Trudna klasa 1

Słuchałam podczas kongresu OSKKO wykładu Billa Rogersa i się zachwyciłam. Kupiłam też jego dwie książki. Jestem w czasie czytania pierwszej z nich: „Trudna klasa”. Jadąc na kongres czytałam o przypadku podania przez nauczycielkę matematyki w Suwałkach uczniów do sądu. W artykule opisane były działania podjęte wcześniej przez szkołę w stosunku do tych trudnych uczniów. Miedzy innymi ponad 200 rozmów indywidualnych z uczniami. Widać wyraźnie, że nie było innego sposobu, aby opanować tę trudną klasę.
Bill Rogers zajmuje się  w Australii pomocą szkołom w pracy z trudnymi klasami. Odważny człowiek, choć sam przyznaje, że często próbuje i też nie zawsze mu się udaje.
To co jest najważniejsze to – współpraca nauczycieli. Myślę, że to jest zasadnicza sprawa. Ze współpracą u nas w szkołach kiepsko. Wiem, że część nauczycieli oddycha z ulga, że na nich ta trudna sytuacja nie padła. Za to padła na słabszego nauczyciela. Podoba mi się, że Rogers pisze otwarcie o sytuacjach ukrytych, jak dotąd z taką szczerością  się nie spotkałam.
Postanowiłam podzielić się z Wami, a może też przedyskutować kilka aspektów poruszanych przez Rogersa. Zadziwiające, że tak proste rozwiązania nie są znane.

Dziś zajmę się jednym ze sposobów tworzenia przez szkołę klas trudnych.
Rogers przestrzega przed dzieleniem klas na trudne i łatwe i na słabe i zdolne.
„Jeśli szkołą prowadzi politykę dzielenia uczniów według umiejętności i formowania klas „lepszych i gorszych”, może to prowadzić do tego, że grupy uczniów zaczynają wierzyć w nadawane im etykiety i zachowują się stosownie do nich – tak powstaje „klasa irytujących nastolatków” czy „klasa głupich””
Tak samo myślę, ale niestety wiele szkół (mimo, że nie powinny) tworzą klasy zdolniejsze i mniej zdolne. Istnieje duża pokusa, bo przecież łatwiej dostosować nauczanie do poziomu uczniów. Sama kiedyś wprowadziłam takie rozwiązanie, ale to było bolesne doświadczenie. Zdolni uczniowie nic nie zyskali, a słabsi stracili i już się nie podnieśli. Etykieta głupka skutecznie zniechęciła ich do nauki.
Wiąże się to z wiarą w zdolności uczniów, jeśli tę wiarę tracimy, to natychmiast uczniowie stają się mniej zdolni, leniwi i po prostu trudni.
Oczywiście nie twierdzę, że niedzielenie klas coś załatwia, ale za to dzielenie – psuje. A jakie wy macie doświadczenia?
 

27 komentarzy

  • avatar

    wulkan

    30 września 2012 at 18:13

    witam, w piątek byłam na konferencji z udziałem Billa Rogersa w Katowicach. Podzielam zdanie Danuty. Też kupiłam książki, mam autograf i nawet zdjęcie. Przesympatyczny człowiek. Słuchałam z zapartym tchem od 9.00 do 16.00. Teraz chciałabym to przekuć na praktykę w szkole polskiej, ale czy się uda? Jestem doradcą metodycznym i pani dyrektor właśnie mi oświadczyła, że mam do końca roku wybrać sobie jeszcze dwie konferencje i koniec na tym. Za tą konferencję też oberwałam, choć sama sobie za nią zapłaciłam. Ot co:( Widzę, że dyrektorka zupełnie nie rozumie , na czym polega praca doradcy i nie zna istoty zmian związanych z kompleksowym wspomaganiem szkół.Inni też chcą jeździć – przecież ja nie bronię. Pozdrawiam
    Nie ma gorszej rzeczy niż mieszkać w małym zaściankowym miasteczku powiązanym siecią znajomości…

  • avatar

    Wiesław Mariański

    30 września 2012 at 18:48

    Oczywiście, że stały podział na lepszych i gorszych prowadzi do patologii to jest tworzenie „slumsów” i „BeveryHillsów” w szkole. Słabi i mocni powinni żyć razem: obserwować się, uczyć i działać.
    Dzielić należy, ale zupełnie inaczej. Szkoła powinna inspirować do tworzenia się „chwilowych” elit wokół konkretnych zadań o charakterze naukowym, artystycznym, społecznym, sportowym, itp.

