at 15:48

          Myślę, że ten był szczególnie głupi i przed tym się buntuję.
          Moja mama (92 lata) powiadała mi, ze na medycynie miała test z anatomii. Było to w szkole Zaorskiego podczas wojny. To wspaniały kawałek historii medycyny polskiej.
          Ale był tam profesor, który podczas egzaminy rzucał do góry kość, student musiał wymienić nazwę zanim kość nie spadła na biurko. Ciekawe, co tez ten „test” sptrawdzał?
          D

  • avatar

    Xawer

    7 grudnia 2014 at 11:31

    Rodzice i tak wiedzą najlepiej w jakim stopniu ich dzieci są dojrzałe.
    Testy dojrzałości nie są wymysłem Wyborczej, ale produktem systemu szkolnego. Nie Wyborcza odpowiada za ich jakość i sensowność, tak samo, jak nie odpowiada za jakość testów na prawo jazdy, jakie też publikowała. Gdyby posłanie albo nie dziecka do szkoły było swobodną decyzją rodziców, to pewnie nikt by takich testów nie stosował. W prywatnych szkołach nikt czegoś takiego nie używa. Ale jeśli rodzic nie ma nic do gadania, a to poradnia decyduje o tym, czy jego dziecko pójdzie do szkoły w wieku sześciu lat, czy dostanie odroczenie tego poboru o rok, to rodzice są zainteresowani w tym, by wiedzieć jakich narzędzi i jakich kryteriów ta poradnia używa.
    Gdy kończyłem studia, to zamiast czytać Physical Review, studiowałam wewnętrzne instrukcje diagnostyczne wojskowych komisji lekarskich. Nie dlatego, żebym pasjonował się medycyną, a one były mądre, ciekawe, czy mogły mi cokolwiek powiedzieć o moim stanie zdrowia. Ale ich znajomość pomogła mi wykręcić się symulanctwem i grubym plikiem zaświadczeń cywilnych lekarzy od zaszczytnego obowiązku, jaki Ludowa Ojczyzna już się brała, żeby ode mnie egzekwować robiąc ze mnie operatora wyrzutni rakiet przeciwlotniczych (taki miałem przydział).
    Znajomość takich testów pozwala rodzicom (niezależnie od tego, czy chcą, żeby ich synek poszedł do szkoły w wieku 6 czy 7 lat) przygotować go na ich zdanie tak, żeby test wypadł po ich myśli, a jeśli wypadnie nie po myśli, to daje im punkt zaczepienia do podważania decyzji poradni, jeśli uważają ją za złą dla ich dziecka. Bardzo dobrze, że Gazeta ujawnia takie narzędzia, stosowane przez szkolne poradnie.
    Poradnie nie służą przecież temu, by komukolwiek cokolwiek radzić, tylko by wystawiać zaświadczenia, mające realne prawne znaczenie dla dziecka i rodziców.

    • avatar

      Xawer

      7 grudnia 2014 at 16:23

      Też tak pierwotnie sądziłem, ale zrobiłem krótki internetowy research, patrząc na kilka oficjalnie zalecanych testów gotowości szkolnej.
      Wszystkie z nich używają bardzo podobnych zadań do tego, co opublikowała Wyborcza.
      OBAWIAM SIĘ więc, że to jest wzięty na żywca któryś z testów, jakie stosują poradnie — tyle, że okrojony z przydługiego wstępu i bez części testującej sprawność fizyczną.
      Porównaj choćby
      http://www.profesor.pl/mat/pd4/pd4_b_toczek_040520.pdf
      Pokoloruj na żółto chmurki z wyrazami dwusylabowymi.
      (Rysunek z kilkunastoma wyrazami w „chmurkach”)
      KRYTERIA OCENY:
      DOBRZE – szybko i bezbłędnie czyta wyrazy, dzieli na sylaby
      SŁABO – potrzebuje pomocy, kilkakrotnie czyta wyrazy
      ŹLE – nie potrafi wykonać ćwiczenia
      SKALA PUNKTOWA:
      DOBRZE – 2 pkt. Poziom wysoki: 2 pkt.
      SŁABO – 1 pkt. Poziom średni: 1 pkt.
      ŻLE – 0 pkt. Poziom niski: 0 pkt.