  • avatar

    Xawer

    30 września 2012 at 18:56

    Nie jestem wielkim zwolennikiem tworzenia klas „lepszych” i „gorszych”, w jednej szkole, a raczej za podziałem szkół na „lepsze” i „gorsze” tak, by ci „gorsi” nie byli konfrontowani z „lepszymi” w ramach szkoły.
    Choć (jak już pisałem w dyskusji z Pawłem) współistnienie klas ‚odlotowych’ metex z ‚normalnymi’ matfiz w Staszicu spradza się dość dobrze, dając motywujące poczucie wyjątkowości tym z matexu, nie demotywując jednocześnie tych z matfiz.
    Jeśli mobilność pomiędzy szkołami jest utrudniona, albo jest to na przykład mała gmina z jedną szkołą, to lepiej dzielić, niż walcować wszystkich do poziomu najgorszego.
    O ile mogę zgodzić się z Twoim „Etykieta głupka skutecznie zniechęciła ich do nauki” to uznaj przy tym jednocześnie „Etykietka mądrego skutecznie zmotywowała do nauki”.
    Pytanie, jakie nalezy więc postawić, to czy „dzieląc wyrządzamy większą szkodę demotywując niechętnych, niż zyskujemy motywując dodatkowo chętnych”. Trzeba też postawić pytanie, czy oddzielne prowadzenie zajęć w każdej z tych grupie jest po prostu znacznie efektywniejsze: najsłabszych nie demotywujemy przekazem za trudnym dla nich, a najlepszych nie zanudzamy dreptaniem w kółko wokół trywializmów, które zrozumieli dawno temu i nie stanowią dla nich żadnego wyzwania intelektualnego.
    Podział pozwala na wycieczkę każdego w swoim tempie. Trzymanie razem (zwłaszcza w filozofii „nikt nie zostaje w tyle”) oznacza, że nikt nie zajdzie dalej, niż najwolniejszy. Równanie w dół, walcowanie.
    Z punktu widzenia tutora nie ma tu żadnego problemu — moje zajęcia są indywidualne. Część moich zajęć jest prowadzona dla rodzeństwa w różnym wieku, ale zawsze jest to na zasadzie: lekcja nastawiona na starszego, a młodszy jeśli coś skorzysta, to świetnie, jeśli nie, to nie ma sprawy. Różnica pomiędzy uczniami wynika wtedy raczej z wieku i już zdobytej wiedzy, niż ze zdolności, czy chęci do nauki, więc nie ma tego czynnika (de)motywacyjnego.