      „Według GW on ma pomagać rodzicom w decyzji.”
      No przecież Gazeta nie mogła sobie pozwolić, żeby napisać jawnym tekstem, że ma to służyć przygotowaniu dziecka do tego, żeby test (zdał/oblał) w zależności od tego, czy rodzice sami uważają, że powinien pójść do szkoły w wieku (6/7) lat!

      • avatar

        Xawer

        7 grudnia 2014 at 16:44

        I jeszcze lepsze z tego samego testu…
        Poprowadź te wzory do brzegu strony. Staraj się nie wychodzić poza linię . Nie śpiesz się i rysuj dokładnie.
        (Kartka „w linię” z zaczętymi kilkunastoma szlaczkami, czysto geometrycznymi, albo literowymi: mememememe)
        KRYTERIA OCENY:
        DOBRZE – ćwiczenie wykonuje prawidłowo, używa odpowiednich kolorów, starannie nie wyjeżdża po za linię
        SŁABO – ma trudności z odwzorowywaniem wzorów, wyjeżdża po za linię, nie dobiera właściwych kolorów
        ŹLE – nie potrafi wykonać szlaczków

        No to już doskonale wiemy: dojrzałość szkolna to niewyjeżdżanie poza linię, gdy dziecko rysuje szlaczki! Najważniejsze, to by STARANNIE nie wyjeżdżało poza linię i używało właściwych kolorów
        O kolorach kredek już ktoś tu niedawno pisał w kontekście podstawówki — to rzeczywiście musi być zagadnienie kluczowe dla edukacji.

        • avatar

          Danusia

          7 grudnia 2014 at 16:52

          No to mnie podłamało.
          Jak to jest, to jeśli dziecko czyta płynnie, to się nadaje, a jak nie czyta, to się nie nadaje, a kto go nauczy, jak go odroczą?
          A jak wyjeżdżą poza linie, to się nie nadaje? To co , samo mu przyjdzie to niewyjeżdżanie?
          Nie mogę zrozumieć, nawet gdy uznam za wartość niewyjeżdżanie poza linię. przecież on ma się nauczyć niewyjeżdżania w szkole, bo kiedy ma się nauczyć?
          ???
          D

          • avatar

            Robert Raczyński

            7 grudnia 2014 at 19:44

            „Niewychodzenie za linię” jest pewnym etapem rozwojowym, który dzieci „osiągają” w różnym tempie, a niekiedy, vide Ksawer (i ja) nigdy. Jeśli wierzyć grafologom, o czymś tam to świadczy, choć niekoniecznie o zdolnościach manualnych. Moim zdaniem, stało się ono elementem szkolnej tresury i jest jakimś tam probierzem „obowiązkowości”. Można się spodziewać, że ktoś, kto stara się pisać w linijkach mimo pewnych z tym trudności, lepiej rokuje w perspektywie zadań wymagających koncentracji, dbałości o szczegóły itp. Problem jedynie w tym, by nie traktować tego jako wyroku, a jedynie jako wskazówkę. Z moich doświadczeń wynika, że ludzie o niedbałym charakterze pisma bywają inteligentni i kreatywni, ale jednocześnie mają wiele, nieraz istotnych dla nich kwestii dość głęboko… Być może (mam mieszane uczucia), że, na pewnym etapie, pokazywanie im, że wiele tracą przez często zbyteczną nonszalancję lub brak uwagi, jest w stanie im pomóc, jeśli problem nie wynika z deficytów psycho-fizycznych. Jednak namolne moralizowanie i czepianie się głupot przynosi efekt odwrotny do zamierzonego.
            Tam na marginesie, Finowie wprowadzają właśnie „brak obowiązku uczenia pisma łączonego”. Alternatywą ma być klawiatura. Tu nie mam mieszanych uczuć – to droga donikąd, bo omija drogi neuronalne odpowiedzialne za kojarzenie mowy z pismem.