    • avatar

      Paweł Kasprzak

      1 października 2012 at 11:49

      Xawer, nie jestem pewien, czy istotnie tego typu klasy „integracyjne” koniecznie oznaczają „równanie w dół”. Finowie twierdzą, że nie. W ogóle „ludzie mówią”, że nie. Jestem ogromnie ciekaw, czy i na ile ich zdumiewająco „równe” wyniki rzeczywiście oznaczają awans najsłabszych, czy może osłabienie mocniejszych – próbowałem znaleźć jakieś dane i nie znalazłem, czemu się trudno dziwić, bo to byłoby trudne do zmierzenia.
      Diabeł, jak zawsze, tkwi w szczegółach i tutaj wiele zależy od metody. Tutoring jest jedną z nich. Fiński drugi nauczyciel w klasie tworzy kolejną metodę, sprawdzoną nie tylko w fińskich warunkach. Peer-to-peer learning jest metodą, z której sam chętnie korzystam z bardzo dobrymi efektami i to też jest dobry sposób. Twoja sugestia o dobrych stronach podziału i złych „integracji” jest kolejnym Twoim „trudno” wobec jakichś konieczności. A ja się z takimi koniecznościami nie chcę godzić zbyt łatwo. Być może fiński przykład pokazuje, że się jednak da (o ile tam mamy do czynienia z czymkolwiek innym niż tylko chamskie równanie w dół). Byłbym w każdym razie gotów zgodzić się z Twoim „trudno”, gdybym wiedział, że istnieją dzieci „z natury” mniej lub bardziej zdolne, że to jest np. wrodzone i zostaje na całe życie. O ile pamiętam badania, połowa nauczycieli jest tego zdania, co uważam za skandal. Z moich doświadczeń wynika natomiast, że wśród dzieci po prostu zdrowych nie zdarzają się dzieci niezdolne. Przynajmniej na tym poziomie zdolności, który wyznacza szkolny program. Jeśli się tylko da sprawić, by istotnie „no child was left behind”, to moim zdaniem ze wszech miar warto próbować. Wiele natomiast wskazuje, że wydzielanie klas „trudnych” jest rzeczywiście pomysłem fatalnym z tego punktu widzenia. Wiem również – bo to wielokrotnie obserwowałem i pokazywano to w rozmaitych sytuacjach badawczych – że np. „peer-to-peer learning” wcale nie opóźnia najmocniejszych, ale przeciwnie – umacnia zarówno ich przedmiotowe kompetencje (mało kiedy uczysz się tak skutecznie, jak wtedy, kiedy sam masz kogoś nauczyć), jak i poczucie własnej wartości.
      Osobną sprawą jest to, że szkoła ma swój potężny udział i w produkowaniu samej „niezdolności”, i w tworzeniu odpowiadających jej podziałów. To zaś jest dla mnie zagadnieniem z kategorii praw ludzkich – nie godzę się na tego rodzaju krzywdę wyrządzaną dzieciom pod przymusem przez państwo, którego jestem obywatelem.

      • avatar

        dsterna

        1 października 2012 at 12:36

        „Z moich doświadczeń wynika natomiast, że wśród dzieci po prostu zdrowych nie zdarzają się dzieci niezdolne” – TAK!
        Chyba sobie wywieszę to jako motto nad burkiem.
        Mogę też dodać ze swojego doświadczenia osobistego, nauczycielki z Bednarskiej, że w klasie w której było 3-4 uczniów z trudnościami (obcokrajowcy, specjalne potrzeby itd)nauka szła bardzo dobrze i ci „słabsi” szybko doganiali. Nawet ci co słabo mówili po polsku!Ale gdy tych słabszych przybywało, to sytuacja się zmieniała, i zdolniejsi mniej pracowali. Ciekawa, czy jest jakaś ogólna reguła.
        Danusia

    • avatar

      dsterna

      1 października 2012 at 12:29

      Ksawery
      W zajęciach z tutorem sprawa jest jasna. Ja raczej (i myślę Rogers) mówimy o szkole masowej.
      Z mojego doświadczenia wynika (niestety), że klasy zdolnych nie zyskują. Ważne jest np wzajemne nauczanie, człowiek się uczy najlepiej, gdy uczy innych. Wyobrażam sobie, że doświadczenia Staszica mogą być inne, ale to jest specyfika.
      Ja chciałabym powiedzieć jasno: W szkole masowej dzielenie uczniów nie jest dobrym pomysłem i może doprowadzić do tworzenia klas trudnych.
      To tyle.
      Danusia