        • avatar

          Xawer

          7 grudnia 2014 at 17:11

          Niewyjeżdżanie poza linię to bardzo ważna umiejętność, której ja nie opanowałem do tej pory.
          Rok temu musiałem wymienić dowód osobisty na nowy. Zmarnowałem trzy czy cztery formularze, bo jest tam okienko, w którym trzeba się podpisać, ale tak, żeby nie wyjechać za ramkę, bo ten podpis jest skanowany i potem drukowany na dowodzie.
          Bardzo sympatyczna i rezolutna urzędniczka musiała mi podpowiedzieć: „to niech pan się najpierw podpisze, a dopiero potem wypełnia resztę formularza, będzie szybciej”. I dała mi tych formularzy od razu kilkanaście, wpuszczając do niszczarki te ze zbyt zamaszystym podpisem…
          Biurokracji nie staraj się zrozumieć! Jej debilizm trzeba po prostu przyjąć do wiadomości.

  • avatar

    Xawer

    7 grudnia 2014 at 11:31

    Rodzice i tak wiedzą najlepiej w jakim stopniu ich dzieci są dojrzałe.
    Testy dojrzałości nie są wymysłem Wyborczej, ale produktem systemu szkolnego. Nie Wyborcza odpowiada za ich jakość i sensowność, tak samo, jak nie odpowiada za jakość testów na prawo jazdy, jakie też publikowała. Gdyby posłanie albo nie dziecka do szkoły było swobodną decyzją rodziców, to pewnie nikt by takich testów nie stosował. W prywatnych szkołach nikt czegoś takiego nie używa. Ale jeśli rodzic nie ma nic do gadania, a to poradnia decyduje o tym, czy jego dziecko pójdzie do szkoły w wieku sześciu lat, czy dostanie odroczenie tego poboru o rok, to rodzice są zainteresowani w tym, by wiedzieć jakich narzędzi i jakich kryteriów ta poradnia używa.
    Gdy kończyłem studia, to zamiast czytać Physical Review, studiowałam wewnętrzne instrukcje diagnostyczne wojskowych komisji lekarskich. Nie dlatego, żebym pasjonował się medycyną, a one były mądre, ciekawe, czy mogły mi cokolwiek powiedzieć o moim stanie zdrowia. Ale ich znajomość pomogła mi wykręcić się symulanctwem i grubym plikiem zaświadczeń cywilnych lekarzy od zaszczytnego obowiązku, jaki Ludowa Ojczyzna już się brała, żeby ode mnie egzekwować robiąc ze mnie operatora wyrzutni rakiet przeciwlotniczych (taki miałem przydział).
    Znajomość takich testów pozwala rodzicom (niezależnie od tego, czy chcą, żeby ich synek poszedł do szkoły w wieku 6 czy 7 lat) przygotować go na ich zdanie tak, żeby test wypadł po ich myśli, a jeśli wypadnie nie po myśli, to daje im punkt zaczepienia do podważania decyzji poradni, jeśli uważają ją za złą dla ich dziecka. Bardzo dobrze, że Gazeta ujawnia takie narzędzia, stosowane przez szkolne poradnie.
    Poradnie nie służą przecież temu, by komukolwiek cokolwiek radzić, tylko by wystawiać zaświadczenia, mające realne prawne znaczenie dla dziecka i rodziców.

    • avatar

      Xawer

      7 grudnia 2014 at 16:23

      Też tak pierwotnie sądziłem, ale zrobiłem krótki internetowy research, patrząc na kilka oficjalnie zalecanych testów gotowości szkolnej.
      Wszystkie z nich używają bardzo podobnych zadań do tego, co opublikowała Wyborcza.
      OBAWIAM SIĘ więc, że to jest wzięty na żywca któryś z testów, jakie stosują poradnie — tyle, że okrojony z przydługiego wstępu i bez części testującej sprawność fizyczną.
      Porównaj choćby
      http://www.profesor.pl/mat/pd4/pd4_b_toczek_040520.pdf
      Pokoloruj na żółto chmurki z wyrazami dwusylabowymi.
      (Rysunek z kilkunastoma wyrazami w „chmurkach”)
      KRYTERIA OCENY:
      DOBRZE – szybko i bezbłędnie czyta wyrazy, dzieli na sylaby
      SŁABO – potrzebuje pomocy, kilkakrotnie czyta wyrazy
      ŹLE – nie potrafi wykonać ćwiczenia
      SKALA PUNKTOWA:
      DOBRZE – 2 pkt. Poziom wysoki: 2 pkt.
      SŁABO – 1 pkt. Poziom średni: 1 pkt.
      ŻLE – 0 pkt. Poziom niski: 0 pkt.

      „Według GW on ma pomagać rodzicom w decyzji.”
      No przecież Gazeta nie mogła sobie pozwolić, żeby napisać jawnym tekstem, że ma to służyć przygotowaniu dziecka do tego, żeby test (zdał/oblał) w zależności od tego, czy rodzice sami uważają, że powinien pójść do szkoły w wieku (6/7) lat!

      • avatar

        Xawer

        7 grudnia 2014 at 16:44

        I jeszcze lepsze z tego samego testu…
        Poprowadź te wzory do brzegu strony. Staraj się nie wychodzić poza linię . Nie śpiesz się i rysuj dokładnie.
        (Kartka „w linię” z zaczętymi kilkunastoma szlaczkami, czysto geometrycznymi, albo literowymi: mememememe)
        KRYTERIA OCENY:
        DOBRZE – ćwiczenie wykonuje prawidłowo, używa odpowiednich kolorów, starannie nie wyjeżdża po za linię
        SŁABO – ma trudności z odwzorowywaniem wzorów, wyjeżdża po za linię, nie dobiera właściwych kolorów
        ŹLE – nie potrafi wykonać szlaczków

        No to już doskonale wiemy: dojrzałość szkolna to niewyjeżdżanie poza linię, gdy dziecko rysuje szlaczki! Najważniejsze, to by STARANNIE nie wyjeżdżało poza linię i używało właściwych kolorów
        O kolorach kredek już ktoś tu niedawno pisał w kontekście podstawówki — to rzeczywiście musi być zagadnienie kluczowe dla edukacji.

        • avatar

          Danusia

          7 grudnia 2014 at 16:52

          No to mnie podłamało.
          Jak to jest, to jeśli dziecko czyta płynnie, to się nadaje, a jak nie czyta, to się nie nadaje, a kto go nauczy, jak go odroczą?
          A jak wyjeżdżą poza linie, to się nie nadaje? To co , samo mu przyjdzie to niewyjeżdżanie?
          Nie mogę zrozumieć, nawet gdy uznam za wartość niewyjeżdżanie poza linię. przecież on ma się nauczyć niewyjeżdżania w szkole, bo kiedy ma się nauczyć?
          ???
          D

          • avatar

            Robert Raczyński

            7 grudnia 2014 at 19:44

            „Niewychodzenie za linię” jest pewnym etapem rozwojowym, który dzieci „osiągają” w różnym tempie, a niekiedy, vide Ksawer (i ja) nigdy. Jeśli wierzyć grafologom, o czymś tam to świadczy, choć niekoniecznie o zdolnościach manualnych. Moim zdaniem, stało się ono elementem szkolnej tresury i jest jakimś tam probierzem „obowiązkowości”. Można się spodziewać, że ktoś, kto stara się pisać w linijkach mimo pewnych z tym trudności, lepiej rokuje w perspektywie zadań wymagających koncentracji, dbałości o szczegóły itp. Problem jedynie w tym, by nie traktować tego jako wyroku, a jedynie jako wskazówkę. Z moich doświadczeń wynika, że ludzie o niedbałym charakterze pisma bywają inteligentni i kreatywni, ale jednocześnie mają wiele, nieraz istotnych dla nich kwestii dość głęboko… Być może (mam mieszane uczucia), że, na pewnym etapie, pokazywanie im, że wiele tracą przez często zbyteczną nonszalancję lub brak uwagi, jest w stanie im pomóc, jeśli problem nie wynika z deficytów psycho-fizycznych. Jednak namolne moralizowanie i czepianie się głupot przynosi efekt odwrotny do zamierzonego.
            Tam na marginesie, Finowie wprowadzają właśnie „brak obowiązku uczenia pisma łączonego”. Alternatywą ma być klawiatura. Tu nie mam mieszanych uczuć – to droga donikąd, bo omija drogi neuronalne odpowiedzialne za kojarzenie mowy z pismem.