      • avatar

        Xawer

        1 października 2012 at 16:24

        „Z mojego doświadczenia wynika (niestety), że klasy zdolnych nie zyskują”
        Nie dyskutuję z podziałem na zdolniejsze i mniej zdolne klasy w ramach jednej szkoły, mieszczącej się w peletonie szkolnej masówki.
        Nie sposób jednak nie zauważyć, że jedne szkoły osiągają lepsze wyniki, inne gorsze (abstrahując w tym momencie od kryteriów tej oceny) i że — jak to często jest tu powtarzane — jest to w sporej części efekt cherry picking. Faktem jednak jest, że te wisienki po skończeniu rozszerzających program renomowanych szkół umieją znacznie więcej, niż wisienki zostawione w marnych szkołach, w których na milimetr nawet nie wychodzi się poza podstawę programową.
        Nie popadajmy też w demagogię z efektem peer-to-peer. On może się w jakimś stopniu sprawdzać przy osiąganiu celu, wyznaczonego skrajnie strywializowaną podstawą programową. Ale też tylko w jakimś stopniu — nie nauczysz się trygonometrii pomagając koledze uczyć się rozwiązywać zadania na procenty. Ani nie osiągniesz przez to głębszego i pełniejszego rozumienia procentów. Po prostu — tracisz czas, a wraz z nim chęci i zapał do uczenia się.
        Ani nie nauczysz się dyskutować o literaturze, siedząc w klasie i słuchając kolegi dukającego czytankę, ledwo składając litery w słowa.

        • avatar

          Paweł Kasprzak

          1 października 2012 at 21:17

          @ peer-to-peer. Nieprawda. Eric Mazur (http://mazur.harvard.edu/research/detailspage.php?rowid=8)wykłada fizykę na akademickim poziomie. Ma zwyczaj wysyłać treść swojego wykładu studentom przed zajęciami. Na zajęciach to nie Mazur gada, a raczej jego studenci opowiadają, co zrozumieli z zadanego do domu wykładu, a z czym mają kłopoty. Ci, którzy rozumieją, wyjaśniają rzecz tym, którzy nie rozumieją. Mazur podsłuchuje (stworzył w tym celu specjalny software) – twierdzi, że dla niego jest to najlepszy sposób, by się dowiedzieć, które z rzeczy znanych mu tak dobrze, że wygladających na trywialne, są w rzeczywistości trudne dla studentów. Oraz, że jest to doskonała metoda na poszukiwanie skutecznych sposobów wyjaśniania i uczenia.
          Peer-to-peer learning sprawdza się również świetnie przy zadaniowym trybie pracy i tu mam własne doświadczenia. Zadaniem nie musi być nic skrajnie strywializowanego. Przeciwnie – da się postawić zadania niemal dowolnie trudne i złożone. Źródłem potrzebnej wiedzy możesz być Ty sam (choć tego nie polecam, zwłaszcza w bezpośrednim kontakcie), podręcznik, albo zgoła nic – niech sobie dzieciaki same radzą np. w sieci. Wymaga to odrobiny cierpliwości, bo bywasz świadkiem sporych ilości błędów i musisz się nauczyć nie reagować na nie natychmiast. I konsekwencji w odmawianiu dzieciom pomocy, bo skoro są przyzwyczajone do Twoich instrukcji, wykładów itd., najpewniej będą tego od Ciebie znów oczekiwały. Polecam – spróbuj ze swoimi dzieciakami przy jakiejś okazji, a ręczę, że się zdziwisz, ile potrafią.

        • avatar

          Xawer

          2 października 2012 at 00:07

          Ależ ja nie o tym! Nie jestem fanem Mazura, ale nie odmawiam mu racji i sukcesu.
          Metodę, że to uczeń przygotowuje się do lekcji i to on gada co i jak zrozumiał, a czego nie, sam stosuję z powodzeniem (choć nie jako dominującą), i z racji tutorskiej specyfiki to ze mną, a nie z kolegami dyskutują.
          Powiedziałem tylko, że uczeń, który będzie pomagał swojemu koledze nauczyć się procentów, mając je w małym palcu (bo nie ma tu nic do głębokiego zrozumienia) nie zyskuje na tym nic.
          A gdyby nie siedział w jednej klasie z tamtym i filozofią „no child left behind” to zamiast zajmować się procentami zająłby się może trygonometrią albo czymś jeszcze ciekawszym, no co nauczyciel miałby czas, gdyby nie poświęcał całego wysiłku na ciągnięcie tego ostatniego, tylko zadbał o to, by ci trochę zdolniejsi nie umierali z nudów.