        • avatar

          Xawer

          7 grudnia 2014 at 17:11

          Niewyjeżdżanie poza linię to bardzo ważna umiejętność, której ja nie opanowałem do tej pory.
          Rok temu musiałem wymienić dowód osobisty na nowy. Zmarnowałem trzy czy cztery formularze, bo jest tam okienko, w którym trzeba się podpisać, ale tak, żeby nie wyjechać za ramkę, bo ten podpis jest skanowany i potem drukowany na dowodzie.
          Bardzo sympatyczna i rezolutna urzędniczka musiała mi podpowiedzieć: „to niech pan się najpierw podpisze, a dopiero potem wypełnia resztę formularza, będzie szybciej”. I dała mi tych formularzy od razu kilkanaście, wpuszczając do niszczarki te ze zbyt zamaszystym podpisem…
          Biurokracji nie staraj się zrozumieć! Jej debilizm trzeba po prostu przyjąć do wiadomości.

  • avatar

    Wiesław Mariański

    7 grudnia 2014 at 15:38

    Dla mnie podstawowym parametrem dojrzałości przedszkola i szkoły jest liczebność grupy, do której ma być przyjęte dziecko. Im większa grupa, tym mniejsze poczucie bezpieczeństwa dziecka. U nas standardem są ciągle zespoły 25-30 dzieci, dlatego wielu maluchów pójcie do przedszkola lub szkoły jest przeżyciem traumatycznym. To jest pierwszy cios jaki otrzymują od systemu edukacji.

    • avatar

      Danusia

      7 grudnia 2014 at 15:54

      Masz o tyle rację, że to jest warunek konieczny lecz nie dostateczny. Wyobrażam sobie małe klasy z traumą dla malucha.
      A tak na marginesie, to zmniejszenie liczebności klasy (rozumiem, ze na wyższych poziomach) nie wpływa według Hattiego na wyniki nauczania.Pomaga oczywiście nauczycielom w pracy.
      Danusia

      • avatar

        Robert Raczyński

        7 grudnia 2014 at 18:56

        Znowu ta kategoryczna zero-jedynkowość… Spieraliśmy się już o to przy jakiejś okazji. Czy jeśli coś ułatwia pracę nauczycielowi, to jednocześnie wyklucza sukces edukacyjny? Czy ten zawód może być doceniony dopiero wtedy, gdy obciąży się go tradycyjnym handicapem? Oto kolejna przyczyna fatalnego postrzegania tej profesji: Dobry nauczyciel musi nieustannie walczyć. Z systemem, 35-osobową grupą, pp, różnicami w poziomie intelektualnym, biurokracją itp, itd. W przeciwnym razie, jest do niczego. Jeśli będzie miał niewielką, jednorodną intelektualnie grupę, dyrektora, który nie będzie się czepiał głupot i nie będzie musiał zachwycać się na szkoleniach showmanami z Bożej łaski, jego praca jest warta tyle co nic…
        A w temacie, mała grupa rzeczywiście nie jest gwarantem czegokolwiek.Pytanie tylko, co nim jest.

  • avatar

    Wiesław Mariański

    7 grudnia 2014 at 15:38

    Dla mnie podstawowym parametrem dojrzałości przedszkola i szkoły jest liczebność grupy, do której ma być przyjęte dziecko. Im większa grupa, tym mniejsze poczucie bezpieczeństwa dziecka. U nas standardem są ciągle zespoły 25-30 dzieci, dlatego wielu maluchów pójcie do przedszkola lub szkoły jest przeżyciem traumatycznym. To jest pierwszy cios jaki otrzymują od systemu edukacji.

    • avatar

      Danusia

      7 grudnia 2014 at 15:54

      Masz o tyle rację, że to jest warunek konieczny lecz nie dostateczny. Wyobrażam sobie małe klasy z traumą dla malucha.
      A tak na marginesie, to zmniejszenie liczebności klasy (rozumiem, ze na wyższych poziomach) nie wpływa według Hattiego na wyniki nauczania.Pomaga oczywiście nauczycielom w pracy.
      Danusia

      • avatar

        Robert Raczyński

        7 grudnia 2014 at 18:56

        Znowu ta kategoryczna zero-jedynkowość… Spieraliśmy się już o to przy jakiejś okazji. Czy jeśli coś ułatwia pracę nauczycielowi, to jednocześnie wyklucza sukces edukacyjny? Czy ten zawód może być doceniony dopiero wtedy, gdy obciąży się go tradycyjnym handicapem? Oto kolejna przyczyna fatalnego postrzegania tej profesji: Dobry nauczyciel musi nieustannie walczyć. Z systemem, 35-osobową grupą, pp, różnicami w poziomie intelektualnym, biurokracją itp, itd. W przeciwnym razie, jest do niczego. Jeśli będzie miał niewielką, jednorodną intelektualnie grupę, dyrektora, który nie będzie się czepiał głupot i nie będzie musiał zachwycać się na szkoleniach showmanami z Bożej łaski, jego praca jest warta tyle co nic…
        A w temacie, mała grupa rzeczywiście nie jest gwarantem czegokolwiek.Pytanie tylko, co nim jest.

  • avatar

    Michal

    7 grudnia 2014 at 21:00

    Pozwolę sobie odnieść do kilku punktów i podać pewne refleksje.
    1. „Test” GW nie jest testem. Nie spełnia podstawowych kryteriów, a rodzica może wprowadzać w błąd.
    2. Z cytowanych przez p. Danutę zadań „testu” można jedynie powiedzieć… że na szczęście(!) niewiele zadań jest podobnych tym, którymi sprawdza się dojrzałość szkolną. Większość jest błędnie skonstruowana lub nie odnosi się do dojrzałości szkolnej (przynajmniej w mojej opinii).
    3. Miałem możliwość oglądać narzędzi (liczba mnoga!) „tabletowych” do badania gotowości szkolnej – są one dobre. Normalne, dobrze zbudowane narzędzia oparte na najnowszych technologiach. Oczywiście – specjaliści mogą mieć wobec niego drobne zarzuty, ale zarzuty mamy do wszystkiego, ponieważ stawiamy naszym narzędziom większe wymagania niż te, które można spełnić.
    4. Przypominam, że psycholog nie decyduje o gotowości dziecka na podstawie wyniku samego testu! Test jest jedynie jedną ze składowych!
    5. Wszystkie testy charakteryzują się odpowiednim przedziałem ufności wobec wyniku uzyskanego przez dziecko. Jeśli do wyniku testowego dodać wywiad z rodzicem, obserwację dziecka podczas badania i opinię wychowawcy z przedszkola – to można śmiało stwierdzić, że ogromna większość dzieci poddawanych sprawdzeniu gotowości szkolnych w poradniach PP jest badana rzetelnie i trafnie.
    Krótko mówiąc – gazetowe testy omijajmy, a diagnozę zdolności dziecka pozostawmy profesjonalistom. Nie mieszajmy obu tych rzeczy 😉