          • avatar

            Paweł Kasprzak

            2 października 2012 at 00:40

            A, ok. Ale to jeszcze nie znaczy, że postulat nie zostawiania dzieciaków „spóźnionych” jest niewart uwagi. Oraz nie znosi argumentów przeciw dzieleniu klas. Doświadczenia „peer-to-peer” pokazują zresztą, że z wytłumaczniem procentów komuś, kto ich nie kuma, rówieśnik jakimś cudem radzi sobie lepiej niż nauczyciel.
            Jeśli je ma w małym palcu itd., to jest w ogóle błędem, że w jakichkolwiek zajęciach im poświęconych on jeszcze uczestniczy. Jeśli jednak – wzorem Mazura – sam je dopiero skumał jako rzecz nową, tłumaczenie niekumającemu koledze nie będzie stratą czasu, a ciekawym zastosowaniem świeżo zdobytej „wiedzy”, źródłem poczucia własnej wartości itd.

  • avatar

    Joanna Brosiło

    30 września 2012 at 19:46

    Rozwój jest zawsze poza strefą komfortu.
    Danusiu,
    „Ze współpracą u nas w szkołach kiepsko”.
    ?
    Tzn. gdzie?
    W Warszawie?
    Możemy jeździć na przeróżne konferencje a jak już przyjedziemy to wdrażajmy to czym jesteśmy zachwyceni 🙂
    Nie narzekajmy.
    Ktoś rozumie, nie rozumie. Ludzie bywają najrozmaitsi.
    Jakie MY mamy priorytety?
    W edukacji?
    W życiu?
    wulkan:
    w zaściankowym małym miasteczku nie ma tramwajów, autobusów 🙂
    Ktoś? Gdzieś?
    A co każdy czyni aby było lepiej?
    Może nie jest w stanie?
    Może?
    Morze?
    Dzieci mówią, iż jest ono szerokie i głębokie?
    „Bill Rogers … Odważny człowiek, choć sam przyznaje, że często próbuje i też nie zawsze mu się udaje”.
    Nikt nie jest w stanie dać żadnej gwarancji, iż zawsze się uda.
    Trzeba próbować i nieustająco się wspierać.
    Pozdrawiam
    @si@

    • avatar

      dsterna

      1 października 2012 at 12:39

      Asiu
      Ogólnie jestem za twoim optymizmem, ale on nie wystarcza. Nauczyciele w Polsce mało ze sobą współpracują w sprawie nauczania swoich uczniów. Nie mam badań na ten temat, ale dużo pracuję z nauczycielami i widzę, jacy są samotni swoich problemach i jak niestety nie są lojalni wobec siebie nawzajem.
      Zdarzają się szkoły, gdzie kultura współpracy jest wysoka, ale jedna jaskółka nie czyni wiosny.
      Danusia

  • avatar

    Joanna Brosiło

    30 września 2012 at 21:41

    Danusiu,
    To niemożliwe aby nauczycielom nie zdarzały się sytuacje trudne.
    Nie wiem co oznacza, iż część nauczycieli oddycha z ulgą?
    Ile jest takich sytuacji trudnych, których się nie nagłaśnia?
    Nie zamiata pod dywan tylko rozwiązuje.
    Każda praca niesie ze sobą wyzwania.
    Tym bardziej codzienna praca belferska.
    „Rogers przestrzega przed dzieleniem klas na trudne i łatwe i na słabe i zdolne”.
    A ja mam nieodparte wrażenie, iż jest to w głowach niektórych rodziców.
    Podziwiam każdego nauczyciela, który szuka rozwiązań konstruktywnych.
    Z korzyścią dla samego ucznia, pomimo tego iż może dojrzewając doceni to za kilka kilkanaście kilkadziesiąt lat lub nigdy.
    Co każdy czyni aby współpraca i komunikacja pomiędzy nauczycielami była jak najlepsza?
    Rzeczywistość konferencyjna?
    Jest kompatybilna z codziennością szkolną?
    Czy stanowi idée fixe?
    Pozdrawiam
    @si@