  • avatar

    Michal

    7 grudnia 2014 at 21:00

    Pozwolę sobie odnieść do kilku punktów i podać pewne refleksje.
    1. „Test” GW nie jest testem. Nie spełnia podstawowych kryteriów, a rodzica może wprowadzać w błąd.
    2. Z cytowanych przez p. Danutę zadań „testu” można jedynie powiedzieć… że na szczęście(!) niewiele zadań jest podobnych tym, którymi sprawdza się dojrzałość szkolną. Większość jest błędnie skonstruowana lub nie odnosi się do dojrzałości szkolnej (przynajmniej w mojej opinii).
    3. Miałem możliwość oglądać narzędzi (liczba mnoga!) „tabletowych” do badania gotowości szkolnej – są one dobre. Normalne, dobrze zbudowane narzędzia oparte na najnowszych technologiach. Oczywiście – specjaliści mogą mieć wobec niego drobne zarzuty, ale zarzuty mamy do wszystkiego, ponieważ stawiamy naszym narzędziom większe wymagania niż te, które można spełnić.
    4. Przypominam, że psycholog nie decyduje o gotowości dziecka na podstawie wyniku samego testu! Test jest jedynie jedną ze składowych!
    5. Wszystkie testy charakteryzują się odpowiednim przedziałem ufności wobec wyniku uzyskanego przez dziecko. Jeśli do wyniku testowego dodać wywiad z rodzicem, obserwację dziecka podczas badania i opinię wychowawcy z przedszkola – to można śmiało stwierdzić, że ogromna większość dzieci poddawanych sprawdzeniu gotowości szkolnych w poradniach PP jest badana rzetelnie i trafnie.
    Krótko mówiąc – gazetowe testy omijajmy, a diagnozę zdolności dziecka pozostawmy profesjonalistom. Nie mieszajmy obu tych rzeczy 😉

  • avatar

    Xawer

    8 grudnia 2014 at 10:14

    No to, by już nie wyżywać się nad testem, który poprzednio cytowałem, przykład zadania (przepraszam, nie „zadania”, ale „karty diagnostycznej F2”) z oficjalnego poradnika „Diagnoza gotowości szkolnej sześciolatka”:
    Nazwij obrazki. Narysuj w ramkach tyle kółek, ile jest sylab w tych słowach.
    Cztery obrazki (np. krowa), pod każdym ramka.
    Czymże to się różni od oprotestowanego przez Danusię jako jej „ulubione”, a cytowanego za GW:
    Pod rysunkiem narysuj tyle kresek, ile jest sylab w wyrazie.
    Czyżby kreski to było ogłupianie czytelników Gazety, a kółka to pełen psychologiczny profesjonalizm? Czy ten profesjonalizm polega na nazywaniu zadania „kartą diagnostyczną”?

  • avatar

    Xawer

    8 grudnia 2014 at 10:14

    No to, by już nie wyżywać się nad testem, który poprzednio cytowałem, przykład zadania (przepraszam, nie „zadania”, ale „karty diagnostycznej F2”) z oficjalnego poradnika „Diagnoza gotowości szkolnej sześciolatka”:
    Nazwij obrazki. Narysuj w ramkach tyle kółek, ile jest sylab w tych słowach.
    Cztery obrazki (np. krowa), pod każdym ramka.
    Czymże to się różni od oprotestowanego przez Danusię jako jej „ulubione”, a cytowanego za GW:
    Pod rysunkiem narysuj tyle kresek, ile jest sylab w wyrazie.
    Czyżby kreski to było ogłupianie czytelników Gazety, a kółka to pełen psychologiczny profesjonalizm? Czy ten profesjonalizm polega na nazywaniu zadania „kartą diagnostyczną”?

  • avatar

    Danusia

    8 grudnia 2014 at 11:04

    Moje pytanie jest takie: czy jeśli dziecko wie ile ma sylab słowo krowa to się nadaje do szkoły, czy jeśli nie wie?
    A tak w ogóle, to widać na tych przykładach bezsens testów. Jakoś trudno mi uwierzyć w sprawdzone i prawidłowe testy. Chyba już umrę niedowiarkiem.
    Danusia