  • avatar

    Al

    1 października 2012 at 14:10

    Ale trudna klasa to nie musi być klasą uczniów gorszych. Wręcz przeciwnie, klasa mojego dziecka w szkole (gimnazjum), klasa wyselekcjonowana, z masą uczniów zdolnych, jest klasą trudną. Żaden nauczyciel nie lubi mieć z nimi lekcji, klasa jest podzielona, nie współpracują, kopią pod sobą doły, potrafią specjalnie wprowadzić w błąd kolegę, żeby dostał gorszą ocenę, itp. Wychowawca jest bierny i bezradny, pedagog bierny nie jest, ale bezradny tak.
    Ja jestem przeciwny dzieleniu klas na gorszych/lepszych, bo nigdy nie jest tak, że cała klasa jest ze wszystkiego gorsza/lepsza. Ale uważam, że umożliwienie dzieciakom nauki różnych przedmiotów na różnych poziomach byłoby dobre. Tak jak jest to naturalne, że dobiera sie grupy języków obcych pod kątem umiejętności, tak samo powinno t dotyczyć innych przedmiotów. W przeciwnym razie jedno z dzieci nudzi się na matmie, bo jest laureatem konkursu, ale musi odbębnić siedzenie i robić trywialne dla niego zadania z resztą klasy, a inny ma to samo na biologii czy chemii.

    • avatar

      dsterna

      2 października 2012 at 17:13

      Tak, tak. W USA jest tak, ze wybiera się poziom na jakim chce się uczyć. Np wybieram algebrę 1 i geometrię 2 (jeśli już miałam geometrię 1).
      Taka selekcja jest samoselekcją i uczy odpowiedzialności.
      Szczerze mówiąc miałam nadzieję, ze ta reforma w ponadgimnazjalnej szkole w tym kierunku pójdzie, ale nie poszła.
      Danusia

  • avatar

    Marcin Zaród

    2 października 2012 at 05:47

    @ Xawer
    „A gdyby nie siedział w jednej klasie z tamtym i filozofią „no child left behind” to zamiast zajmować się procentami zająłby się może trygonometrią albo czymś jeszcze ciekawszym, no co nauczyciel miałby czas, gdyby nie poświęcał całego wysiłku na ciągnięcie tego ostatniego, tylko zadbał o to, by ci trochę zdolniejsi nie umierali z nudów.”
    Pominąwszy od 5 do 15% przypadków skrajnych (wymagających indywidualnych asystentów pedagogicznych i specjalnych ścieżek wyrównujących), generalnie da się przygotować zajęcia dla pozostałych 80% klasy w taki sposób, aby były pożyteczne dla uczniów o różnych umiejętnościach. Paweł podał przykład Mazura, ja już podrzucałem przykłady takich rozwiązań w poprzednich wpisach. To samo działa w TEAL MIT i w Akademii Khana, więc w systemach mniej związanych z podstawami i testocentryzmem.
    „Powiedziałem tylko, że uczeń, który będzie pomagał swojemu koledze nauczyć się procentów, mając je w małym palcu (bo nie ma tu nic do głębokiego zrozumienia) nie zyskuje na tym nic.”
    Nie zgadzam się z Tobą na poziomie wartości.
    1. Podstawowy wybór to pytanie o to, czy nauczyciel ma kształcić wyłącznie w zakresie swojego poletka czy też próbować pokazywać kompetencje społeczne (współpraca, empatia, komunikacja) i interdyscyplinarne.
    a) Jeśli zakładamy, że obchodzi nas wyłącznie wiedza przedmiotowa (plus ew. olimpiada, jeśli potrzeba zrobić ranking), to wystarczy model indywidualny, w którym zadania grupowe nie stanowią więcej niż 15% czasu pracy.
    b) Ja zakładam, że umiejętność przekazania własnej wiedzy rówieśnikowi, empatia czy umiejętność rozmowy to jest „coś”, co przyda się nawet przyszłemu laureatowi Fieldsa. Nawet gdyby dawało tylko poczucie własnej wartości (pomijając komunikację i empatię), to i tak uczeń-tutor wychodzi na plus.
    2. Oprócz relacji mocniejszy-słabszy (w systemie tutorów uczniowskich) można konstruować relacje mocniejszy-mocniejszy. Przykładem może być projekt badania statystycznego drzew / robaczków / silników, gdzie różne dzieci będą miały swoje „momenty chwały”. Wadą tego podejścia jest czasochłonność i problemy organizacyjno-prawne.
    3. IMHO model 1b) i 2 lepiej sprawdzają się w kształceniu powszechnym. Większość uczniów będzie musiała pracować w zespołach ludzi o różnych kompetencjach, gdzie socjalizacja jest równie ważna co kompetencje.