    • avatar

      Michal

      10 grudnia 2014 at 20:24

      „A tak w ogóle, to widać na tych przykładach bezsens testów.”
      I bardzo dobrze, że widać, ponieważ to, co publikuje GW nie jest testem.
      A co do sylab i ich wpływie na gotowość szkolną (za Ksawerym) – żaden znany mi test nie posiada takiego zadania. Nie jestem diagnostą w PPP, więc mogę nie znać wszystkich używanych narzędzi. Za to w teście pedagogicznym jak najbardziej (w mojej opinii) może się takie zadanie pojawić – do diagnozy zdolności słuchowych (fonematycznych, fonetycznych, itd – tu lepiej pedagodzy by wyjaśnili). Tylko proszę sobie zadać zdroworozsądkowe pytanie – który pedagog diagnosta prosi dziecko o dzielenie wyrazu na sylaby bez upewnienia się, że dziecko rozumie, czym jest sylaba?
      Pozostawię bez odpowiedzi.
      „Karta diagnostyczna” to nadal nie jest test. To jedynie pewne uproszczenie, mogące ułatwiać obserwację pewnych zdolności, jeśli np. nie chcemy robić całego testu, a sprawdzić jakiś jeden aspekt. [Oczywiście, to nadal uproszczenie]. Nie przeglądałem „Poradnika”, więc nie wiem do czego ta karta się odnosi.
      W dodatku – wyrywanie zadań z narzędzi jest bezcelowe, ponieważ pojedyncze zadanie nie świadczy o całości. Testy psychologiczne to nie testy szkolne. Posłużę się tu pewnym obrazowym uproszczeniem – jeśli np. egzamin gimnazjalny „bada” (sprawdza?) opanowanie podstawy programowej, to dziecko, które (w założeniu) w pełni opanowało podstawę powinno dostać 100% punktów. Jak dziecko w teście psychologicznym nie odpowie bądź odpowie błędnie na X zadań, to nadal może uzyskać wynik właściwy dla jego wieku – jak rozwiąże wszystkie, to tak, jakby zdobył 150% z testu gimnazjalnego. I wtedy mówimy, że dziecko w jakiejś sferze osiąga ponadprzeciętne wyniki.

  • avatar

    Danusia

    8 grudnia 2014 at 11:04

    Moje pytanie jest takie: czy jeśli dziecko wie ile ma sylab słowo krowa to się nadaje do szkoły, czy jeśli nie wie?
    A tak w ogóle, to widać na tych przykładach bezsens testów. Jakoś trudno mi uwierzyć w sprawdzone i prawidłowe testy. Chyba już umrę niedowiarkiem.
    Danusia

    • avatar

      Michal

      10 grudnia 2014 at 20:24

      „A tak w ogóle, to widać na tych przykładach bezsens testów.”
      I bardzo dobrze, że widać, ponieważ to, co publikuje GW nie jest testem.
      A co do sylab i ich wpływie na gotowość szkolną (za Ksawerym) – żaden znany mi test nie posiada takiego zadania. Nie jestem diagnostą w PPP, więc mogę nie znać wszystkich używanych narzędzi. Za to w teście pedagogicznym jak najbardziej (w mojej opinii) może się takie zadanie pojawić – do diagnozy zdolności słuchowych (fonematycznych, fonetycznych, itd – tu lepiej pedagodzy by wyjaśnili). Tylko proszę sobie zadać zdroworozsądkowe pytanie – który pedagog diagnosta prosi dziecko o dzielenie wyrazu na sylaby bez upewnienia się, że dziecko rozumie, czym jest sylaba?
      Pozostawię bez odpowiedzi.
      „Karta diagnostyczna” to nadal nie jest test. To jedynie pewne uproszczenie, mogące ułatwiać obserwację pewnych zdolności, jeśli np. nie chcemy robić całego testu, a sprawdzić jakiś jeden aspekt. [Oczywiście, to nadal uproszczenie]. Nie przeglądałem „Poradnika”, więc nie wiem do czego ta karta się odnosi.
      W dodatku – wyrywanie zadań z narzędzi jest bezcelowe, ponieważ pojedyncze zadanie nie świadczy o całości. Testy psychologiczne to nie testy szkolne. Posłużę się tu pewnym obrazowym uproszczeniem – jeśli np. egzamin gimnazjalny „bada” (sprawdza?) opanowanie podstawy programowej, to dziecko, które (w założeniu) w pełni opanowało podstawę powinno dostać 100% punktów. Jak dziecko w teście psychologicznym nie odpowie bądź odpowie błędnie na X zadań, to nadal może uzyskać wynik właściwy dla jego wieku – jak rozwiąże wszystkie, to tak, jakby zdobył 150% z testu gimnazjalnego. I wtedy mówimy, że dziecko w jakiejś sferze osiąga ponadprzeciętne wyniki.

Dodaj komentarz