    • avatar

      Paweł Kasprzak

      2 października 2012 at 06:58

      Na poziomie wartości ja niespecjalnie rozumiem postulat wyrównywania poziomów, ale to się wiąże z jednolitym kształceniem, którego sensu w ogóle nie widzę (poza oczywistym elementarzem). W tym kontekście rozumiem irytację Xawera, kiedy jakiś interesujący się np. matematyką dzieciak nie może dojść do odpowiadającego sobie poziomu zajęć, bo wszyscy muszą się dostosować do jakiejś średniej lub wręcz równać w dół, ponieważ w tej samej klasie są dzieciaki nie tyle nawet słabe, co po prostu mające tę matmę gdzieś, ale od których wymaga się tego samego programu. To jest raczej kwestia modelu kształcenia w ogóle, a nie sytuacji słabszych uczniów w klasie – czasem jedno od drugiego oddzielić trudno.
      Xawera przykład z dzieckiem, które słabszemu koledze ma tłumaczyć procenty, mając je w małym palcu, jest albo sztuczny, albo znów wynika z jakiejś złej praktyki i ona nie ma niczego wspólnego z łączeniem uczniów zdolnych z mniej zdolnymi. Xawer prawdopodobnie wyobraża sobie w roli dziecięcego tutora kogoś, jak on sam – kto się po prostu nudzi i niepotrzebnie traci czas. W prawidłowej sytuacji byłoby natomiast tak, że dla obu dzieciaków ten jakiś konkretny problem, czy umiejętność – tutaj to są procenty – jest w równym stopniu nowy, a tylko jedno z dzieci chwyta, kiedy drugie jeszcze nie. To jest natomiast sytuacja jakościowo różna od tego, co Xawera złości.
      Mnie się więc wydaje, że spora część problemu polega nie tyle na istnieniu naturalnego skądinąd zróżnicowania w klasie, co na konstrukcji programów i na modelu kształcenia.
      Natomiast co do wartości z tym zagadnieniem związanych, ja nie umiem się pogodzić, kiedy jakieś child faktycznie is being left behind w tym sensie, że go szkoła olewa, klasyfikuje jako tumana i w tym tumaństwie skutecznie go pozostawia. Dotyczy to nie tylko środowisk upośledzonych. Jeśli to prawda, że 75% dzieciaków opuszcza szkołę nie rozumiejąc matematyki, co im zostaje na resztę życia wraz zresztą z idiotycznie stereotypowymi poglądami na to, czym matematyka w ogóle jest – to ja nie jestem w stanie uwierzyć, że te dzieci rzeczywiście nie są wystarczająco zdolne, żeby sobie szkolną matematykę przyswoić. Moim zdaniem każdy jest wystarczająco zdolny i ja chyba nie spotkałem nikogo, kto by nie był. W tym sensie 3/4 populacji ni z tego ni z owego nagle tworzy środowisko „matematycznie upośledzone”. To sie dzieje w szkole, kurczę…

Dodaj komentarz